Kazimierz Deyna

Blog: Poborowi w korkach. Odkłamujemy historię „wojskowych transferów” Legii

Redaktor Besni(L)

Besni(L)

Źródło: własne, Księga na 100-lecie

21.05.2026 18:10

(akt. 21.05.2026 18:14)

- To właśnie od tematu tzw. „wojskowych” transferów zaczęła się moja przygoda z pisaniem dla tego portalu. Choć mój debiutancki, dwuczęściowy tekst był wyjątkowo długi, to z perspektywy czasu widzę, że zaledwie prześlizgnął się po powierzchni. Pominąłem w nim wiele kluczowych kwestii, przez co narosłe wokół sprawy mity wciąż mają się świetnie, a historyczne szczegóły pozostają nieznane. Czas to naprawić. Zapraszam na drugą rundę – dziś odsłaniam te karty, których wcześniej nie zdołaliśmy wyłożyć na stół - - pisze w swoim kolejnym tekście na blogu nasz Czytelnik, Besni(L).

Jak wiadomo, nasz klub nie należy do najbardziej lubianych w kraju. Można wręcz odnieść wrażenie, że w Polsce panuje ogólnokrajowa moda na nielubienie Legii. Kiedy jednak przychodzi do argumentowania tej antypatii, rzadko kiedy padają prawdziwe powody – takie jak gigantyczna atencja medialna, kwestie układów kibicowskich, pełna gablota z trofeami, rozpoznawalność w Europie czy po prostu stereotyp tej „złej, uprzywilejowanej Warszawy”.

Zamiast tego większość przeciwników niemal na autopilocie tłumaczy swoje negatywne uczucia przeszłością, a konkretnie – pozyskiwaniem przez Legię zawodników odrabiających obowiązkową służbę wojskową. Problem w tym, że dzisiejszy, młody kibic, który ze względu na wiek nie może pamiętać tamtych realiów, został nakarmiony niesamowitymi bzdurami. Dlatego dziś podziękujemy już mitom i legendom. W zamian przypomnę kilka kluczowych faktów związanych z tym zagadnieniem, a młodemu pokoleniu legionistów wyłożę kawę na ławę, dlaczego nie mają się czego wstydzić ani za co przepraszać.

To nie był przywilej systemowy

Typowy "wychowany w nienawiści" hejter ma na ten temat dość uproszczony obraz, a co gorsza nie przywykł do pogłębiania swojej wiedzy i zawracania sobie głowy szczegółami. Zazwyczaj myśli on sobie, że możliwość pozyskiwania zawodników innych drużyn metodą "na wojsko" przyszła do Polski pod koniec lat 40. XX wieku wraz ze stalinowską "reformą" sportu, jako jeden z elementów ówczesnego reżimu. Tymczasem prawda jest nieco inna.

Wojskowe transfery mogły się odbywać, albowiem sport nie został jeszcze sprofesjonalizowany, a sportowcy nie byli zawodowcami, którzy zarabiali grube pieniądze, a kluby sportowe wraz z miejscem zamieszkania zmieniali jak rękawiczki. Sport zarówno w PRL-u, jak i w okresie II RP (1918-1939) był typowo amatorski, gdzie przynajmniej w teorii był rozrywką po pracy, a zawodnik przynależny był do danej drużyny piłkarskiej był m.in. na podstawie zawodu, który wykonywał (chociaż w II RP nie było to warunkiem koniecznym).

Powołanie obywatela od odbycia zasadniczej służby wojskowej nie tylko pozbawiało go statusu cywila, ale także wymagało zmiany miejsca zamieszkania. W II RP gdzie powszechny pobór wojskowy również miał się dobrze, piłkarze także zmieniali swoje klubowe barwy w związku z odbywaniem służby wojskowej i nie robili tego tylko w klubach cywilnych, Po przewrocie majowym (1926 r.) władze klubów cywilnym również zapełniły się generalicją i innymi ważnymi wojskowymi. Przykładowo w Polonii Warszawa za czasów prezesury gen. Kazimierza Sosnkowskiego służbę wojskową odrabiali m.in. Otton Dittmer, Edward Koch, Erwin Nyc, Gerard Przykling, Wilhelm Grolik czy Teodor Ratka.

