Reklama HEG

Z obozu rywala: Lechia - niespełnione marzenia o Europie

Patryk Tylak

Źródło: Legia.Net

04-08-2018 / 12:44

(akt. 02-12-2018 / 11:23)

W sobotę Legia Warszawa podejmie na własnym stadionie Lechię Gdańsk. To właśnie mecz pomiędzy tymi ekipami, również w Warszawie, kończył sezon 2016/17, w którym obie drużyny były w grze o mistrzostwo do samego końca. Przypomnijmy, że po bezbramkowym remisie „Wojskowi” mogli rozpocząć fetę mistrzowską, natomiast gdańszczanie zakończyli sezon poza podium i musieli tylko obejść się smakiem tak wyczekiwanych europejskich pucharów. Klub znad morza był wtedy najbliżej celu, jaki w Gdańsku mają od kilku lat. Wydawało się, że w następnym sezonie lechiści znów powalczą o to, aby Europa zawitała do Trójmiasta nie tylko za sprawą Arki. Cóż, nie wyszło, choć to i tak za mało powiedziane na to, co działo się z Lechią w poprzednich rozgrywkach.

Na początku 2016 roku Lechię objął Piotr Nowak, mający za sobą doświadczenie w trenerce w amerykańskich klubach. Gdańszczanie pod wodzą nowego sternika zaczęli grać ładnie dla oka i przede wszystkim osiągać satysfakcjonujące wyniki, które pozwoliły na zajęcie 5. miejsca na koniec sezonu 2015/16. W Gdańsku byli zadowoleni z wkładu Nowaka do drużyny i z optymizmem wyczekiwano na to, co zespół osiągnie po w pełni przepracowanym letnim okresie przygotowawczym pod jego wodzą. Szkoleniowiec kontynuował dobrą pracę w Lechii i do końca rozgrywek 2016/17 wierzono, że w Gdańsku, po kilku latach nadziei, będą cieszyć się z awansu do europejskich pucharów. Ba, wystarczyłoby wciśnięcie jednego gola w opisywanym na wstępie meczu z Legią, a lechiści zdobyliby tytuł mistrza Polski po raz pierwszy w historii. Jednakże jak już wspomnieliśmy, Lechia tylko  zremisowała bezbramkowo ostatnie spotkanie sezonu i w ostatecznym rozrachunku skończyła na 4. lokacie, która nie premiowała awansem do Ligi Europy. Rozgoryczeni kibice mogli wierzyć, że nauczona na błędach drużyna w sezonie 2017/18 znowu będzie biła się o czołowe lokaty, tym razem z lepszym skutkiem, awansując do europejskich pucharów. Jednak wyników Lechii w poprzednim sezonie nie przewidziałby chyba nawet wróżbita Maciej. I to w negatywnym znaczeniu, patrząc ze strony fanów gdańskiej drużyny.


Dziesięć punktów po 10. kolejkach – wiadomo, że taki bilans nie pasuje do drużyny, która ma ambitne plany. Wiedzieli o tym także w Gdańsku, i pod koniec września poprzedniego roku, Nowak pożegnał się z rolą trenera Lechii. Były już trener nie rozstał się jednak z klubem całkowicie, ponieważ w gdańskiej ekipie zaproponowano mu stanowisko dyrektora sportowego, na co sam zainteresowany przystał. Natomiast nowym szkoleniowcem drużyny ogłoszono Adama Owena, który był już w sztabie lechistów jako trener przygotowania fizycznego. Owena doceniono jeszcze podczas Euro 2016, kiedy reprezentacja Walii, pracująca nad kondycją właśnie pod okiem swojego rodaka, zabłysnęła dobrym przygotowaniem fizycznym, które zaprowadziło ją aż do półfinału. Praca pierwszego trenera jest jednak trudniejszym zadaniem, o czym Owen miał dowiedzieć się właśnie w Lechii. Po przejęciu w pełni władzy nad drużyną, Walijczyk nie potrafił wyprowadzić gdańszczan na prostą, zdobywając średnio trochę ponad jeden punkt na mecz. Cierpliwość włodarzy klubu do Owena skończyła się na początku marca, a w jego miejsce zatrudniono Piotra Stokowca. W międzyczasie dyrektorem sportowym przestał być Nowak, co oznaczało zupełnie nowe rozdanie w Lechii. Stokowiec nie zaliczył jednak dobrego wejścia do nadmorskiego klubu, ponieważ ekipa pod jego wodzą przegrała pierwsze trzy mecze. Lechiści spięli się dopiero w ostatniej kolejce rundy zasadniczej, pokonując w prestiżowym dla kibiców spotkaniu Arkę Gdynia. Tydzień później, już w rundzie finałowej, gdańszczanie ponownie pokonali swojego rywala w derbach Trójmiasta, ale nie poprawiło to znacznie humorów w Lechii. Już sam udział w grupie spadkowej był dla tej drużyny ujmą, ale realne zagrożenie spadkiem, to naprawdę nie był powód do śmiechu, nawet po dwukrotnym zwycięstwie nad lokalnym rywalem. Tym bardziej, że w trzech następnych kolejkach lechiści nie potrafili wygrać meczu i w klubie zaczęło być naprawdę gorąco. W 35. serii gier Lechia wygrała jednak z Piastem Gliwice, a dwa następne starcia, kolejno z Pogonią Szczecin i Sandecją Nowy Sącz, zremisowała i ostatecznie zajęła 13. miejsce z przewagą trzech „oczek” nad strefą spadkową.


