Patryk Sokołowski: Miał być czerwony dywan do Legii

Piotr Kamieniecki

Źródło: Legia.Net

12-08-2018 / 02:02

(akt. 02-12-2018 / 11:23)

Przez trzynaście lat Patryk Sokołowski kształcił się w akademii piłkarskiej Legii. Wychowanek klubu, który wychował się w Warszawie, w niedzielę - jako zawodnik Piasta Gliwice - będzie miał szansę zmierzyć się z klubem, w którym stawiał pierwsze kroki. Droga do Ekstraklasy była jednak kręta, bo wiodła przez trzecią lige i Polski biegun zimna. - Liczyło się na czerwony dywan i złote schodki do kariery przy Łazienkowskiej. Rzeczywistość nie była tak różowa - opowiada zawodnik w rozmowie z Legia.Net.

Fot: Piotr Kucza/FotoPyk


Trzynaście lat w Legii to mnóstwo czasu. 

 

- Trzynaście lat… Dużo, faktycznie. Zaczynałem od naborów, jeszcze jako sześciolatek. To czasy, w których wszystkie boiska przy Łazienkowskiej miały naturalną nawierzchnię, trenowało się również za bramkami na stadionie. Początki nie miały wiele wspólnego z piłką, o dostaniu się do drużyny decydowały testy szybkościowe i sprawnościowo. Wpadłem komuś w oko i zostałem. Przy zajęciach pomagali również zawodnicy pierwszego zespołu, a wśród nich byli Tomasz Sokołowski, Jacek Magiera, Marcin Mięciel i Bartosz Karwan. 

 

Jest sztuką dotrwać przez tyle lat w klubie do - choćby - zespołu rezerw?

 

- Tak bym to nazwał. Z mojego rocznika niewielu dotrwało nawet do okresu licealnego. W tym gronie byli Norbert Misiak, Kamil Dankowski, Kamil Mazek i ja. Z pierwszego naboru byłem tylko jedyną osobą, która dotrwała do rezerw. Długo „trzymał się” razem ze mną Bartosz Malesa, ale ostatecznie jego droga potoczyła się inaczej. Teraz gramy w Piaście razem z Olkiem Jagiełła, który jest rok młodszy. Na pewno pomógł mi w aklimatyzacji, choć w Gliwicach jest taka drużyna, że łatwo było złapać kontakt ze wszystkimi, włącznie z obcokrajowcami. Szybko poczułem się jak w domu. 

 

Droga do Ekstraklasy była dla ciebie bardziej kręta, niż mógłbyś się spodziewać?

 

- Zdecydowanie. Będąc młodym adeptem piłki, ma się wrażenie, że od juniorów, przez rezerwy, aż po pierwszy zespół, będzie się gładko skakało przez kolejne przeszkody. Życie, na przypadku moim i wielu kolegów, nauczyło, że tak to jednak nie wyglada. Akademia Legii powstała w 2000 roku i pierwsze roczniki, ’91 i ’92 , miały pewne pierwszeństwo. Do „jedynki”  dostali się przecież m.in. Daniel Łukasik, Michał Żyro, Dominik Furman i kilku innych graczy. Potem zaczęto już na to patrzeć inaczej, niektórzy odbili się od ściany. Droga do Ekstraklasy, często musiała prowadzić przez inny kluby. 

 

W Legii młodym piłkarzom jest za dobrze?

 

- Coś w tym jest. W Legii wszystko podaje się na tacy, ale tylko od ciebie zależy, czy z tego skorzystasz. Są przykłady zawodników, jak Mateusz Żyro, który na wypożyczeniu mocno pracował, jest świadomy i może korzystać z całego dobrodziejstwa akademii Legii. Za moich czasów wszystko się kreowało, trenowało się na skrawkach boisk. Trenerzy robili wszystko, co było w ich mocy, choć organizacyjnie pewne rzeczy robione były prowizorycznie - taki był urok początków. Szkoleniowcy chcieli jednak zaszczepić w zawodnikach profesjonalizm. Dzięki mojemu pierwszemu trenerowi, Robertowi Lewandowskiemu, zacząłem inaczej patrzeć na wiele spraw związanych z futbolem. 

 

Nigdy nie byłeś najbardziej utalentowanym zawodnikiem choćby w juniorach starszych. Wielu wróżono większą karierę, ale niewielu dotarło do Ekstraklasy. Nagle to ty wskoczyłeś do najwyższej klasy rozgrywkowej. Czuje się satysfakcję z przegonienia kolegów, którzy teoretycznie mieli więcej talentu?