Klub macierzysty musiał udzielić zwolnienia

Ludzie, którzy chętnie rzucają oskarżenia o „kradzież” piłkarzy, uwielbiają podkreślać, że wszystko działo się pod absolutnym przymusem – zarówno wobec samego zawodnika, jak i jego macierzystego klubu. W rzeczywistości taka sytuacja miała miejsce wyłącznie w mrocznych czasach ery CWKS-u (1950–1957). Wtedy faktycznie nikt nie miał nic do gadania, a poszkodowani nie mieli nawet gdzie się odwołać.

W 1957 roku przepisy zostały jednak zreformowane. Od tego momentu umożliwienie młodemu poborowemu gry w piłkę wymagało oficjalnej zgody jego macierzystego klubu. Zgoda ta pozwalała na występy w zespole wojskowym, gwardyjskim lub cywilnym, o ile zielone światło dał klub wojskowy z garnizonu, w którym dany sportowiec odrabiał zasadniczą służbę.

Klub macierzysty zyskał więc pełną autonomię. To jego działacze decydowali, czy i w którym klubie wojskowym ich zawodnik dostanie prawo do gry. Mogli też nie zgodzić się na nic, skazując własnego piłkarza na dwa lata biegania po poligonach i ścielenia łóżka w kostkę. Ba, zdarzały się sytuacje skrajne, gdy macierzyste zespoły całkowicie bagatelizowały fakt powołania chłopaka do armii i karały go dyskwalifikacją za... brak stawiennictwa na własnych treningach.

Nowe prawo szybko otworzyło klubom cywilnym furtkę do nadużyć i wyjątkowo nieczystej gry. Zamiast bezproblemowo udzielić zawodnikowi zwolnienia na czas służby wojskowej, kluby wolały nałożyć na niego dyskwalifikację, a jej cofnięcie uzależniały od okupu. Żądały od Legii pieniędzy pod pretekstem tzw. „minimum za wyszkolenie”. Choć Legia wcale nie była zainteresowana permanentnym transferem zawodnika, a jedynie umożliwieniem mu gry na czas służby, stało się to powszechnym sposobem na bezwzględne wyciąganie gotówki ze stolicy.

Legia nie pełniła funkcji WKU

To zupełnie naturalne, że język dąży do uproszczeń i dla własnej wygody często stosujemy skróty myślowe. Nie ma w tym nic złego – pod warunkiem, że taki skrót nie przekręca faktów i nie stawia niesprawiedliwie jakiegoś podmiotu w złym świetle. Niestety, dokładnie ofiarą takiego mechanizmu padła Legia. Stwierdzenia typu: „Legia powoływała do wojska”, „albo gra w Legii, albo pójście w kamasze” czy „Legia wysłała bilet do wojska” to absolutna klasyka gatunku. Przyznam szczerze, że przechodzą mnie ciarki, ilekroć widzę w przestrzeni publicznej podobne bzdury.

W rzeczywistości Legia jako klub sportowy nie miała absolutnie nic do powiedzenia w kwestii tego, kto zostanie powołany do armii, a kto z tego obowiązku zostanie zwolniony. To leżało w wyłącznej gestii Wojskowych Komend Uzupełnień (WKU). Co ważne, urzędnicy z WKU wcale nie wysyłali wezwań na oślep do każdego chłopaka w wieku poborowym. Bardzo mocno uwzględniali interesy klubów sportowych, zwłaszcza tych z najwyższej klasy rozgrywkowej, i regularnie odraczali służbę zawodnikom na wniosek pierwszoligowców. To właśnie z tego powodu lwia część osławionych „wojskowych transferów Legii” dotyczyła w rzeczywistości graczy z niższych lig.

