
Blog. Jak sprawa Jerzego Wijasa stała się antylegijną legendą
01.07.2026 12:00
(akt. 01.07.2026 16:05)
Dla wszystkich młodych kibiców lub tych, którzy jeszcze nie zaznajomili się dobrze z historią naszego klubu, spieszę z wyjaśnieniem. Mowa o sprawie Jerzego Wijasa – defensywnego pomocnika łódzkiego Widzewa, który na rok przed meksykańskim mundialem '86 trafił do jednostki wojskowej. Odmówiono mu tam prawa do uprawiania sportu, z wyjątkiem krótkiego, czteromiesięcznego epizodu w B-klasowej drużynie LZS Czarni Czarne. Ponieważ w grę wchodziła kwestia przymusowej służby wojskowej, a sam gracz był już ugruntowanym reprezentantem kraju, jego dramat niemal natychmiast powiązano z mocarstwowymi ambicjami Legii. W suflowaniu tej narracji brylowali zwłaszcza łódzcy dziennikarze oraz kibice.
W jubileuszowej księdze wydanej na 100-lecie Legii czytamy: „Jerzy Wijas nie chciał przyjść do Legii – stołeczny klub oskarżono o złamanie mu kariery piłkarskiej”. W innym miejscu tej samej publikacji przytoczono fragment wywiadu, jakiego Wijas udzielił gazecie „Sport” w 2014 roku: „Musiałbym się na grę w Legii zgodzić – wtedy pewnie z miejsca przenieśliby mnie na Łazienkowską”. Niestety, autorzy księgi – zapewne z racji i tak ogromnej objętości swojej publikacji – nie pociągnęli tego wątku dalej i nie przypomnieli innych cytatów, które dają już zupełnie inny obraz sytuacji.
Analizując wspomnienia bohatera niniejszego artykułu, trudno nie odnieść wrażenia, że sam zainteresowany po latach przeczy sam sobie. Oczywiście trauma tamtych lat, potężny stres związany z utratą życiowej szansy, jaką był Mundial '86, oraz upływ czterech dekad mają pełne prawo wpływać na to, jak te wydarzenia są dziś pamiętane. Niemniej fakty w literaturze mocno się rozjeżdżają. W książce „Wielki Widzew” Marka Wawrzynowskiego czytamy: „Z kolei sam Wijas zapewnia, że nikt ze stołecznego klubu z nim nie rozmawiał...”. Od razu pojawia się więc logiczne pytanie: gdzie tu miejsce na rzekome odmawianie gry w Legii i odesłanie w „kamasze” w ramach zemsty, skoro nikt z Warszawy nawet nie nawiązał z zawodnikiem kontaktu i nie zaproponował mu przejścia na Łazienkowską?
Z kolei w książce Antoniego Bugajskiego „Był sobie piłkarz…” Wijas żali się w zupełnie inny sposób: „Gdybym wiedział, że [Sobolewski] nie da rady uratować mnie od armii, mogłem próbować iść do wojskowego klubu. Ani Śląsk, ani Legia zapewne nie zlekceważyłyby oferty...”. Z tego fragmentu wyłania się wniosek, że żadnej oferty ze strony zawodnika czy Widzewa nie zobaczyła ani Legia, ani Śląsk Wrocław. Wydaje się więc, że w tamtym czasie kluczem nie była niechęć do samej Legii, ale ogólny brak zgody Widzewa na transfer do jakiegokolwiek klubu wojskowego, czego Wijas – jak widać – po latach mocno żałuje.
Garść faktów, które trzeba przypomnieć
W latach 1979–1983 Jerzy Wijas reprezentował barwy GKS-u Katowice. W realiach Polski Ludowej oznaczało to mniej więcej tyle, że był zatrudniony jako górnik na tzw. lewym etacie. Kopał piłkę, a do kopalni „Staszic” zapewne nie zjechał nigdy w życiu. Status górnika dołowego zapewniał mu jednak automatyczne zwolnienie od służby wojskowej. Gdy zawodnik znalazł się w kręgu zainteresowania legendarnego prezesa Widzewa, Ludwika Sobolewskiego, łódzki klub wyłożył za niego gigantyczne jak na tamte czasy 8 milionów złotych.
