
Blog: Subiektywnie o „wojskowych transferach” Legii – Okoński, Buncol, Wijas
08.11.2025 15:00
(akt. 08.11.2025 15:14)
„Ściąganie zawodników pod pretekstem wojska”, „złodziejstwo”, „kaperowanie”, „żerowanie na cudzej pracy” – tysiące ludzi w całej Polsce powtarzają te hasła bezrefleksyjnie. Niewielu jednak zadaje sobie trud, by ustalić fakty i poznać rzeczywisty kontekst tych wydarzeń.
Dlatego wracam z moim cyklem, prezentując tym razem indywidualne historie zawodników, którzy trafili do Legii właśnie w „ten” sposób. Na konkretnych przykładach znacznie łatwiej zrozumieć, jak ten proces faktycznie przebiegał i jakimi przepisami był on wówczas obwarowany.
Mirosław Okoński (lata w Legii: 1980-1982)
Jak wykazałem w moim pierwotnym artykule, przez cały okres PRL w Legii służbę wojskową odbywało zaledwie ośmiu zawodników Lecha Poznań – to prawie o połowę mniej niż tych, którzy „zaszczytny obowiązek wobec ojczyzny” wypełniali w Śląsku Wrocław. Do Warszawy trafiali jednak piłkarze lepsi i bardziej wartościowi. Poza legendarnym tercetem A–B–C, to właśnie Mirek Okoński uchodzi za największą legendę poznańskiego Lecha. Trudno więc się dziwić, że wśród „wychowanych w nienawiści” poznaniaków to właśnie on jest symbolem „skradzionego zawodnika”. Na temat jego przenosin do Warszawy przez lata opowiedziano wiele bajek – łącznie z tą, że został wywieziony pod osłoną nocy.
Zacznijmy jednak od podstaw. „Mundek” Okoński nie był ani poznaniakiem z urodzenia, ani wychowankiem drużyny z Bułgarskiej. Lech sam skorzystał z cudzej pracy, ściągając do siebie obiecującego juniora Gwardii Koszalin. W tamtym okresie wojsko można było odsłużyć również w klubach milicyjnych, więc gdyby „Okoń” dotrwał w Koszalinie do wieku poborowego, jego obowiązek wobec armii zostałby uregulowany – jednak stało się inaczej.
Lechowi bardzo zależało na sprowadzeniu Okońskiego z jednego prostego powodu: oficjalnie zainteresowana była także Pogoń Szczecin, która Pomorze traktowała jako swoją naturalną strefę wpływów. Gdy pojawiła się konkurencja, w ruch poszły nieczyste zagrania – a o moralność nikt się wtedy zbytnio nie troszczył. Dziś brzmi to jak absurd, ale fakty są takie, że działacze „Kolejorza” ukryli Okońskiego przed przedstawicielami Pogoni w wagonie w miejscowości Sieraków, gdzie nie miał dostępu do telefonu, a ustalenie jego lokalizacji graniczyło z cudem. Tak wyglądała rzeczywistość ówczesnego rynku transferowego – dopuszczano się haniebnych zagrań, przy których propozycja łagodniejszego przebiegu służby wojskowej wydaje się wręcz niewinna.
Szansa na odrobienie wojska w Gwardii przepadła. Zawodnikiem interesowało się PSG, jednak wyjazd za granicę bez uregulowanego stosunku do służby wojskowej był niemożliwy. Stało się więc jasne, że prędzej czy później upomni się o niego armia. Jak sam dziś przyznaje, wcale nie było pewne, czy będzie mógł kopać piłkę w którymś z wojskowych klubów – równie dobrze mógł trafić na poligon i przez dwa lata nie zobaczyć piłki na oczy.
W ściągnięciu go do Legii pomogła sytuacja, w której Okoński został zdyskwalifikowany na trzy miesiące za spóźnienie na zbiórkę młodzieżowej reprezentacji. Podczas posiedzenia Wydziału Dyscypliny PZPN przysiadł się do niego pułkownik Zenon Olszak i zaproponował skrócenie kary w zamian za dołączenie do Legii. W przeciwnym razie – jak usłyszał – wojsko i tak go zwerbuje, a on sam może trafić do jednostki w głębi kraju. Okoński dał się przekonać.