 

- Zupełnie nie patrzę na to z takiej perspektywy. Starałem się od zawsze patrzeć na siebie i swój rozwój. Przez długi czas w drużynach juniorskich byłem kapitanem kolejnych zespołów. Zdobywając wicemistrzostwo Polski, zakładem opaskę. Gdy triumfowaliśmy w Grudziądzu, dzieliłem funkcję kapitana z Bartkiem Kalinkowskim. Wydawało mi się, że umiejętności doprowadzą mnie do pierwszego zespołu i stać mnie, by tam trafić. Ostatecznie jestem w Ekstraklasie, choć droga była okrężna. To chyba jednak sprawia, że takie osiągnięcie trzeba docenić. Zaczynało się przecież od wypożyczenia do drugoligowej Olimpii Elbląg i późniejszego pobytu w Zniczu Pruszków, gdzie wchodziłem na boisko tylko z ławki. 

 

Skończyło się odejście z Legii do trzeciej ligi, do której spadła Olimpia. Grałem w niższej lidze, ale to słowo-klucz - gra. Miałem okazję regularnie się rozwijać, tydzień w tydzień występować w meczach i uczyć się seniorskiej piłki. Udało nam się szybko awansować, choć było bardzo trudno, do celu wiodły choćby baraże z Motorem Lublin. W drugiej lidze grało mi się łatwiej, niż na niższym szczeblu. Im wyżej, tym lepiej się grało. Tak było w Wigrach, gdzie pod skrzydłami trenera Skowronka mogłem się mocno rozwinąć. Co roku robiłem krok w przód i perspektywa pokazała, że ta droga nie była taka zła. Razem z tym idą umiejętności. 

 

Droga ucząca pokory. 

 

- To droga ucząca pokory, ale i zawzięcia. Nie można było się poddać nawet wtedy, gdy robiło się krok w tył. Praca w niższych ligach jest wartościową nauką, która pozwoli potem na rozwój na wielu płaszczyznach. 

 

Ile miałeś chwil zwątpienia?

 

- Takie chwile muszą się pojawiać. Przykładem niech będzie mój pierwszy mecz w trzeciej lidze. Wyszedłem na boisko w podstawowym składzie, a w przerwie dostałem „wędkę”. Każdy spodziewał się, że będzie 4:0, a był bezbramkowy remis. Potem zasiadłem na ławce. Rozgrzewałem się przy linii i zastanawiałem się co się dzieje, w jakim jestem miejscu. Teraz mam jednak szansę walczyć o miejsce w składzie zespołu z Ekstraklasy. Jest satysfakcja, bo rozgrzewam się przy linii i mogę pomyśleć, że kiedyś robiłem to w Wieliszewie, a teraz dzieje się to na innym poziomie, na fajnym stadionie. Nie mogę się cieszyć, kiedy nie wychodzę na boisko, ale wiem też, jak wiele potrafi dać wytężona praca. 

 

Łatwiej znosić złość na brak gry w Ekstraklasie?

 

- Co by nie mówić, choć to nieco trywialne, łatwiej o grę na najwyższym poziomie w Polsce jest z ławki ekstraklasowej drużyny, niż z pierwszej czy drugiej lidze. Sportowa złość będzie jednak zawsze. Ambitny piłkarz myśli tylko o tym, by jak najczęściej wybiegać na boisko. 

 

Konkurencja w środku pola Piasta jest jednak spora…

 

- Tomasz Jodłowiec, Patryk Dziczek, Tom Hateley… Konkurencja jest faktycznie ciekawa, ale podpisałem kontrakt na dwa lata i myślę, że patrzymy z klubem na cały ten okres, nie tylko na „tu i teraz”. Wśród rywali o miejsce w składzie są świetni piłkarze, „Jodła” gra na bardzo wysokim poziomie. Zobaczymy jednak, jaka będzie przyszłość. 

 

Jesteś jeszcze młodym zawodnikiem?

 

- Trudno nazwać mnie młodym i perspektywicznym, ale… wciąż się rozwijam! Nawet fizycznie są jeszcze elementy, które wciąż dojrzewają. Mój wiek biologiczny jest niższy, niż faktyczny. W akademii Legii, gdy robiono badania, wychodziło, że od kolegów z tego samego rocznika, jestem pod względem fizycznym dwa-trzy lata młodszy. Myślę, że pokazał to również poprzedni sezon, gdyż zrobiłem wielki skok jakościowy. Można się uczyć i rozwijać cały czas. 