Problem polegał na tym, że Wijasowi brakowało zaledwie sześciu miesięcy do 26. urodzin – a więc do granicy wieku, po której górnicy ostatecznie znikali z list poborowych. Sobolewski nie chciał jednak czekać, albowiem w roku 1983 pomocnikiem interesował się już Lech Poznań oraz – rzekomo – Legia Warszawa. Prezes Widzewa osobiście zapewnił piłkarza, że dzięki swojej pozycji i rozległym kontaktom bez trudu ureguluje kwestię ewentualnego wezwania z Wojskowej Komisji Uzupełnień (WKU).
W efekcie Widzew zyskał kapitalnego gracza, ale z potężną bombą zegarową w papierach – niespełna 26-latka bez uregulowanego stosunku do armii. Nic więc dziwnego, że wojsko dość szybko zainteresowało się tym szczególnym przypadkiem. Sobolewski, zamiast rozwiązać problem systemowo, zalecał Wijasowi grę na zwłokę, wierząc, że jego gabinetowe wpływy w końcu zadziałają. Rozpoczął się ryzykowny taniec z systemem, który idealnie obrazuje chronologia tamtych wydarzeń:
Kronika konfliktu: Jak piłkarz rzucił wyzwanie systemowi
Gra na zwłokę
Luty 1984
Wijas zgłasza się do WKU Łódź, prosząc o ponowne badanie lekarskie z powodu kontuzji odniesionej w meczu kadry. Rejonowa Wojskowa Komisja Lekarska uznaje go za czasowo niezdolnego do służby na okres 6 miesięcy – do 22 sierpnia 1984 roku.
Otwarte złamanie prawa
Po 22 sierpnia 1984
Mimo wielokrotnych, oficjalnych wezwań, Wijas kompletnie ignoruje badania kontrolne. Zgodnie z ówczesnym prawem (art. 228 ust. 1 ustawy o powszechnym obowiązku obrony PRL) było to regularne przestępstwo. Prokurator Rejonowy Łódź-Górna wszczyna przeciwko piłkarzowi oficjalne postępowanie karne.
Paszport na słowo honoru
Jesień 1984
Paszport na wyjazdy zagraniczne reprezentacji Wijas dostaje wyłącznie dzięki wstawiennictwu działaczy i osobistemu przyrzeczeniu, że do końca roku ureguluje sprawę z armią. Słowa jednak nie dotrzymuje.
Pokazowy wyrok władzy
Maj 1985
System traci cierpliwość. Reprezentant Polski wysyłał w świat jasny sygnał: „Masz układy w klubie? Możesz gwizdać na pobór”. Armia musiała zareagować pokazowo. Pod koniec maja Wijas trafia do jednostki wojskowej – najpierw w Modlinie, a potem w Czarne.
W realiach socjalistycznego państwa sprawa urosła do rangi politycznej. O tym, jak potężne siły zaangażowały się w ukaranie niepokornego widzewiaka, najlepiej świadczą relacje ówczesnej prasy emigracyjnej, która miała lepszy dostęp do zakulisowych informacji niż cenzurowane media w kraju.
Zdaniem paryskiego „Kontaktu” (nr 7-8/1986), incydentem niesubordynacji zawodnika względem dowództwa armii zainteresował się osobiście sam gen. Wojciech Jaruzelski. Z kolei emigracyjny „Pogląd” (nr 10/1987) donosił, że dokumenty Wijasa trzymał w swoim prywatnym sejfie minister obrony narodowej, gen. Florian Siwicki, który nie był skłonny do jakichkolwiek polubownych rozmów.
W tym momencie los reprezentanta Polski był już przesądzony. Decyzje zapadały w gabinetach najważniejszych ludzi w państwie, dla których upór jednego piłkarza był uderzeniem w powagę ludowego wojska. Gdzie w tym wszystkim była Legia? Jak się okazuje – na samym szarym końcu decyzyjnego łańcucha.
Jaka w tym wszystkim rola Legii?
