- Sądzę, że zwyciężył zdrowy rozsądek. Obie strony postąpiły racjonalnie. Myślę, że w Legii przekonali się, że nie zależy mi wyłącznie na pieniądzach, ale przede wszystkim na tym, aby osiągnąć sukces sportowy. To było dla mnie najlepsze rozwiązanie. Klub z ambicjami, dobrą perspektywą, w moim mieście - opowiada o kulisach swoich negocjacji z Legią, Michał Żewłakow w wywiadzie udzielonemu dziennikowi Polska The Times.

"/>
Serwis Legia.Net stosuje pliki cookies w celu lepszego poznania w jaki sposób nasi czytelnicy korzystają z naszych stron. Używamy cookies także w celach reklamowych i statystycznych oraz dla prawidłowego funkcjonowania niektórych funkcji serwisu. Mogą być one być również stosowane przez współpracujących z nami reklamodawców i firmy badawcze.

Każdy użytkownik może zmienić swoje ustawienia dotyczące plików cookies, korzystając z ustawień używanej przez siebie przeglądarki internetowej. Domyślne ustawienia najpopularniejszych przeglądarek na komputerach osobistych i urządzeniach mobilnych zezwalają na zapisywanie w pamięci urządzenia plików cookies.
X

Tło

23 marca 2017

Michał Żewłakow: Legia to klub z ambicjami

2011-06-20 08:02:58
img
- Sądzę, że zwyciężył zdrowy rozsądek. Obie strony postąpiły racjonalnie. Myślę, że w Legii przekonali się, że nie zależy mi wyłącznie na pieniądzach, ale przede wszystkim na tym, aby osiągnąć sukces sportowy. To było dla mnie najlepsze rozwiązanie. Klub z ambicjami, dobrą perspektywą, w moim mieście - opowiada o kulisach swoich negocjacji z Legią, Michał Żewłakow w wywiadzie udzielonemu dziennikowi Polska The Times.

Dzisiaj spotyka się Pan z nowym kolegami na Łazienkowskiej. Czy piłkarza z Pana przeszłością może przejść w takiej sytuacji jakiś dreszcz emocji?

- No pewnie. Cieszę się na tę Legię jak dzieciak. Po podpisaniu kontraktu w Warszawie ubyło mi z 10 lat.

Kiedy rozmawialiśmy ostatnim razem, był Pan sfrustrowany jak nigdy wcześniej...

- Siedziałem w Ankarze i wiedziałem, że mój pobyt tam nie ma już sensu. Mimo że mieliśmy całkiem dobrą drużynę, wszystko się waliło. Był jakiś konflikt we władzach klubu, nie płacili nam premii przez sześć miesięcy. Niby wygraliśmy z Fenerbahçe i Galatasaray, ale pogubiliśmy punkty ze słabszymi zespołami. Trener, mój rówieśnik Ümit Özat, popadł w konflikt z kibicami, bo od zawsze związany był z lokalnym rywalem Gençlerbirligi itd. Nie oszukujmy się, nie pojechałem do Turcji z miłości do Ankary. Nie dość, że były problemy finansowe, to jeszcze pojawił się brak motywacji. Nie mogłem wyzwolić w sobie energii, aby dalej pracować dla obcych. Byłem zmęczony psychicznie, wypalony, ale fizycznie czułem się dobrze. Po 13 latach gry w zagranicznych klubach postanowiłem wrócić do Polski.

Przez dwa miesiące nie miał Pan klubu...
- Ale nie leniłem się w tym czasie. Biegam codziennie. Trenowałem w Zniczu Pruszków u trenera Piotra "Świra" Świerczewskiego.

I kłócił się Pan z Legią o pieniądze...

- Pertraktowałem. Po raz pierwszy w życiu bez pośrednictwa menedżera. Postanowiłem sam zadbać o swój interes.

Wydawało się, że nic już z tego kontraktu nie będzie.

- Ale sądzę, że zwyciężył zdrowy rozsądek. Obie strony postąpiły racjonalnie. Myślę, że w Legii przekonali się, że nie zależy mi wyłącznie na pieniądzach, ale przede wszystkim na tym, aby osiągnąć sukces sportowy. Legia to było dla mnie najlepsze rozwiązanie. Klub z ambicjami, dobrą perspektywą, w moim mieście.