Mogłem odmówić jako jedyny żywiciel rodziny. Ale co z tego? Za rok, dwa, kiedy córka by podrosła, by mnie wzięli siłą i nie wiadomo, czy nie zostałbym wojskowym w pełnym tego słowa znaczeniu. Skorzystałem z okazji, jaka się natrafiła. Trener Górski widział mnie w składzie, więc tym bardziej nie myślałem ani minuty - przyznaje Mirosław Okoński, z którym spotkaliśmy się przed meczem Lecha z Legią. - Nie ma się czego wstydzić. Dla mnie to historia życiowa, piłkarska. Nie żałuję tego, że skorzystałem z możliwości wyjazdu do Legii, w zasadzie do wojska. Warunki stworzono mi bardzo dobre, przez te ponad dwa lata, kiedy byłem w Legii, mogłem grać w piłkę, być w formie, a nie biegać po poligonie, budzić się rano na musztry. Dziękuję Legii za to, że mogłem grać w piłkę.
Wnioski pozostawiam Wam, drodzy czytelnicy.
Najsłynniejszym meczem Okońskiego w barwach Legii był finał Pucharu Polski z Lechem, rozegrany w Częstochowie w 1980 roku. Okoński szeroko wypowiedział się na jego temat w 2008 r. w wywiadzie dla oficjalnej strony Lecha Poznań: (tutaj cytat).
Wiele już na ten temat powiedziałem i wiele razy przepraszałem. Jednak udział w tym meczu nie był moją wolą tylko dostałem rozkaz odgórnie. Sam prosiłem władze Legii o to, żebym nie musiał występować w tym spotkaniu w Częstochowie. W ogóle w kontrakcie była klauzula, że nie będę grał przeciwko Lechowi, ale dotyczyła tylko starć ligowych.
Potwierdza się to, co napisałem już w pierwowzorze – w momencie, gdy klub macierzysty udzielał czasowego zwolnienia swojemu zawodnikowi na okres służby wojskowej, nie tracił do niego praw. Co więcej, mógł wynegocjować z klubem wojskowym klauzulę, na mocy której piłkarz nie miał prawa wystąpić przeciwko swojej macierzystej drużynie.
We wspomnianym wywiadzie „Mundek” idzie jednak o krok dalej w przypodobaniu się kibicom Lecha i wypowiada między innymi takie twierdzenia:
Jakby mało występu to jeszcze doszła ta moja bramka…jakbym dostał dwadzieścia piłek w tym samym miejscu to nie wiem czy jeszcze raz udałoby mi się tak uderzyć. Tak samo miał Adam Topolski. Od niechcenia uderzył w samo okno. Gole były na światowym poziomie. Ja ze swojego trafienia w ogóle się nie cieszyłem. Piłkarze Legii skakali z radości, a ja nie byłem zadowolony.
Okoński ma tego pecha, że zachował się skrót z tamtego spotkania, który jasno pokazuje, iż po zdobyciu bramki (drugiego gola dla Legii – „Okoń” grał z numerem 10 na plecach) sam z radości wyskoczył w górę. A gdy Jacek Kazimierski obronił rzut karny, to właśnie Okoński z uśmiechem mu pogratulował. (https://www.youtube.com/watch?v=UKu-ChGZ3RI - pierwsza sytuacja od 01:08, natomiast druga od 03:17)
W Legii nie zdecydował się zostać – z góry zakładał powrót do Poznania. Dodatkowo trener Kazimierz Górski mówił otwarcie, że jego imprezowy styl życia działa demoralizująco na resztę zespołu. Kiedy jego służba wojskowa dobiegła końca, automatycznie stał się zawodnikiem nieuprawnionym do gry, a jego ewentualne występy groziły walkowerem.
Pojawiły się jednak problemy z wydaniem jego karty zawodniczej. Jak wspomina Radosław Nawrot w książce „Okoń” (rozdział „Zrzutka prywaciarzy”), sam zawodnik był winien Legii 450 tys. zł, a klub domagał się uregulowania należności. Z pomocą przyszli mu poznańscy „prywaciarze”, którzy z własnych środków pokryli jedną trzecią długu, a resztę dopłacił Lech. Okoński wrócił do Poznania bez dalszych przeszkód.