Warto pamiętać, że kluby z tamtej epoki dysponowały całym wachlarzem metod pozwalających na legalne omijanie przepisów poborowych. Zespoły górnicze miały z tym całkowity spokój – ich piłkarze, zatrudnieni na fikcyjnych lub realnych etatach w kopalniach, automatycznie dostawali ustawowe zwolnienia z wojska. Kluby gwardyjskie (milicyjne) same mogły zapewnić sportowcom odbycie służby w swoich strukturach. Z kolei kluby fabryczne bez mrugnięcia okiem wystawiały zaświadczenia, że dany zawodnik jest „niezbędny dla zakładu pracy jako jedyny specjalista w swojej dziedzinie”. Kluby kolejowe miały jeszcze prostszą drogę: albo zatrudniały graczy w zmilitaryzowanych strukturach PKP, albo przesuwały ich na etaty SOK-istów (Straży Ochrony Kolei), co również dawało upragnione odroczenie.

Przykłady z samej góry? Na łamach dobrze znanej książki „Wielki Widzew” ludzie związani z łódzkim klubem wprost przyznali, że załatwili Zbigniewowi Bońkowi i Pawłowi Janasowi lewe zaświadczenia o podjęciu studiów. Grzegorz Lato natomiast został zwolniony z wojska zaledwie jednym wpływowym telefonem. Wobec takich zabiegów Wojskowe Komendy Uzupełnień – a tym bardziej sama Legia – były kompletnie bezradne.

Ktoś w tym miejscu może zadać słuszne pytanie: skoro system był tak szczelny, to skąd te wszystkie pretensje? Trzeba uczciwie przyznać, że Legia miała na ten proces pewien, choć bardzo subtelny wpływ. W strukturze ówczesnego Ministerstwa Obrony Narodowej (MON) działał organ o nazwie Główny Zarząd Szkolenia Bojowego. To właśnie tam zgłaszano nazwiska utalentowanych piłkarzy, których kluby wojskowe chętnie widziałyby u siebie. Jednak trafienie na taką listę nie oznaczało wyroku. Sposobem na uniknięcie munduru była wspomniana wyżej „kreatywność” macierzystych klubów – i to się wielokrotnie udawało, bo wielu zawodników z ministerialnego radaru nigdy na Łazienkowską nie trafiło.

Ponadto Legia stosowała klasyczny, bezpośredni skauting. Działacze nawiązywali kontakty z czołowymi zawodnikami w kraju i namawiali ich, by dobrowolnie poddali się służbie wojskowej, a następnie złożyli podanie o przyjęcie do Legii. Taki „koleżeński werbunek” najczęściej odbywał się podczas zgrupowań reprezentacji Polski, gdzie głównymi agentami byli sami piłkarze ze stolicy. Przykładowo: ściągnięcie do Warszawy Henryka Miłoszewicza zawdzięczamy w głównej mierze Adamowi Topolskiemu, który na kadrze dzielił z nim pokój.

Choć kluby cywilne naiwnie oczekiwały, że ich gwiazdy będą odraczane w nieskończoność, rzeczywistość była brutalna – sportowcy nie mogli stać się uprzywilejowaną grupą społeczną, całkowicie wyjętą spod powszechnego poboru. Na koniec warto dodać jeszcze jedno: sam fakt, że znany piłkarz szedł do wojska, wcale nie oznaczał, że Legia automatycznie wyrazi nim zainteresowanie i pozytywnie rozpatrzy jego wniosek o przyjęcie do wojskowego klubu.

Interes piłkarza nie szedł w parze z interesem klubu

To oczywiste, że większość ówczesnych klubów wolała zatrzymać swoje największe gwiazdy aż do sportowej emerytury. Jednak z biegiem lat, gdy amatorskie dotychczas rozgrywki zaczęły podlegać raczkującym mechanizmom rynkowym, a na horyzoncie pojawiła się realna perspektywa wyjazdów zagranicznych, perspektywa samych zawodników mocno się zmieniła. Piłkarzy coraz bardziej interesował rozwój własnych karier i sportowy awans, a nie sentymenty lokalnych kibiców, którzy najchętniej oglądaliby ich u siebie w nieskończoność.