Aby zrozumieć, dlaczego oskarżenia wobec Legii od początku były szyte grubymi nićmi, musimy cofnąć się do połowy 1983 roku. Gdy Widzew kupował Wijasa z Katowic, na Łazienkowskiej nikt nie rwał sobie włosów z głowy. Legia sprowadziła właśnie nowego defensywnego pomocnika – Kazimierza Budę, który zadebiutował w Warszawie w tym samym czasie, gdy Wijas zakładał koszulkę Widzewa. Sam osobiście nie znalazłem przekonujących dowodów na to, by Legia interesowała się wtedy Wijasem. Co więcej – jako górnik musiałby zostać ściągnięty na zasadzie kosztownego transferu definitywnego; system poborowy nie wchodził tu w grę.
Zupełnie inaczej sprawa miała się z Dariuszem Dziekanowskim. O niego faktycznie wybuchła wojna totalna na linii Warszawa-Łódź. „Dziekan” odbywał służbę wojskową w stołecznej Gwardii, więc przejście do Legii wydawało się formalnością. Jednak 21 milionów złotych wyłożone przez Ludwika Sobolewskiego zmieniło wszystko. Dziekanowski trafił do Łodzi, mimo że formalnie musiał odsłużyć jeszcze rok w armii – zdaniem niektórych dziennikarzy grał w Widzewie za cichą zgodą... samej Legii.
Skąd więc wzięła się narracja o rzekomej zemście na Wijasie? Według „antylegijnej” legendy, suflowanej przez łódzkie środowisko, Legia miała proponować Wijasowi dobrowolne założenie munduru i przejście na Łazienkowską. Gdy ten odmówił ze względów finansowych, w odwecie wysłano go w „kamasze”. W książce „Wielki Widzew” pan Daroszewski wspomina, że Legia miała pytać o Wijasa regularnie. Presję podkręcały media. Łódzki tygodnik społeczno-kulturalny „Odgłosy” (nr 7/1985) pisał enigmatycznie:
„Nie mógł widzewiak wyjechać, chociaż nic nie przeskrobał, bo depcze mu po piętach, jak wszyscy o tym wiedzą (łącznie z trenerem Piechniczkiem) warszawska Legia”.
Zasada była prosta: skoro WKU interesuje się piłkarzem, winna musi być Legia. Rzeczywistość była jednak zupełnie inna, co potwierdzają sami trenerzy stołecznego klubu:
- Jerzy Kopa (trener Legii do połowy 1985 r.):„Nigdy nie było tematu zatrudnienia zawodnika w klubie ze stolicy. (...) Mieliśmy spory wybór zawodników na pozycje, na których mógł grać. Po prostu nie mieścił się w mojej koncepcji”.
- Jerzy Engel (następca Kopy, lato 1985 r.): Zapytany wprost przez „Życie Warszawy” (nr 172/1985), czy z Wijasem Legia byłaby nie do pokonania, odpowiedział krótko: „O Wijasa nie zabiegamy”.
O ile przed wcieleniem do wojska Wijas mógł nie chcieć grać w Legii, o tyle po trafieniu do jednostki sytuacja diametralnie się zmieniła. Zgromadzone materiały prasowe z epoki przynoszą sensacyjny zwrot w tej historii. Będąc w wojsku, zdesperowany piłkarz sam słał podania z prośbą o przeniesienie na Łazienkowską. Potwierdzają to aż trzy niezależne od siebie źródła z 1985 roku:
„Polityka” (nr 32/1985)
„Jerzy Wijas odbywający zasadniczą służbę wojskową, złożył podanie o przejście do „Legii”, ale klub ten nie wystąpił do PZPN o jego przyjęcie”.
„Sztandar Młodych” (nr 128/1985)
„Jerzy Wijas, mimo że złożył podanie o grę w Legii nie będzie grał na Łazienkowskiej lecz we wrocławskim Śląsku”.
„Odgłosy” (nr 34/1985)
„Wijas wysłał podania do MON, Legii i PZPN z prośbą o zgodę na grę w jedenastce Legii. MON zgody nie wyraziło, Legia i PZPN nawet nie odpowiedziały”.