Cały wywiad przeczytać można w dzisiejszym wydaniu "Polski the Times"


 

Dodał: Michał Madanowicz Źródło: Polska The Times   

twitter

Tagi

Komentarze osób niezalogowanych wyświetlą się po akceptacji moderatora


 

Komentarze

Wszystkie
Pozytywne
~wert
2011-06-21 13:43 IP 89.72.2***
"Trenowałem w Zniczu Pruszków u trenera Piotra "Świra" Świerczewskiego."

Czy myślicie to samo co ja czytając to? ;]
~pawel k...
2011-06-20 10:17 IP 79.187.***
Nienawidzili mnie dlatego, że przyszedłem ze znienawidzonego klubu. A na dodatek w internecie pojawił się film. Był kręcony przy okazji meczu, który moja ówczesna drużyna rozgrywała z tą, do której przeszedłem potem. Wygraliśmy i na filmie widać, jak w szatni się z tego cieszymy. Jak śpiewamy. W tym jedną taką piosenkę, którą śpiewają wszyscy, którzy wygrają z tym klubem, i to w jego mieście.
Budziłem nieustające emocje na stadionie. Nieprzyjemne komentarze. Wyzwiska. Normalne, no. "Ty *...*u", "Ty *...*o", "Ty *...*u"...

Jak przyjeżdżałem do klubu i wysiadałem z samochodu, to zawsze ktoś coś do mnie miał.

Tak, kibice mieli nieograniczony dostęp do tego klubu. Zwłaszcza ci fanatyczni. Oni mieli tam takie pomieszczenie, w którym trzymają te swoje flagi i transparenty. Mogli więc wchodzić i wychodzić, kiedy tylko chcieli.

W każdym razie jak drużyna po meczu szła dziękować kibicom za doping, to ja nie szedłem. Bo niezależnie od wyniku i tego, jak grałem, i tak by mnie *...*i.

Tak, myślę, że gdyby cała drużyna chciała się za mną wstawić, to kibole musieliby się z tym pogodzić. Zwłaszcza gdyby moi koledzy byli w tym konsekwentni. Zabrakło solidarności.

Do trenera miałem się iść skarżyć? No co wy? Do prezesa? Przecież oni i tak wiedzieli. A poza tym ja nie jestem taki.

W końcu się dowiedziałem, że kibolom chodzi o to, żebym ich przeprosił. Jeden z piłkarzy mi o tym powiedział: przeproś i będziesz miał z bańki.

Dziennikarze zresztą też to sugerowali. Zwłaszcza ci, którzy sami są zagorzałymi kibolami. Ale ja nie uważam, że miałem ich za co przepraszać. Po prostu się cieszyłem. To były emocje po wygranym meczu. Nie wydaje mi się, że muszę się z nich tłumaczyć.

Chciałem się spotkać z kibolami, żeby wyjaśnić sprawę. Klub zorganizował spotkanie. Przychodzę, patrzę, jest jakaś setka kiboli i nikogo z klubu. To znaczy poza spikerem. I żadnej ochrony.

Szedłem przez szpaler, a oni mnie wyzywali, prowokowali.

Doszedłem do biurka, usiadłem przed mikrofonem i wtedy oni wyszli. Wszyscy. Stanęli na zewnątrz i zaczęli śpiewać te swoje piosenki: "*...* ci na imię" itd.

No to wyszedłem, znów przeszedłem przez szpaler i idę do hotelu. Bo wtedy jeszcze nie miałem mieszkania.

To była zima, wieczór, idę na piechotę, bo do hotelu blisko, a oni za mną. Rzucają śnieżkami, wyzywają.

Oczywiście, że się liczyłem z tym, że ktoś mnie może uderzyć. Samochód zniszczyć. Ale nie przeprosiłem.

Nie dałem się zastraszyć.

Dla mnie najważniejsza jest piłka - tak sobie mówiłem i starałem się o tym nie myśleć.

Nie, do domu nie dzwonili.

Nie, żona nie przychodziła na moje mecze. Raz, że dziecko mieliśmy małe, dwa, że byłem przecież notorycznie obrażany. Ona mnie wspierała. Przecież kariera piłkarza jest krótka, trzeba zapewnić przyszłość sobie i rodzinie.
Odpowiedz
~Paweł Kaczorowski
2011-06-20 10:13 IP 79.187.***
Nienawidzili mnie dlatego, że przyszedłem ze znienawidzonego klubu. A na dodatek w internecie pojawił się film. Był kręcony przy okazji meczu, który moja ówczesna drużyna rozgrywała z tą, do której przeszedłem potem. Wygraliśmy i na filmie widać, jak w szatni się z tego cieszymy. Jak śpiewamy. W tym jedną taką piosenkę, którą śpiewają wszyscy, którzy wygrają z tym klubem, i to w jego mieście.
Budziłem nieustające emocje na stadionie. Nieprzyjemne komentarze. Wyzwiska. Normalne, no. "Ty *...*u", "Ty *...*o", "Ty *...*u"...