Dobrowolne pójście w kamasze stawało się dla zawodników idealnym sposobem na ucieczkę z klubu, w którym nie widzieli już szans na rozwój, nie czuli się dobrze lub popadali w konflikty z otoczeniem. Dokładnie tak do stolicy trafiali Edward Zalężny (prosto ze Stali Mielec), Marek Kusto (z krakowskiej Wisły) czy Paweł Janas (z łódzkiego Widzewa). Wszyscy oni przenieśli się do Legii na własny wniosek, kierując się prywatnymi, sportowymi pobudkami.

Co więcej, zgoda na upragniony transfer zagraniczny była obwarowana rygorystycznymi warunkami. Oprócz ukończenia 30. roku życia, absolutnym wymogiem było wcześniejsze uregulowanie stosunku do służby wojskowej. Piłkarze zyskali więc kolejny, potężny argument, by odrobić wojsko – najlepiej w cywilizowanych warunkach na Łazienkowskiej, a nie na poligonie. Z tej furtki skorzystały chociażby dwie wielkie gwiazdy Lecha Poznań: Mirosław Okoński oraz Jarosław Araszkiewicz.

Obu tych zawodników łączył zresztą jeszcze jeden problem – w momencie przenosin do Warszawy ciążyły na nich dyskwalifikacje. Na Okońskiego karę nałożył PZPN za brak stawiennictwa na zgrupowaniu kadry, z kolei Araszkiewicza zawiesił... zarząd własnego, poznańskiego klubu. Paradoksalnie, to właśnie dzięki dwuletniemu pobytowi w Legii obaj piłkarze mogli później zostać legalnie wytransferowani przez Lecha za granicę. Okoński trafił do niemieckiego Hamburgera SV, a Araszkiewicz zasilił turecki Bakırköyspor.

Legia też służyła Warszawie i regionowi

Kiedy przypominamy, że „wojskowe transfery” były powszechną praktyką stosowaną również przez inne kluby mundurowe, nasi oponenci zazwyczaj wyciągają z rękawa kartę „regionalizmu”. Twierdzą, że Śląsk Wrocław czy Zawisza Bydgoszcz, jeśli już ściągały poborowych, to tylko ze swoich okręgów, podczas gdy Legia miała drenować całą Polskę na masową skalę.

Tymczasem rzeczywistość mocno rozjeżdża się z tą teorią. W oficjalnej księdze wydanej na 100-lecie klubu czytamy:

Owszem, sięgano po piłkarzy z innych drużyn, ale w latach 1972-74 Legia pozyskała raptem jednego zawodnika z klubu I ligi. Był nim Ryszard Balcerzak, który w Stali Mielec rozegrał raptem cztery spotkania. Kadra była zasilana wychowankami i zawodnikami niższych klas, z których połowa pochodziła z Mazowsza.

Fakt, że Śląsk czy Zawisza bazowały głównie na piłkarzach ze swoich okolic, nie wynikał z ich wyjątkowej moralności czy lokalnego patriotyzmu. W świecie amatorskiego sportu zawodnika z regionu było po prostu znacznie łatwiej zatrzymać na dłużej niż na same dwa lata służby wojskowej, po których chłopak z drugiego końca Polski i tak zazwyczaj wracał w rodzinne strony.

Dokładnie z tego samego pragmatycznego powodu Legia również masowo opierała swój skład na graczach z Warszawy i całego Mazowsza. Lista takich przykładów jest wyjątkowo długa i imponująca: Władysław Dąbrowski, Tadeusz Cypka, Włodzimierz Dorobek, Dariusz Dziekanowski, Stanisław Fołtyn, Jacek Gmoch, Henryk Grzybowski, Władysław Grotyński, Andrzej Jankowski, Jacek Kazimierski, Bogdan Kwapisz, Ryszard Milewski, Feliks Niedziółka, Krzysztof Sobieski, Władysław Stachurski, Antoni Trzaskowski, Waldemar Tumiński, Dariusz Wdowczyk, Jerzy Woźniak, Edmund Zientara, Andrzej Zygmunt, Janusz Żmijewski... a to wciąż zaledwie wierzchołek góry lodowej.