Co niezwykle ciekawe, niechęć do tego transferu płynęła także z trybun. Jak przypominało „Życie Warszawy” (nr 16/1994), starsi bywalcy „Żylety” doskonale pamiętają skandowane wtedy hasła: „Nie chcemy Wijasa!”. Warszawscy szalikowcy nie wyobrażali sobie, by gracz z „widzewskim charakterem” nosił „eLkę” na piersi.
Kto naprawdę pociągał za sznurki?
Prawdę o kulisach tej sprawy świetnie zrekonstruował Jacek Perzyński w znakomitej biografii Włodzimierza Smolarka („Smolar. Piłkarz z charakterem”):
„Grupa wojskowych za wszelką cenę chciała postawić na swoim i pokazać Sobolewskiemu, kto tu rządzi, kto jest mocniejszy. Prezes, który słynął w całej Polsce wówczas z tego, że załatwia sprawy niemożliwe, musiał tym razem przegrać. Co prawda ówczesny prezes Legii apelował o zakopanie wojennego topora na linii Łódź–Warszawa, ale to były bardziej pobożne życzenia...”
To kluczowy wniosek: fakt, że ktoś w komunistycznej generalicji nosił wysoki stopień, nie oznaczał, że utożsamiał się z Legią czy rozumiał realia ligowe. Beton z MON-u chciał po prostu złamać autonomię prezesa Sobolewskiego. Sama Legia natomiast... próbowała Wijasowi pomóc.
Okazja nadarzyła się przy transferze Dariusza Dziekanowskiego na Łazienkowską latem 1985 roku. W ramach ocieplenia stosunków do Łodzi powędrował Wiesław Cisek, a elementem tajnych negocjacji były starania Legii o przedterminowe zwolnienie Wijasa z wojska. Potwierdzają to dokumenty:
- Tygodnik „Odgłosy” (nr 1/1986):„Przy załatwianiu sprawy Dariusza Dziekanowskiego z Legią, zawarto umowę, że po odsłużeniu pół roku służby wojskowej Jerzy Wijas będzie mógł wrócić do Widzewa”.
- Tygodnik „Katolik” (nr 9/1986): Kierownik Widzewa, Stefan Wroński, pisał wprost na łamach „Przeglądu Sportowego”: „Woleliśmy jednak Ciska i przyjaźń Legii. Myślę, że to ostatnie zaowocuje już niebawem, gdy rozpoczną się powtórne rozmowy w sprawie rychłego powrotu do Widzewa Jerzego Wijasa”.
Ostatecznie Wijas wyszedł z wojska wcześniej (głównie dzięki staraniom prezesa GKS-u Katowice, Mariana Dziurowicza), ale Legia w tych działaniach na pewno nie szkodziła – wręcz przeciwnie, jej działacze oficjalnie protestowali przeciwko niszczeniu kariery reprezentanta kraju. Najlepszym dowodem na to jest oficjalne, pełne goryczy oświadczenie kierownictwa Legii opublikowane w „Żołnierzu Wolności” (nr 33/1985):
„Uważam, że „Kurier“ skrzywdził nas posądzeniem, że to my wyrządziliśmy Wijasowi „przysługę” z paszportem. (...) Jurek Wijas ma nieuregulowany stosunek do służby wojskowej i wynikają z tego określone trudności paszportowe. Ale to nie Legia sprawiła, że nie pojechał z kadrą do Ameryki Południowej. Sami uważamy, że zatrzymanie go w kraju tuż przed odlotem samolotu zaszkodziło interesom reprezentacji. Nawet gdyby to od nas zależało, nie zrobilibyśmy Wijasowi i Piechniczkowi takiego numeru. Przykro nam tym bardziej, że gdziekolwiek byśmy pojechali, wszędzie witają nas tak samo: aleście tego Wijasa „załatwili”. A przecież można było sprawdzić rzecz u źródła czyli w samej Legii”.