Co ciekawe, w poprzednim, fatalnym dla Lechii sezonie, nie raz podkreślano, że drużyna z Gdańska jest tragicznie przygotowana fizycznie do rundy wiosennej. Było to zdumiewające, ponieważ w zimę przygotowywała się przecież pod okiem fachowca od tego aspektu. Owen nie pozostawił więc po sobie dobrego wrażenia, a Stokowiec do końca rozgrywek musiał jakoś dźwignąć ekipę kondycyjnie, co w pewnym stopniu może usprawiedliwiać byłego trenera m. in. Zagłębia Lubin i jego wyników osiąganych w Gdańsku. Jednakże w bieżącym sezonie 46-latek nie ma już miejsca na błędy i musi ze swojego zespołu wykrzesać lepszą grę. Stokowiec przede wszystkim musiał jednak pożegnać się z dwunastoma piłkarzami, ponieważ aż tylu opuściło Lechię w letnim okienku transferowym. Głównie są to gracze, którzy nie mieli co liczyć na występy w pierwszym składzie, ale lechistów boli na pewno rozstanie z Marco Paixao, a zwłaszcza sposób pożegnania z byłym królem strzelców ekstraklasy. Atakujący podpadł sztabowi szkoleniowemu jeszcze w marcu, kiedy to odmówił gry w sparingu. Portugalczyk został odsunięty od treningów z pierwszą drużyną i do końca sezonu już w barwach Lechii nie zagrał. Teraz karierę kontynuować będzie w tureckim Altay SK, a gdańszczanie stracili zawodnika gwarantującego kilkanaście goli w sezonie. Po kilku latach gry nad morzem z Lechią pożegnał się także Jakub Wawrzyniak. Były legionista i reprezentant Polski w poprzednim sezonie grał sporo, ale już nie tyle, co w poprzednich rozgrywkach. W drużynie nie ma już również Mato Milosa, Grzegorza Kuświka oraz Simeona Sławczewa – każdy z tych piłkarzy uzbierał dwucyfrową liczbę występów w Lechii w sezonie 2017/18. Zwłaszcza ten ostatni przeważnie gwarantował odpowiednią jakość w środku pola. Z kolei karierę postanowił zakończyć Sebastian Mila, ale pomocnik i tak w bieżącym roku nie wyszedł na boisko nawet na minutę. Oprócz wspomnianych piłkarzy, obóz gdańszczan opuścili także Gerson, Oliver Zelenika, Milen Gamakow, Miłosz Kalahur, Rafał Kobryń i Joao Oliveira. Wciąż niepewna jest za to przyszłość Milosa Krasicia. Serb na początku lipca wyjechał trenować z rodzimą FK Vojvodiną, ale oficjalnie jeszcze nie odszedł z Lechii.