 

Oferta z Ekstraklasy była zaskakująca czy spodziewana?

 

- W jakimś stopniu na nią liczyłem, choć nie zakładałem, że stanie się tak w stu procentach. Wiedziałem, że mogę jeszcze zostać w Wigrach lub trafić do innego klubu z pierwszej ligi. Może nie bez zastanowienia, ale zdecydowałem się skorzystać z propozycji Piasta, gdy pojawiła się oferta. Jednym z powodów był też wiek. Na zapleczu można łatwo utknąć, to specyficzne rozgrywki. Fajny sezon w Wigrach zaowocował, bo wielu graczy trafiło na najwyższy poziom. Suwałki to świetne miejsce, by się wypromować. Może to również potwierdzić Mateusz Żyro. 

 

Co było kluczem do promocji w Wigrach? Trener, a może klimat?

 

- W poprzednim sezonie to było połączenie tych dwóch kwestii. Zespół się mocno zmieniał, ale trener Skowronek doskonale to poukładał i mogę go nazwać świetnym fachowcem. Suwałki mają jednak dobry klimat to piłki, bo krótkie lato daje śliczne tereny, jeziora. W zimniejszych miesiącach nie ma tam wielu rozrywek, co pozwala jednoczyć się drużynie. 

 

Skrajną sytuacją był wyjazd do Głogowa. Do autokaru wsiadaliśmy przy 6-7 stopniach, każdy ubrany był w kurtkę. Wysiadając, na termometrze było 19 stopni, od razu można było się przerzucić na krótki rękaw. Wychodząc na boisko można było mieć wrażenie, że gra się w innym kraju. Było też tak, że na niektórych meczach wyjazdowych trudno było oddychać, bo u nas było chłodno, powietrze było orzeźwiające, a na terenie przeciwnika trzeba było zmagać się z duchotą. Dzięki Wigrom przyzwyczaiłem się do długich wyjazdów. Chłopaki w Piaście narzekali na przykład na długi wyjazd do Szczecina, a dla mnie - po trzynastogodzinnych podróżach - to normalność. 

 

Liczyłeś kiedyś, jak wielu kolegów z drużyny zdobywającej mistrzostwo Polski juniorów starszych w Grudziądzu, zagrało w Ekstraklasie?

 

- Nie, ale patrząc na szybko… Bartek Kalinkowski zagrał w Legii. Podobnie Robert Bartczak i Norbert Misiak. W gronie ekstraklasowiczów byli też Jakub Arak i Kamil Mazek. Moim zdaniem to taka normalna liczba. Byliśmy mistrzami Polski juniorów starszych i teoretycznie byliśmy najlepszymi zawodnikami w tej kategorii wiekowej w Polsce. Losy zawodników toczą się różnie, a przeskok z juniorów do seniorów jest jednak czymś trudnym. To też najważniejszy moment. Trzeba go przetrwać, starać się jak najwięcej grać i się rozwijać. Zdarzają się jednak też tak pechowe sytuacje jak z Norbertem, któremu kontuzje zahamowały karierę, a on sam był przy tym ogromnym profesjonalistą.

 

Turniej w Grudziądzu był wyjątkowy? Wokół niego zrodził się pewnego rodzaju kult. 

 

- Dla mnie był o tyle wyjątkowy, że wracałem na niego po zerwaniu więzadła krzyżowego razem z Norbertem Misiakiem. Przed urazem byłem kapitanem zespołu, a po mnie opaskę przejął Bartek Kalinkowski. Udało mi się dojść do zdrowia chwilę przed zawodami, na ostatnie spotkania ligi makroregionalnej. Moim wielkim celem był występ w meczach w Grudziądzu i udało się go zrealizować. Urósł wokół niego pewnego rodzaju kult, bo ostatecznie wygraliśmy po wielu latach przerwy. Prawda jest jednak taka, że bez dalszej pracy w przyszłości, pójdzie to w zapomnienie, a medal będzie sobie samotnie wisiał w gablotce. 

 

Pięć lat później masz szansę zagrać przeciwko Legii. 

