
Blog: CWKS – dlaczego Legia nie wyrzeknie się tej nazwy?
09.08.2025 21:30
(akt. 09.08.2025 21:35)
W tym tekście rozprawię się z mitami narosłymi wokół CWKS-u. Pokażę Ci, skąd naprawdę wzięła się ta nazwa, dlaczego dla kibiców Legii nie jest ona żadnym obciążeniem, i wreszcie – wyjaśnię, dlaczego wielu z nas nadal z dumą śpiewa „Ce, Ce, Ce Wu Ka, Ce Wu Ka eS!”. Na końcu dokonam też osobistej oceny – czy i dlaczego warto te śpiewy kontynuować.
Rozważania na ten temat warto zacząć od kilku podstawowych faktów.
Po pierwsze – dzisiejsze śpiewy o CWKS-ie w żadnym wypadku nie są hołdem dla jednostki wojskowej ani wojskowego zrzeszenia sportowego (a warto wiedzieć, że CWKS to była również nazwa zrzeszenia – podobnie jak ZS Gwardia, ZS Kolejarz, ZS Spójnia czy ZS Ogniwo), które funkcjonowało w latach 1950–1957.
Po drugie – CWKS nie był żadną kalką CSKA, i to z bardzo prostego powodu. Gdy w maju 1950 roku warszawski klub przyjął nazwę CWKS, jego moskiewski odpowiednik nosił jeszcze nazwę CDKA Moskwa (ros. Центральный Дом Красной Армии – pol. Centralny Dom Armii Czerwonej). To bułgarski klub z Sofii odwzorował tę nazwę wiernie i już w 1949 roku funkcjonował jako CDNW Sofia (Centralny Dom Narodowej Armii Ludowej). Nazwa CSKA w Moskwie pojawiła się dopiero w 1960 roku – a więc dekadę później niż CWKS w Warszawie. Gdyby Legia rzeczywiście miała kopiować moskiewską centralę, wzorem bułgarskich towarzyszy powinna przyjąć nazwę: Centralny Dom Wojska Polskiego (przy czym warto dodać, że określenie „Ludowe Wojsko Polskie” było jedynie konstruktem propagandowym, a nie oficjalną nazwą armii). Ale tak się nie stało.
Po trzecie – nieprawdą jest, że CWKS jako byt organizacyjny przetrwał cały PRL. W wyniku "odwilży" w polskim sporcie, która nastąpiła w latach 1955–57, na mapę sportową kraju powróciła WKS Legia – odzyskując nie tylko swoją nazwę i osobowość prawną, ale też przedwojenną tradycję, dawnych działaczy, kontakt z miastem oraz współpracę z młodzieżą szkolną i harcerską.
W przypadku sekcji piłkarskiej ogromną rolę odegrali przedwojenni zawodnicy, którzy 26 stycznia 1957 roku wzięli udział w historycznym spotkaniu z zarządem klubu. To wydarzenie to jeden z kamieni milowych w historii Legii, a jeśli nigdy o nim nie słyszałeś, serdecznie polecam tekst Grzegorza Karpińskiego zatytułowany „Przyszli upomnieć się o Legię” – dostępny na jego blogu. Ten tytuł mówi wszystko.
W takiej sytuacji – gdzie tu miejsce dla CWKS-u?
W słynnej encyklopedii FUJI autorstwa śp. Andrzeja Gowarzewskiego możemy przeczytać następujące zdanie:
„Ce-Wu-Ka-eS jako hasło pozostało w okrzykach kibiców do dzisiaj, choć w 1957 pożegnano oficjalnie człon ‘centralny’ w nazwie klubu.”
Jak mówi stare publicystyczne porzekadło: „Gowarzewski napisał, reszta przepisała”. Problem polega na tym, że z faktograficznego punktu widzenia nie jest to prawda.
Owszem, w 1957 roku nastąpił powrót do tradycji i reaktywacja nazwy WKS Legia, ale człon "centralny" nie został wtedy formalnie "pożegnany" – bo CWKS jako skrót wrócił w 1973 roku, w pełnej nazwie: CWKS Legia Warszawa. I to właśnie wtedy, w czasie rozkwitu ruchu kibicowskiego na Legii, wśród fanów zaczęło funkcjonować zawołanie "Ce Ce Ce Wu Ka, Ce Wu Ka eS!". Dlatego to nie PRL lat 50. jest tu źródłem inspiracji – tylko realia początku lat 70., gdy CWKS istniał już tylko jako nazwa, bez realnej funkcji strukturalnej wojskowego zrzeszenia. Innymi słowy – kibice nie śpiewają o CWKS-ie z miłości do generała Popławskiego. Śpiewają, bo wtedy tak się klub nazywał, gdy po raz pierwszy zaczęli chodzić na mecze, malować barwy na murach i tworzyć legijne środowisko, które trwa do dziś.