Mimo tych dwunastu ubytków z kadry, Lechia nie ruszyła na wielkie zakupy. Być może, w porównaniu do poprzednich okienek, gdy do Gdańska nadciągały tabuny nowych zawodników, klubowi włodarze chcą wreszcie większej stabilizacji, ale nie od dziś wiadomo, że mają oni problemy z finansami. W poprzednim sezonie za zaległości finansowe gdańszczanie zostali ukarani odjęciem jednego punktu. W bieżącym, do klubu zostało ściągniętych tylko trzech nowych graczy. Jarosław Kubicki i Zlatan Alomerović znaleźli się w drużynie Lechii głównie dlatego, że ich kontrakty odpowiednio z Zagłębiem Lubin i Koroną Kielce dobiegły końca i za ich kartę nie trzeba było płacić. Z kolei Egy Maulana Vikri podpisał umowę z lechistami jeszcze w marcu, ale dopiero od trwającego sezonu mógł zostać zgłoszony do gry. Zakontraktowanie 17-letniego pomocnika przyniosło Lechii wielu fanów z Indonezji, ponieważ Vikri jest tam niezwykle popularny, a na swoim koncie ma już nawet mecze w dorosłej reprezentacji. Na razie jednak nie zadebiutował w ekstraklasie, co przyniosło za sobą rozżalenie indonezyjskich fanów, którzy atakują media społecznościowe Lechii. Doszło nawet do tego, że gdy okazało się, że ich pupilek nie zagra w ostatnim meczu ze Śląskiem Wrocław, fani życzyli Lechii porażki z wrocławianami aż 0:12. Zresztą nie tylko Vikri z nowych zawodników ma problemy z grą. Alomerović na razie przegrywa rywalizację w bramce z Dusanem Kuciakiem, choć wydawało się, że były gracz Korony został ściągnięty do Gdańska właśnie w miejsce Kuciaka, który lada moment miał opuścić Lechię. Tak się jednak na razie nie stało i Alomerović, mający za sobą kilka udanych występów w poprzednim sezonie, musi oglądać mecze z ławki rezerwowych. Tylko Kubicki z nowych piłkarzy jest pewniakiem do podstawowej jedenastki, w obu dotychczasowym starciach w bieżącym sezonie przebywał na boisku pełne 90 minut. Warto odnotować, że w rubryce „przybyli” do gdańskiego klubu można jeszcze spotkać więcej nazwisk oprócz wymienionej trójki, ale są to powroty z wypożyczeń. Do tego grona należą Jakub Arak, Mateusz Lewandowski, Karol Fila, Tomasz Makowski, Michał Mak i Daniel Mikołajewski. Najbliżej pierwszego składu jest tylko Mak, który już dwa razy wychodził w wyjściowej jedenastce.


Przechodząc do wyników osiąganych przez Lechię w bieżącym sezonie, są one na razie obiecujące dla fanów z Gdańska. Na inaugurację lechiści pokonali wicemistrza Polski, Jagiellonię Białystok 1:0 po golu Flavio Paixao. Ten sam zawodnik był autorem jedynego trafienia dla Lechii w spotkaniu drugiej kolejki przeciwko Śląskowi Wrocław. Portugalczyk przeciwko wrocławianom miał szansę na dublet, ale tak jak pierwszy rzut karny pewnie zamienił na bramkę, tak do drugiego podszedł zbyt nonszalancko i strzelił w środek bramki, wprost w stojącego Jakuba Słowika. Ta zmarnowana „jedenastka” przyczyniła się do utraty szansy na zwycięstwo, ponieważ lechiści tylko zremisowali 1:1 ze Śląskiem. Postawa Paixao przy drugim karnym mocno rozwścieczyła trenera Stokowca. Szkoleniowiec w końcu jednego z portugalskich braci w poprzednim sezonie odesłał już do rezerw, a teraz kłopoty może mieć ten, który wciąż pozostaje w klubie. Tak naprawdę Flavio Paixao od odsunięcia od składu ratuje fakt, że nie ma go kim zastąpić. Oprócz niego, w kadrze z napastników znajduje się tylko Arak i mogący grać na tej pozycji Przemysław Macierzyński. Mało, jak na klub marzący o europejskich pucharach. Jest to na pewno formacja, która w Lechii wymaga jeszcze wzmocnień. Nieciekawą sytuację gdańszczanie mają także na środku obrony. Stokowiec nie ma za bardzo w kim wybierać i parę stoperów tworzą Michał Nalepa i Błażej Augustyn, którzy są zbyt elektryczni. Jednakże w spotkaniu przeciwko Legii trener będzie mógł już także skorzystać na tej pozycji ze Stevena Vitorii, do tej pory leczącego uraz.