Z historii „Okonia” dowiadujemy się kilku istotnych rzeczy:
- Powołanie do wojska i gra w Legii (czy innym klubie wojskowym) nie były wcale oczywistością
- Jednym ze sposobów uniknięcia służby wojskowej było uzyskanie zaświadczenia o byciu jedynym żywicielem rodziny.
- Wypożyczając zawodnika do Legii na dwa lata, klub macierzysty nie tracił do niego praw, a nawet mógł zażądać, by piłkarz pauzował w meczu przeciwko swojej drużynie.

(Biuletyn Sportowy Wojewódzkiego Komitetu Kultury Fizycznej w Rzeszowie. 1957, nr 15)
Andrzej Buncol (lata w Legii: 1982-1986)
Gliwiczanin z urodzenia – już od 10. roku życia szlifował swój piłkarski talent w tamtejszym Piaście. Klub z Gliwic włożył w jego rozwój wiele pracy, licząc, że w przyszłości pierwsza drużyna będzie miała z niego pożytek. Pech chciał, że skauci śląskich potentatów nie próżnowali – tym razem działacze Ruchu Chorzów ubiegli rywali z Zabrza w wyścigu po młody talent.
Wkrótce o dobrze zapowiadającego się piłkarza upomniała się armia. Działacze „Niebieskich” zapewniali, że „załatwią” ten problem za zawodnika, jednak los chciał, że właśnie wtedy w Polsce wprowadzono stan wojenny. Buncol nie miał wyboru – musiał stawić się w jednostce wojskowej w Nysie, do której został przydzielony.
W artykule „Ten mały piłkarz z wielkim sercem do gry”, opublikowanym na stronie Przeglądu Sportowego, pojawia się jego wspomnienie:
- Nastał stan wojenny, więc nie było żartów. Na pierwsze wezwanie do jednostki do Nysy nie pojechałem, licząc że klub załatwi mi odroczenie. Niestety działacze zwlekali, czas się dłużył. W końcu - bojąc się konsekwencji - wziąłem torbę i pojechałem do jednostki. Byłem normalnym szeregowym, kiedy przyjechał po tygodniu człowiek ze Śląska Wrocław - klubu wojskowego - i spytał gdzie chcę grać, u nich czy w Legii, odpowiedziałem, że mnie jest to obojętne, byle mógłbym normalnie trenować - wspominał tamte wydarzenia w jednym z wywiadów Andrzej Buncol.
Historia Buncola jest bliźniaczo podobna do losów Bernarda Blauta, który najpierw trafił do jednostki wojskowej w Zgorzelcu, a dopiero później jego kuzynka napisała list do Legii. Dzięki temu „Długopis” mógł wznowić treningi na poziomie I ligi.
Buncol ostatecznie trafił do Legii – klub potrzebował wówczas następcy dla Mirosława Okońskiego, który właśnie wrócił do Poznania. Na Śląsku piłkarz był jednak oskarżany o to, że „celowo” poszedł do Legii. Odniósł się do tych zarzutów w wywiadzie opublikowanym w Gońcu Górnośląskim (nr 20/1982)

W ten sposób Buncol potwierdził to, o czym mówił wcześniej Okoński – alternatywą dla gry w Legii było bieganie z karabinem po poligonie, a tak czy inaczej macierzysty klub nie mógł z usług piłkarza-poborowego korzystać.
Ostatecznie Buncol do Ruchu nie wrócił, gdyż działacze „Niebieskich” przestali się nim interesować. Został w Legii, tym razem już w ramach zawodowej służby wojskowej. Artykuł opublikowanie w Dzienniku Związkowym (nr 168/83)

Historia Buncola pokazuje przede wszystkim, że żaden piłkarz odrabiający w Legii służbę wojskową nie miał zagwarantowanej przyszłości w klubie. Każdy z nich po dwóch latach musiał odpowiedzieć sobie na pytanie, czy chce zostać w Warszawie. Jeśli decyzja była twierdząca, Legia miała obowiązek przeprowadzić pełną procedurę transferową i zapłacić znacznie więcej niż symboliczne „minimum za wyszkolenie”. Co więcej, klub, z którego zawodnik został „zabrany do wojska”, zachowywał prawo do nawet 50% kwoty, za jaką piłkarz zostałby później sprzedany za granicę.