To skąd w ogóle wzięła się nazwa CWKS w latach 70.?
Otóż była to decyzja odgórna, podjęta na szczeblach Ministerstwa Obrony Narodowej. Kluczowym momentem była tu tzw. afera Potorejki – skandal finansowy, który wybuchł w połowie 1971 roku. W telegraficznym skrócie polegało to na tym, że pracownicy klubowi kwitowali odbiór pieniędzy, które w rzeczywistości trafiały do zawodników – m.in. Kazimierza Deyny, Lesława Ćmikiewicza, Roberta Gadochy, Tadeusza Nowaka czy Jana Tomaszewskiego. Po prostu, najlepszych piłkarzy w kraju należało zatrzymać godziwym wynagrodzeniem – na co jednak oficjalnie brakowało środków. Więc te środki "organizowano".
Warto dodać, że po 1957 roku zrzeszenia sportowe przekształcono w federacje, a w przypadku sportu wojskowego powstał przy MON nowy organ – Rada Wychowania Fizycznego, Sportu i Turystyki. To właśnie ona trzymała pieczę nad sportem w Ludowym Wojsku Polskim.
Gdy afera wyszła na jaw, winni zostali ukarani: prezes Edward Potorejko trafił do więzienia na 5 lat, a trener Edmund Zientara na 2 lata. Ale w samym MON-ie doszło do ważniejszego wniosku: nie może być mowy o egalitaryzmie w finansowaniu klubów wojskowych. Bo w praktyce to nie każdy klub wojskowy był "równy". MON musiał uznać, że są w kraju wojskowe kluby "zwyczajne" i kluby reprezentacyjne – takie, które grają o najwyższe cele, promują wojsko, i ściągają do siebie największe gwiazdy. I właśnie takim klubem była Legia.
W tym samym czasie, czyli w latach 1972–1980, w wojsku utrwalono nowy porządek organizacyjny w zakresie sportu. Struktura wojskowych klubów sportowych (WKS) została uporządkowana i podzielona na kilka szczebli. Pierwszy stanowiły kluby centralnego podporządkowania, elita, która miała reprezentować Ludowe Wojsko Polskie na najwyższym szczeblu rozgrywek krajowych i międzynarodowych – i tu oczywiście znajdowała się Legia. Drugi poziom to kluby okręgowe i klubów rodzajów sił zbrojnych – również wyczynowe, ale działające bardziej regionalnie. Trzeci szczebel to kluby uczelniane, których zadaniem było przede wszystkim szkolenie podchorążych i selekcja najlepszych do dalszego rozwoju w większych ośrodkach. Ostatni poziom tworzyły kluby garnizonowe – funkcjonujące głównie w małych miastach i pełniące rolę rekreacyjną oraz integracyjną dla lokalnych żołnierzy.
Jednocześnie MON zdecydował się na restrukturyzację i czystki: likwidowano sekcje i całe kluby, które nie rokowały – sportowo, organizacyjnie ani finansowo. W tym gronie znalazły się m.in. Lotnik Warszawa czy Gryf Toruń. W miejsce dotychczasowych 22 klubów z 91 sekcjami zaplanowano utworzenie ośmiu głównych WKS-ów, którym miało podlegać 12 filii i 86 sekcji. Całość miała być bardziej skoncentrowana, wydolna i możliwa do centralnego sterowania. Przy okazji z mapy zniknęło 14 klubów, 6 sekcji i aż 23 zespoły kobiece.
W tej nowej strukturze każdy z ośmiu klubów miał przypisane konkretne zadania i specjalizacje, ale rolę klubu numer jeden, reprezentacyjnego okrętu całego sportu wojskowego, nadal pełnić miała CWKS Legia Warszawa.
Aby tę decyzję sformalizować, 31 grudnia 1972 r. generał Bolesław Chocha podpisał zarządzenie, które likwidowało stary etat WKS Legia i powoływało w jego miejsce nową jednostkę etatową – CWKS Legia z siedzibą w Warszawie. Ponieważ w trakcie sezonu nie można było formalnie zmienić nazwy drużyny, z nową nazwą Legia wystartowała dopiero od rundy jesiennej 1973, dokładnie od 7 sierpnia.
Czy to oznacza, że wróciły lata 50.?