Podczas gdy my zależeliśmy od łaski MON, przeciwnicy rozdawali mieszkania i pieniądze

W poprzednim skanie czytamy, iż o kupnie graczy na Łazienkowską nie ma mowy. Powód? Prozaiczny – brak pieniędzy. Prawdziwym uprzywilejowaniem w realiach PRL-u wcale nie była możliwość wypożyczenia zawodnika na dwa sezony w celu odpracowania wojska. Prawdziwym luksusem było przypisanie klubu do potężnego, dochodowego zakładu pracy (np. kopalni czy huty), który był w stanie stworzyć piłkarzom tak bajeczne warunki materialne, że ci nie mieli najmniejszej ochoty ruszać się dokądkolwiek indziej – a tym bardziej wracać do swoich macierzystych, biedniejszych klubów.

We wspomnianej już przeze mnie monografii stulecia Legii zamieszczono porażający fragment z jednego z posiedzeń zarządu z tamtej epoki:

My jako klub wojskowy nie mamy możliwości konkurować z żadnym klubem w Polsce, nawet drugoligowym. W sprawie klubów cywilnych zainteresowane są nawet Komitety Wojewódzkie PZPR. Orientując się w sytuacji, nawet nasi zawodnicy roszczą coraz większe żądania. Drużynę należy wzmocnić, ale pod warunkiem, że sekcja otrzyma formalne zezwolenia na wyższe stawki plus mieszkania (Protokół z posiedzenia zarządu nr 3/75)

Popularny slogan, że „Legia mogła tak pozyskiwać zawodników, a inni nie”, kompletnie nie wytrzymuje zderzenia z rzeczywistością. Rywale mieli możliwość pozyskiwania piłkarzy na stałe, a ich najsilniejszymi argumentami w negocjacjach były mieszkania, talony na samochody i gigantyczne premie pod stołem. Legia, jeśli w ogóle dysponowała mieszkaniami służbowymi, to przeznaczała je dla etatowych oficerów, a nie dla młodych chłopaków, którzy w tamtym czasie rzadko kiedy mieli pokonany kolejny szczebel edukacji.

Rzekome uprzywilejowanie w jednym aspekcie było z nawiązką rekompensowane potężnymi brakami w innych obszarach – i to tych znacznie ważniejszych dla samych piłkarzy. Jako kibic osobiście wolałbym, aby mój klub był wtedy po prostu bogaty, zamiast stać otworem dla zawodników, którzy przyszli tu tylko „odbębnić” swoje i jak najszybciej wracać do domu.

Sytuacja materialna Legii uległa poprawie dopiero wtedy, gdy państwo zezwoliło na transfery polskich zawodników za granicę. Wówczas w kasie klubu w końcu pojawiła się twarda waluta, wypracowana dzięki wyjazdom Roberta Gadochy, Kazimierza Deyny, Marka Kusto czy Pawła Janasa.

Wbrew powszechnym mitom, Legia również normalnie płaciła za transfery. W momencie gdy zawodnikowi kończyła się dwuletnia służba, a on sam chciał zostać w Warszawie i miał na to zgodę swojego dotychczasowego klubu, Legia wypłacała mu premię za podpis, a jego macierzystej drużynie przelewała wspomniane już wyżej „minimum za wyszkolenie”. Jeszcze w latach 60. oficjalna stawka wynosiła 100 tysięcy złotych – do czego należało dorzucić to, co kluby cywilne bezwstydnie życzyły sobie „pod stołem”. Od lat 70. kwoty te szły już w miliony, a w przypadku późniejszego transferu takiego piłkarza na Zachód, Legia musiała odpalić solidny procent klubowi, z którego zawodnik pierwotnie trafił do wojska.

Od początku lat 80. wprowadzono oficjalne limity

Od sezonu 1981/1982 limity, które de facto funkcjonowały już wcześniej, zostały oficjalnie usankcjonowane przez PZPN. Od tego momentu kluby wojskowe i gwardyjskie mogły pozyskać metodą „na wojsko” zaledwie jednego zawodnika w sezonie. Dla równowagi podobne obostrzenia nałożono wówczas na zespoły cywilne, które również mogły kupić tylko jednego pierwszoligowca rocznie.