Podsumowanie: Ofiara systemu, a nie Legii
Mam pełną świadomość, że temat ten w dalszym ciągu pozostaje niewyczerpany. Wiem, że nie o wszystkim można dziś przeczytać w ówczesnych gazetach czy współczesnych książkach. Na domiar złego wokół tej sprawy narosło wiele relacji, które są ze sobą kompletnie sprzeczne. Ludzka pamięć bywa wadliwa – zwłaszcza z upływem czasu – albo po prostu określone strony świadomie kreują własną narrację. Trudno mi dziś oceniać, kto i w którym momencie mija się z prawdą, bo tego po prostu wiedzieć nie mogę.
Niemniej jednak, nawet jeśli ktoś uparcie wykazałby, że Legia była zainteresowana Wijasem przed jego pójściem w „kamasze”, w niczym nie zmienia to faktu, że wina za los zawodnika leży po stronie MON, a nie warszawskiego klubu. W realiach PRL-u wcale nie było normą, że karą za odmowę gry na Łazienkowskiej stawał się natychmiastowy bilet do karnej jednostki wojskowej.
Gdyby tak było, dokładnie ten sam los spotkałby ówczesnego stopera Lecha Poznań, Damiana Łukasika. Do prasy wypłynęła przecież informacja, że działacze Legii prowadzili z nim zakulisowe rozmowy i namawiali na dobrowolne zapisanie się do armii. Poznański obrońca zdecydowanie odmówił, a mimo to nie podzielił losu Wijasa – choć wszystko działo się dokładnie w tym samym czasie.
Wijas nie był jedyną ofiarą odwetu wojska na prezesie Sobolewskim, a Legia nie jest jedynym klubem, który powinien być w kręgu podejrzanych beneficjentów nękania łódzkiego zespołu. Poza Wijasem, armia w tym samym roku zwerbowała jeszcze dwóch innych graczy Widzewa. Jednym z nich był Mirosław Myśliński. W biografii Smolarka czytamy: „Myśliński, podobnie jak wcześniej Wijas, musiał odsłużyć wojsko. Dostał już imienną kartę mobilizacyjną (podobno nie chciał przejść do Legii) i w jego sprawie nic nie dało się już zrobić”.
Dodatkowe, wstrząsające kulisy tej sprawy przynosi książka „Wielki Widzew”:
„Tym bardziej że Wijas nie był jedynym piłkarzem Widzewa, o którego upomniało się wojsko. W pakiecie armia wysłała Mirosława Myślińskiego do Kompanii Reprezentacyjnej Wojska Polskiego w Gdyni. (...) Przez jakiś czas udawało się unikać wojska. Różnie, kontuzje, przewlekła dyskopatia, którą faktycznie miałem. W końcu rozkaz podpisał Florian Siwicki i nie było możliwości dalszego kombinowania. To tak jakby sam Jaruzelski podpisał. Straciłem rok na marszach paradnych – opowiada Myśliński. Dopiero po roku wrócił do gry”.
Myśliński nie bawił się jednak z łódzkim WKU w kotka i myszkę tak długo jak Wijas, dlatego zapewne nie blokowano mu możliwości uprawiania sportu w drugim roku służby. Zawodnik trafił ostatecznie do... Śląska Wrocław, po tym jak na przepustce poszedł na mecz Śląska z Widzewem. Drogę do wrocławskiego klubu umożliwił mu sam trener Henryk Apostel. Poza samym graniem widział dla niego jeszcze jedną rolę – pilnowanie młodego Dariusza Marciniaka. Marciniak to kolejny talent, którego Widzew stracił na rzecz armii. Jednak w tym przypadku kierownictwo łódzkiego klubu samo oddało go do Śląska Wrocław, licząc, że rygor wojskowy pomoże zawodnikowi w zmaganiach z chorobą alkoholową.
Uważny czytelnik dostrzeże, że w tych historiach jak bumerang wraca nazwisko ówczesnego ministra obrony narodowej – gen. Floriana Siwickiego. Człowiek ten nie był w żaden sposób związany z Legią. Związany był za to właśnie z wrocławskim Śląskiem, w którym w latach 1965–1967 pełnił nawet funkcję prezesa klubu.