Na pierwszy rzut oka – można by tak pomyśleć. CWKS znowu w nazwie, Legia znów „centralna”. Ale w praktyce nowa struktura sportu wojskowego z lat 70. tylko pozornie przypominała tę z epoki stalinizmu. Owszem, była bardziej sformalizowana i scentralizowana niż w latach 60., ale nie oznaczało to powrotu do modelu, w którym wszystkie wojskowe kluby były podporządkowane jednemu ośrodkowi – jak niegdyś CWKS-owi. Pozostałe WKS-y nie były już filiami Legii, lecz działały autonomicznie – podobnie jak kluby w innych branżowych federacjach (np. gwardyjskiej czy kolejarskiej).
Autorzy księgi na 100-lecie klubu przetoczyli wypowiedzi działaczy z posiedzeń zarządu, którzy wypowiadali się w tej sprawie jasno.
Gen. Mieczysław Cygan - wiceprezes klubu:
Jeżeli mamy być CWKS-em, to najlepsi zawodnicy powinni być w Legii. Nie ma mowy, aby jakiekolwiek targi miały miejsce pomiędzy klubami wojskowymi. W tej chwili Legia chyli się po równi pochyłej
Radca prawny klubu Ppłk Marian Winiarczyk na posiedzeniu prezydium zarządu 16.10.1973:
Nazwa klubu powinna brzmieć jak dotychczas WKS Legia - ponieważ inne kluby wojskowe nie podlegają mu, a ramowym statucie WKS-ów nie przewiduje się centralnego klubu. Jeżeli nazwa brzmiałaby CWKS Legia, to inne klubu wojskowe powinny świadczyć na rzecz naszego klubu, względnie być od niego zależne
Dla porównania – przypomnijcie sobie przypadek Wawelu Kraków. W 1953 roku, mimo zdobycia wicemistrzostwa Polski, klub został ukarany… wycofaniem z rozgrywek na jeden sezon. Powód? Centralna doktryna, która nie przewidywała, by wojskowy klub „z prowincji” mógł być lepszy od tego ze stolicy. Tymczasem w roku 1977 Śląsk Wrocław zdobywa mistrzostwo Polski i nikt nie robi z tego afery – Legia kończy sezon dopiero na 8. miejscu i tym razem wrocławian nie spotykają żadne konsekwencje. To pokazuje, że realia polityczne i sportowe były już zupełnie inne niż dwie dekady wcześniej.
Czy w takim razie CWKS Legia była „centralnym” klubem tylko z nazwy? Nie do końca. Bycie klubem centralnym wynikało nie z kaprysu działaczy, tylko z logiki całego systemu militarno-administracyjnego bloku wschodniego. W Moskwie, Pradze, Sofii, Budapeszcie i Warszawie siedziby głównych wojskowych klubów sportowych znajdowały się właśnie w stolicach – bo tam mieściły się struktury centralne armii i resortów obrony narodowej. To w stolicach były:
- ministerstwa obrony (w Polsce – MON),
- dowództwa generalne,
- akademie wojskowe i ośrodki szkoleniowe,
- zaplecze finansowe i kadrowe.
Po prostu: skoro wojskowy sport podlegał pod MON, to naturalne było, że jego reprezentacyjny klub funkcjonował w tym samym mieście co jego przełożeni.
Do tego dochodziły kwestie pragmatyczne: w stolicy był lepszy dostęp do infrastruktury sportowej, większy potencjał kadrowy (zarówno sportowców, jak i rekrutów), większe możliwości medialne i polityczne, a także – nie oszukujmy się – prestiż. Klub ze stolicy automatycznie zyskiwał status „wizytówki kraju”, czego nie dało się osiągnąć z garnizonem w Białej Podlaskiej czy Elblągu.
CWKS Legia była więc „centralna” nie dlatego, że ktoś tak sobie wymyślił – tylko dlatego, że Warszawa była stolicą, a MON działał właśnie tu.
Jak do tego wszystkiego ma się kwestia kibicowska?
Ano bardzo mocno – bo właśnie w tym okresie, kiedy na papierze wraca nazwa CWKS, rodzi się w Warszawie zorganizowany ruch kibicowski. Kluczowym momentem był mecz z Feyenoordem Rotterdam w ćwierćfinale Pucharu Europy w marcu 1970 roku. To wtedy po raz pierwszy tak wyraźnie zafunkcjonowało pojęcie „12. zawodnika”, a kibice na trybunach stali się istotnym aktorem meczowego widowiska. Tłumy wypełniające stadion Legii, transparenty, doping – wszystko to zapowiadało nową erę. I choć kibice oczywiście istnieli wcześniej, to właśnie wtedy zaczęto mówić o nich jako o świadomej grupie, która ma własną tożsamość, styl, język i... nazwę klubu, jakiej chce używać.