Jeżeli chodzi o formację preferowaną przez Stokowca w Lechii, jest to 4-3-3. Na prawej obronie możemy spodziewać się Pawła Stolarskiego lub Joao Nunesa, natomiast na lewej stronie defensywy w bieżącym sezonie szaleje Filip Mladenović. 26-latek do Gdańska przybył zimą, ale w rundzie wiosennej nie potrafił pokazać swoich umiejętności nabytych m. in. w BATE Borysów czy FC Koeln. Dopiero od początku trwających rozgrywek Mladenović pokazuje to, czego powinno oczekiwać się od gracza mającego na swoim koncie występy w Lidze Mistrzów. Wracając do ustawienia Lechii, trójkę środkowych pomocników tworzą Daniel Łukasik, Kubicki oraz najbardziej wysunięty z tego grona, Patryk Lipski. Na skrzydłach występują, wspomagając Paixao, Lukas Haraslin oraz Mak. Wątpliwe, aby trener Stokowiec zdecydował się na jakieś zmiany w starciu z Legią. Choć kto wie, może od pierwszych minut wystąpi Ariel Borysiuk, albo szkoleniowiec zdecyduje się na któregoś z młodych zawodników. W Warszawie nie wystąpią za to na pewno Rafał Wolski i Sławomir Peszko. Były legionista wciąż dochodzi do siebie po kontuzji, natomiast wyczyn Peszki jest już raczej wszystkim znany. Zawodnik, który za swoje zasługi został powołany do reprezentacji Polski na mistrzostwa świata, w pierwszej kolejce bieżącego sezonu brutalnie sfaulował Arvydasa Novikovasa, za co najpierw otrzymał czerwoną kartkę, a następnie został zdyskwalifikowany przez Komisję Ligi na trzy miesiące.


O ile pierwsza jedenastka Lechii prezentuje się w miarę solidnie, o tyle szkoleniowiec gdańszczan nie ma zbyt wielkiego komfortu, jeśli chodzi o potencjalnych zmienników. Mimo to, lechiści zapewne wciąż marzą o upragnionej kwalifikacji do europejskich pucharów, choć w Gdańsku głośno o tym nie mówią. Być może gdańszczanom pewność siebie zmniejszył poprzedni sezon, w którym niemalże do samego końca musieli bić się o utrzymanie. Podopieczni Stokowca muszą więc od samego początku rozgrywek zdobywać kolejne skalpy, dzięki którym ponownie coraz śmielej zaczną mówić o zakończeniu sezonu w czubie tabeli. Na razie wszystko wygląda dobrze, gdańszczanie, w porównaniu chociażby do Legii, nie przegrali jeszcze spotkania, a mają za sobą konfrontacje z wymagającymi przeciwnikami. „Wojskowi” to kolejny trudny rywal dla Lechii, ale goście znad morza na pewno nie zamierzają cofnąć się do defensywy i liczyć tylko na wywiezienie remisu. – Na Legii chcemy być świadomi własnych możliwości. Nie jedziemy z bojaźnią, ale z odwagą i pewnym planem. – mówił na konferencji przedmeczowej drugi trener Lechii, Łukasz Smolarow, który pojawił się na niej w zastępstwie Stokowca.

 

Mecz Legii z Lechią odbędzie się w sobotę o godzinie 20:30 na stadionie przy Łazienkowskiej. Arbitrem starcia będzie Tomasz Musiał. Relacja na łamach Legia.Net.

Komentarze (3)

Zaloguj się, by móc oceniać komentarze.

Punkty

1063

Ranking miesiąca
#11094
Ranking ogólny
#1094
Ten Viki to zagadka.
Wielki talent z piłkarskiego trzeciego świata na tyle utalentowany że nie przebija się w Lechii A jego fani gdyby mogli się dostać do Polski z dymem puściliby Gdańsk... :)
~nep
  • 0 / 0
Parę słów wyjaśnienia do powyższego artykułu. W sezonie 2016/2017 w ostatnim meczu w Warszawie, w Gdańsku już przed meczem wszyscy wtajemniczeni wiedzieli, iż Lechia tego meczu nie wygra. Analiza tego spotkania (m. in.bezsensowna czerwona kartka Peszki , która ustawiła ten mecz) tylko to potwierdza. Ostatnią rzeczą, jaką sobie by życzył obecny prezes oraz właściciel byłby awans Lechii do pucharów.
Obecnie Lechia zmierza raczej drogą Germinal-Beerschot Antwerpse Clubpod, który pod protektoratem Wernzego wiosną 2013 roku został zdegradowany z Jupiler Pro League i z długami sięgającymi 17 mln euro ogłosił bankructwo.
~Lokio
  • 0 / 0
To ciekawe te Twoje teorie spiskowe. Z tego co pamiętam to ten wynik 0:0 był niebezpieczny dla lechii jeśli nie chciala grać w europejskich pucharach . Przecież wystarczyło ze w meczu lech - Jaga ktoś strzeliłby gola, wygrał, a Lechia miałaby kwalifikacje do ligi europejskiej (a my brak mistrzostwa)