Sytuacja zmieniła się już w kolejnych rozgrywkach – limity zniesiono, ale... wyłącznie w przypadku klubów cywilnych. Dla Legii i innych zespołów mundurowych surowa reglamentacja została podtrzymana.

Koniec z kompleksem winy

Kiedy zdejmiemy z historii polskiego futbolu okulary zabarwione uprzedzeniami i spojrzymy na suche fakty, mit o Legii jako „bezkarnym złodzieju piłkarzy” rozsypuje się jak domek z kart.

Przedstawione dokumenty i realia epoki bezlitośnie obnażają uproszczony obraz świata, jakim karmią się dzisiejsi hejterzy. Czas wyciągnąć z tej lekcji cztery fundamentalne wnioski:

  1. To nie był wymysł stalinizmu: Pobór sportowców do wojska i zmiana barw klubowych w kamaszach były normą już w czasach II Rzeczypospolitej, a w strukturach klubów cywilnych (jak Polonia Warszawa) rządzili przedwojenni generałowie.
  2. System nie był bezradny wobec innych: Górnicy na fikcyjnych etatach, kolejarze, milicjanci z Gwardii czy „niezbędni specjaliści” z fabryk – w PRL-u niemal każdy klub miał swoje asy w rękawie, by chronić zawodników przed WKU. Legia często mogła tylko pomarzyć o takich układach.
  3. Prawdziwym bogactwem były etaty i mieszkania: Podczas gdy śląskie potęgi, dotowane przez kopalnie i wspierane przez lokalnych kacyków z PZPR, kusiły zawodników stałymi kontraktami, gotówką pod stołem i mieszkaniami, wojskowa Legia była finansowym kopciuszkiem, uzależnionym od kaprysów MON i skazanym na wieczne łatanie dziur budżetowych.
  4. Dla piłkarzy to była szansa, a nie wyrok: W świecie rodzących się mechanizmów rynkowych, Łazienkowska była dla zawodników takich jak Okoński czy Araszkiewicz sportową trampoliną, ucieczką przed dyskwalifikacjami w macierzystych klubach lub jedyną przepustką do upragnionego transferu na Zachód.

Co więcej, po 1957 roku kluby cywilne wcale nie były bezbronnymi ofiarami. Przeciwnie – bezwzględnie wykorzystywały przepisy, nakładając na poborowych lewe dyskwalifikacje tylko po to, by wymusić od Legii pieniądze w ramach „minimum za wyszkolenie”. A gdy na początku lat 80. PZPN w końcu zaczął reformować ligę, kluby cywilne uwolniono od limitów, podczas gdy wojskowym pozostawiono surowy kaganiec reglamentacji.

Drogi Młody Kibicu Legii. Kiedy następnym razem w internetowej dyskusji albo na obcym stadionie usłyszysz zużyty slogan o „kradzionych piłkarzach”, nie spuszczaj wzroku. Nie masz za co przepraszać i nie masz czego się wstydzić.

Legia Warszawa nie była bezdusznym potworem niszczącym polską piłkę – była klubem, który w skomplikowanych, często niesprawiedliwych realiach minionej epoki musiał walczyć o swoje, mierząc się z potężniejszymi finansowo rywalami. Czas najwyższy zostawić te mity w szafie historii i zacząć operować faktami. Bo prawda, w przeciwieństwie do stadionowych krzyków, broni się sama.

Autor: Besni(L)

Instrukcję dodawania tekstów na Bloga znajdziecie w TYM MIEJSCU.

Komentarze (12)

Odśwież

Dodając komentarz zobowiązujesz się do przestrzegania

Komentarze osób niezalogowanych, a także zalogowanych, którzy zarejestrowali konto w ostatnich 3 dniach wymagają akceptacji administratora.

Uwaga!

Teraz komentarze są ukryte, aby poprawić komfort korzystania z serwisu Legia.Net. Kliknij przycisk „Zobacz komentarze”, aby je wyświetlić i dołączyć do dyskusji.