Dwa-trzy lata później ten ruch nabiera jeszcze większej dynamiki – właśnie wtedy powstaje legendarna Żyleta, czyli trybuna północna stadionu Wojska Polskiego, z której doping płynął najgłośniej. Żyleta ruszyła na dobre w 1973 roku, czyli dokładnie wtedy, kiedy Legia wraca do oficjalnej nazwy CWKS. Dla młodego kibica z lat 70. – ten skrót był czymś naturalnym, wręcz oczywistym. To pod nim przeżywał największe emocje, pierwsze wyjazdy, pierwsze oprawy, pierwsze śpiewy i kibicowskie inicjacje. Nie z „WKS-em”, nie z „Wojskowymi”, nie z „Legią Warszawa S.A.” – tylko właśnie z CWKS-em.
Co więcej – to z tego okresu pochodzą najstarsze pieśni i przyśpiewki kibicowskie, które do dziś słychać na trybunach. Hasła typu „Ce, Ce, Ce Wu Ka, Ce Wu Ka eS!” czy „Ce Wu Ka eS, do boju Legia Warszawa” to nie PRL-owska indoktrynacja – to żywy język stadionu, który przez dekady ulegał ewolucji, ale nigdy nie został porzucony. Nawet wtedy, gdy klub zmieniał nazwę, właścicieli, prezesów czy herby – kibice pozostawali przy swoim.
I teraz pora na bardzo ważne dopowiedzenie: CWKS w ustach kibica to nie instytucja wojskowa – to kod emocjonalny i tożsamościowy. Tak samo jak „Górnik” nie oznacza już robotnika z KWK „Makoszowy”, a „Kolejorz” nie oznacza pracownika warsztatów PKP. To samo dotyczy CWKS-u – ten skrót stracił swój literalny wojskowy sens, a nabrał nowego – kulturowego, kibicowskiego, dumnego.
Czy to dobrze, że tak się dzieje? Czy powinniśmy jednak od tego odejść?
Na koniec wchodzimy w kwestie moralne – i te zarzuty, o których wspominałem we wstępie. Owszem, Wisła Kraków porzuciła swój „gwardyjski” człon (choć wcale nie oznaczało to zerwania współpracy z MSW), ale nie została przecież założona jako klub milicyjny. Poza PRL-em nie miała nic wspólnego ani z milicją, ani z policją, ani z żadnymi służbami bezpieczeństwa. Tymczasem tożsamość Legii od zawsze opierała się na wojsku – i nie da się od tej tradycji całkowicie odciąć, bez względu na to, z jakim systemem czy jaką armią mamy do czynienia.
Ktoś zapyta: „Ale czy trzeba tak podkreślać, że była tym klubem centralnym?”. No to fakty: Legia była klubem centralnym jeszcze zanim wprowadzono w życie reformę sportu na wzór radziecki. Mało tego – pierwotnie to właśnie nazwa „Legia” miała być wspólna dla całego wojskowego zrzeszenia sportowego. Nosili ją przez moment zarówno Wawel Kraków, jak i Zawisza Bydgoszcz, czy Śląsk Wrocław. Dopiero później wojskowe władze uznały, że ta nazwa nie pasuje do nowego, zunifikowanego modelu zarządzania sportem. Ale nawet przed wojną Legia była reprezentacyjnym klubem Wojska Polskiego – aż do 1936 roku, gdy po spadku z ligi została zastąpiona przez Śmigłego Wilno, a priorytety w wojskowym sporcie się zmieniły. Przypadek Mariana Łańki, jednego z lepszych piłkarzy tamtej epoki, mówi wszystko: został przeniesiony z drużyny WKS 1 ppLeg Wilno do Legii decyzją Ministerstwa Spraw Wojskowych. Tak działała logika wojskowego sportu – i nie tylko w PRL-u.
No i teraz najważniejsze pytanie: dlaczego tylko my mamy przekreślić ponad 50 lat swojej historii, skoro inni mogą ją sobie dowolnie wybierać i romantyzować? Spójrzmy na Lecha Poznań – klub, który zmaga się z autentycznym kryzysem tożsamości. Zmieniał nazwy wielokrotnie, a dzisiejsze przyśpiewki o „Kolejorzu” (co prawda to wersja gwarowa, ale wszyscy wiemy do czego nawiązuje) to tak naprawdę odwołanie do lat stalinowskich. Klub nigdy później nie przyjął oficjalnie tej nazwy, a mimo to dziś jest ona nośnikiem dumy i tożsamości. I co – nikomu to nie przeszkadza? Nikt nie robi z tego problemu?