Wydaje się, że w czasach, gdy Wijas błyszczał w Widzewie i inkasował wysokie stypendia, perspektywa przejścia do klubu wojskowego (gdzie płacono znacznie gorzej) mogła być mu wybitnie nie w smak. Z kolei w momencie, gdy biegał już z karabinem na poligonie, temat rzekomej niechęci do Legii automatycznie upadł – zdesperowany zawodnik szukał po prostu ratunku dla swojej kariery. Nawet jeśli Legia dla dobra reprezentacji chciała go przyjąć w swoje szeregi, transfer był blokowany na najwyższych szczeblach MON-u. Przecież komunistyczny beton cofnął Wijasowi nawet zgodę na grę w B-klasowym LZS Czarni Czarne! Piłkarz miał po prostu ponieść bezwzględną karę za wcześniejszą niesubordynację.
„Usłyszał o mnie dowódca pułku i stwierdził, że skoro nie mogłem grać w Legii, to dlaczego miałbym grać w Czarnych. Wojsko to wojsko, żadnego grania. To było jak rozkaz, nie miałem się do kogo odwołać. Już tylko sam próbowałem utrzymać formę, na szczęście mieli piłkę w koszarach, kopałem, kiedy się dało” – wspominał po latach Jerzy Wijas na łamach książki Antoniego Bugajskiego „Był sobie piłkarz…”.
To Ministerstwo Obrony Narodowej, a nie warszawska Legia, było prawdziwym oprawcą Jerzego Wijasa. Automatyczne, bezrefleksyjne łączenie najwyższych władz wojskowych z centralnym, reprezentacyjnym klubem armii bywa z perspektywy czasu instynktowne, ale merytorycznie jest całkowicie błędne. Legia w tamtych ponurych czasach wcale nie miała z partyjnym i wojskowym betonem krystalicznie serdecznych relacji. Kto czytał prace dr. Grzegorza Majchrzaka, ten doskonale wie, że piłkarze i działacze z Łazienkowskiej bywali regularnie prześladowani przez Wojskowe Służby Wewnętrzne (WSW), a w archiwach IPN do dziś spoczywa obszerna teczka operacyjna o kryptonimie „CWKS Legia”. Dość przypomnieć, że gen. Zygmunt Huszcza za samo wstawienie się za zawodnikami w słynnej „aferze dolarowej” zapłacił natychmiastową utratą stanowiska prezesa klubu (szerzej pisałem o tym w artykule „PRL kontra Legia. Historia niechęci, czystek i upokorzeń”).
Zdaję sobie sprawę, że moje teksty trafiają do skromnego, zamkniętego grona pasjonatów i raczej nie dotrą do pierwszych stron ogólnopolskich mediów. Gdyby jednak jakimś zrządzeniem losu z powyższym materiałem zapoznał się sam pan Jerzy Wijas lub ktoś z jego najbliższego otoczenia, z góry chciałbym serdecznie przeprosić za ewentualne wywołanie bolesnych wspomnień. Moim jedynym celem było dotarcie do prawdy historycznej, a nie rozdrapywanie starych ran. Panu Jerzemu życzę z tego miejsca przede wszystkim dużo zdrowia i zapewniam, że jako kibicowi jest mi ogromnie przykro z powodu tego, jak podle potraktował go ówczesny system polityczny. Myślę, że pod tymi słowami bez wahania podpisałaby się dziś większość społeczności z Łazienkowskiej.

Oficjalnie. Morgan Rogers w Chelsea za 117 mln funtów!

Arsenal wchodzi do gry o Nico Williamsa. Transfer wart 90 milionów...

Widzew straci Shehu przez klauzulę?!

Oficjalna prezentacja Karima Adeyemiego w Barcelonie już w czwartek

Minimalna porażka Górnika z Fenerbahce. Wciąż wszystko jest możliwe

Regulamin:
Punktacja rankingu:
Za każdy nowy komentarz użytkownik dostaje 1 punkt. Jednak, gdy narusza on nasze zasady i zostanie dezaktywowany, użytkownik straci 2 punkty. W przypadku częstych naruszeń zastrzegamy sobie możliwość nakładania wyższych kar punktowych, a nawet tymczasowych i permanentnych banów.