Jak przyjeżdżałem do klubu i wysiadałem z samochodu, to zawsze ktoś coś do mnie miał.

Tak, kibice mieli nieograniczony dostęp do tego klubu. Zwłaszcza ci fanatyczni. Oni mieli tam takie pomieszczenie, w którym trzymają te swoje flagi i transparenty. Mogli więc wchodzić i wychodzić, kiedy tylko chcieli.

W każdym razie jak drużyna po meczu szła dziękować kibicom za doping, to ja nie szedłem. Bo niezależnie od wyniku i tego, jak grałem, i tak by mnie *...*i.

Tak, myślę, że gdyby cała drużyna chciała się za mną wstawić, to kibole musieliby się z tym pogodzić. Zwłaszcza gdyby moi koledzy byli w tym konsekwentni. Zabrakło solidarności.

Do trenera miałem się iść skarżyć? No co wy? Do prezesa? Przecież oni i tak wiedzieli. A poza tym ja nie jestem taki.

W końcu się dowiedziałem, że kibolom chodzi o to, żebym ich przeprosił. Jeden z piłkarzy mi o tym powiedział: przeproś i będziesz miał z bańki.

Dziennikarze zresztą też to sugerowali. Zwłaszcza ci, którzy sami są zagorzałymi kibolami. Ale ja nie uważam, że miałem ich za co przepraszać. Po prostu się cieszyłem. To były emocje po wygranym meczu. Nie wydaje mi się, że muszę się z nich tłumaczyć.

Chciałem się spotkać z kibolami, żeby wyjaśnić sprawę. Klub zorganizował spotkanie. Przychodzę, patrzę, jest jakaś setka kiboli i nikogo z klubu. To znaczy poza spikerem. I żadnej ochrony.

Szedłem przez szpaler, a oni mnie wyzywali, prowokowali.

Doszedłem do biurka, usiadłem przed mikrofonem i wtedy oni wyszli. Wszyscy. Stanęli na zewnątrz i zaczęli śpiewać te swoje piosenki: "*...* ci na imię" itd.

No to wyszedłem, znów przeszedłem przez szpaler i idę do hotelu. Bo wtedy jeszcze nie miałem mieszkania.

To była zima, wieczór, idę na piechotę, bo do hotelu blisko, a oni za mną. Rzucają śnieżkami, wyzywają.

Oczywiście, że się liczyłem z tym, że ktoś mnie może uderzyć. Samochód zniszczyć. Ale nie przeprosiłem.

Nie dałem się zastraszyć.

Dla mnie najważniejsza jest piłka - tak sobie mówiłem i starałem się o tym nie myśleć.

Nie, do domu nie dzwonili.

Nie, żona nie przychodziła na moje mecze. Raz, że dziecko mieliśmy małe, dwa, że byłem przecież notorycznie obrażany. Ona mnie wspierała. Przecież kariera piłkarza jest krótka, trzeba zapewnić przyszłość sobie i rodzinie.
~Beelzebub
2011-06-20 09:14 IP 89.72.1***
Michał Żewłakow: Legia to klub z ambicjami

WOW za takie odkrycie hameryki to mu koszulkę chickago chyba sprezentuje.
~Pracownik_ITI
2011-06-20 08:50 IP 178.42.***
Michal - cieszy mnie Twoja obecnosc w Legii Warszawa.Jako rodowity mieszkaniec pasujesz tu jak ulal.
Pozdrawiam.
Liczba komentarzy: 6

Logowanie




Uwaga

Redakcja serwisu LEGIA.NET nie ponosi odpowiedzialności za wypowiedzi Internautów opublikowane na stronach serwisu oraz zastrzega sobie prawo do redagowania, skracania bądź usuwania komentarzy zawierających treści zabronione przez prawo, uznawane za obraźliwe lub naruszające zasady współżycia społecznego.

Dodaj Komentarz - wersja bez konta.

Nick:
Uwaga: Odnośniki do serwisów zewnętrznych akceptujemy wyłącznie bez "http://"
Zamknij