A przecież właśnie tam powinien iść zarzut, który często słyszymy pod naszym adresem. Kibice Lecha z jednej strony brzydzą się PRL-em, a z drugiej romantyzują jego kolejowy etos. To jak to w końcu jest? Jednym wolno, a drugim nie?
Podobnie z Polonią Warszawa. Dziś ich fani opowiadają, że kolejowy przydział doprowadził do wieloletniej marginalizacji ich klubu. Ale z ich sektora słyszymy przecież:
„Jesteśmy zawsze tam, gdzie nasz KKS gra”,
„Hej Polonia KKS! Każdy kibic wie, co to jest!”,
„Za Ka, za Ka Ka eS! Pójdziemy aż po życia kres! KKS!”.
Wniosek? Symboliczne nazwy zrzeszeń sportowych nadal żyją w kulturze kibicowskiej, niezależnie od ocen historycznych czy politycznych.
Bo bądźmy szczerzy – czy naprawdę ktoś wyobraża sobie dzisiaj śpiewanie o „sportowej spółce akcyjnej”? Serio?
Owszem, zawsze można się uprzeć i powiedzieć, że stosuję w tym momencie czystą erystykę – że próbuję wszystko wybielać, manipulować niewygodnym stanem faktycznym, bo CWKS to przecież zawsze CWKS. I że na Wiśle też kiedyś śpiewano o GTS-ie, zanim powstał sektor X i starszyzna zabroniła tych odniesień.
Tyle tylko, że ten zarzut – „wiem lepiej, co masz na myśli, kiedy do czegoś się odwołujesz” – można zastosować także w innych przypadkach. Na polskich stadionach funkcjonuje przecież przyśpiewka:
„Naszym klubem RTS,
Cała Polska o tym wie,
Że czerwona armia ta,
To kibice Widzewa”.
No więc sorry – ale śpiewanie o CWKS-ie to naprawdę wersja light w porównaniu ze śpiewaniem o czerwonej armii.
Swoją drogą, słyszałem hipotezę, że to hasło – „czerwona armia” – jako określenie fanów RTS-u wzięło się stąd, że dawniej ulica przy stadionie Widzewa nosiła imię Armii Czerwonej. Fani, którzy zaczęli budować tam zorganizowany ruch kibicowski, zaadaptowali tę nazwę, twierdząc, że odnosi się nie do sowieckiego wojska, ale właśnie do ich młyna. Ciekawy sposób na wyjście z trudnej sytuacji semantycznej.
Poza tym – co z klubami, które do dziś mają w nazwach zawodowe, „branżowe” szyldy? Muszą teraz tworzyć nowe tożsamości, by całkowicie odciąć się od poprzedniego systemu? Nikt tego nie oczekuje – i słusznie.
Podsumowanie
CWKS z lat 50. to rzeczywiście część stalinowskiego systemu sportowego. Ale CWKS z roku 1973 to już tylko szyld – nie niosący ani tej samej treści, ani tej samej siły instytucjonalnej. To ogromna różnica.
Dla kibiców odwołanie do CWKS-u to fakt historyczny, a nie deklaracja ideologiczna. To była nazwa klubu w czasie, gdy zaczęli być obecni na trybunach jako zorganizowana społeczność.
CWKS to coś, co nas wyróżnia (nie licząc rzeszowskiego wyjątku, który ten akronim rozwija inaczej). WKS-ów jest wiele – CWKS jest tylko jeden.
To, co dziś śpiewają, nie jest hołdem dla ustroju.
Tozakorzenienie się w swojej kibicowskiej genezie.
Autor: Besni(L)
Instrukcję dodawania tekstów na Bloga znajdziecie w TYM MIEJSCU.

UEFA wszczęła postępowanie w sprawie Pedro Neto

Wyniki pierwszych meczów 1/8 finału Ligi Konferencji

Wyniki pierwszych meczów 1/8 finału Ligi Europy

Raków przegrywa we Florencji po karnym w doliczonym czasie

Krzysztof Piątek show w Katarze: dwa gole i asysta

Regulamin:
Punktacja rankingu:
Za każdy nowy komentarz użytkownik dostaje 1 punkt. Jednak, gdy narusza on nasze zasady i zostanie dezaktywowany, użytkownik straci 2 punkty. W przypadku częstych naruszeń zastrzegamy sobie możliwość nakładania wyższych kar punktowych, a nawet tymczasowych i permanentnych banów.