 

- Wtedy myślałem, że minie rok i będę miał szansę gry w pierwszym zespole Legii. Pewnie większość z nas spodziewała się czegoś takiego. Liczyło się na czerwony dywan i złote schodki do kariery przy Łazienkowskiej, gdzie wygrana w Grudziądzu miała być pierwszy etapem. Rzeczywistość nie była taka różowa i trzeba było próbować drogi do Ekstraklasy wiodącej przez objazd. Jak nie drzwiami, to oknem. Był moment, w którym zapanował „boom” na adeptów akademii, ale potem zmieniała się polityka, za wszelką cenę walczono o mistrzostwo i nie było czasu na młodzieżowców. W futbolu jest tak, że trzeba się czasem znaleźć w odpowiednim miejscu i czasie. 

 

Mecz Piasta z Legią w 4. kolejce Ekstraklasy będzie w odpowiednim miejscu i czasie?

 

- Gdybym powiedział, że będzie to dla mnie mecz jak każdy inny, to skłamałbym. Spotkania z Legią będą dla mnie wyjątkowe, bo wychowałem się w tym mieście i klubie. Nie może być inaczej, serduszko mocniej zabije. Chciałbym zagrać przeciwko mistrzom Polski, jak nie teraz, to w kolejnym spotkaniu lub… w kolejnym - w rundzie mistrzowskiej. Na pewno będę z siebie dawał sto procent by pokazać, że zasługuję na Ekstraklasę. 

 

Wierzysz, że możesz kiedyś wrócić do Legii czy to tak daleka rzecz, że trudno w ogóle o tym myśleć?

 

- Nie zamykam sobie drzwi, ale przewidzieć życie piłkarza… To trudne, bo wiele zmienia się w mgnieniu oka. Nigdy nie przewidziałbym, że tak potoczy się moja kariera. Gdyby ktoś cztery lata temu zapytał mnie, gdzie będę dziś, stwierdziłbym pewnie, że w Legii. Kto wie, co będzie za dwanaście miesięcy? Może będę na drugim końcu Polski lub Europy. To taki zawód, że niczego nie można być pewnym. Fajnie byłoby kiedyś wrócić w rodzinne strony, ale nic na siłę. Sentyment jednak zostaje, bo na osiedlu, na którym się wychowałem, od zawsze kibicowano Legii.

 

Często zaczyna się kibicom tym, którym się zna, a nie całym klubom. 

 

- Moi znajomi na pewno czują teraz sympatię do Piasta. Ci, którzy dodatkowo kibicują Legii, w niedzielę będą pewnie liczyli na remis (śmiech). Zawsze jest też tak, że koledzy trzymają kciuki za kolegów, gdziekolwiek obecnie są. Mam tak samo, bo przykładowo ściskam kciuki za „Kalego”, który wciąż może się rozwijać. Jesteśmy zawodnikami, zmiany klubów są normalne i zawsze trzeba iść do przodu.

 

Snajperem nie jesteś, ale jeśli już wyjdziesz na boisko i trafisz do bramki, to kibice zobaczyliby w niedzielę twoją radość?

 

- Piłkarz nie cieszy się w takiej sytuacji z gola, bo chce oddać szacunek swojemu byłemu klubowi. Jeden z dziennikarzy napisał jednak kiedyś, że w głębi duszy, zawodnik i tak czuje radość. Coś w tym jest. Emocje da się ukryć, ale ten szacunek do osób, które w przeszłości cię wspierały, jest bardzo ważną kwestią.

 

Piast jest faworytem meczu z Legią?

 

- Zobaczymy, jakie kursy przedstawią bukmacherzy. Mówiąc jednak poważnie, przystępujemy do spotkania w roli liderów Ekstraklasy. Szanse będą wyrównane. Piast będzie miał dodatkowe dni na odpoczynek po spotkaniu Legii w Lidze Europy. To jednak klub posiadający szeroką kadrę i wciąż mający zawodników z największą jakością w Polsce. Legia jest faworytem zawsze, nawet gdy ma problemy. 

 

Problemy Legii przyniosą korzyści Piastowi?

 

- Na ogół nie mogą pozytywnie wpływać na zespół, ale czasem jest tak, że drużyna w takiej sytuacji jest w stanie odwrócić to, co działo się w ostatnich tygodniach. Z takim trenerem, jakim jest Aleksandar Vuković, drużyna ostatecznie może się zjednoczyć. Sądzę, że Legia spróbuje pokazać, że może wyjść z kryzysu i odrodzić się na przykład w takim momencie. Piast będzie chciał jednak walczyć i również pokazać, że potrafi grać w piłkę.

Komentarze (0)

Zaloguj się, by móc oceniać komentarze.

Punkty

1063

Ranking miesiąca
#11094
Ranking ogólny
#1094