Jerzy Wijas
Legia aż do dziś bywa oskarżana o „złamanie kariery” Jerzemu Wijasowi. Owszem – warszawski klub interesował się tym zawodnikiem równolegle z prezesem Widzewa, Ludwikiem Sobolewskim, ale gdy ostatecznie przegrał ten wyścig, dalszego zainteresowania ze strony stołecznego klubu po prostu nie było. Ale po kolei.
W latach 1979–1983 Wijas był piłkarzem GKS-u Katowice – klubu górniczego, który zapewniał swoim zawodnikom etaty w kopalni „Staszic”, co automatycznie zwalniało ich z obowiązku służby wojskowej. Kiedy w 1983 roku sprowadził go do siebie łódzki Widzew, brakowało mu zaledwie sześciu miesięcy, by przejść do rezerwy i mieć wojsko całkowicie z głowy. Wijas podnosił tę kwestię w trakcie rozmów z Widzewem, bo bardzo zależało mu na uniknięciu poboru – był bowiem świadkiem Jehowy. Prezes Sobolewski zapewniał go, że „wszystko załatwi” i nie ma się czym przejmować. Niestety, skończyło się odwrotnie – armia potraktowała piłkarza wyjątkowo surowo za uchylanie się od obowiązku służby, a Widzew wraz ze swoim prezesem wykazali się rażącą nieznajomością ówczesnych przepisów poborowych.
Trzeba pamiętać, że Legia jako klub sportowy nie miała żadnego wpływu na decyzje o powołaniach do wojska. Kwestie te leżały w kompetencji Wojskowych Komend Uzupełnień. Klub mógł jedynie zgłosić zapotrzebowanie na danego zawodnika do Ministerstwa Obrony Narodowej, a konkretnie do Głównego Zarządu Szkolenia Bojowego – nic więcej.
Sprawa Jurka Wijasa została bardzo dobrze opisana w książce Marka Wawrzynowskiego Wielki Widzew, w rozdziale Wojsko bierze rewanż na Widzewie, gdzie czytamy:
Z kolei sam Wijas zapewnia, że nikt ze stołecznego klubu z nim nie rozmawiał. Sam sugerował, że chętnie zagrałby w Zawiszy albo w Śląsku, ale nie było odpowiedzi. Jedynie plotki, że trener warszawskiego klubu, Jerzy Kopa, z przyjemnością widziałby go w swojej drużynie. Do rozmów jednak nie doszło. „Dziś sobie myślę, że gdyby była taka oferta, poszedłbym do Legii, odrobił swoje i wrócił. I byłoby po sprawie, moja kariera mogła potoczyć się zupełnie inaczej” – mówi piłkarz.
Jerzy Kopa zapewnia, że nigdy nie było tematu zatrudnienia zawodnika w klubie ze stolicy. „Owszem, był to bardzo dobry piłkarz, był na fali wznoszącej. Podobał mi się jego styl, był silny, odważny, mocny głównie w destrukcji, grał jako obrońca lub pomocnik. Tyle że mieliśmy spory wybór zawodników na te pozycje. Po prostu nie mieścił się w mojej koncepcji. Zresztą wszyscy jednoznacznie komentowaliśmy – oczywiście między sobą – tę sprawę. Sposób, w jaki został potraktowany, był wyjątkowo podły. Ale wszystko odbyło się ponad naszymi głowami” – wspomina Kopa.
W świetle tych faktów oskarżanie Legii jest całkowicie bezpodstawne i pozbawione sensu. Nikt z kierownictwa klubu nie miał najmniejszego wpływu na decyzje generałów „na górze”. Sprawa jest jasna – Legia nie ma sobie tu nic do zarzucenia i najwyższy czas przestać tłumaczyć się z cudzego nieszczęścia.
Ostatecznie Wijasa z wojska wyciągnął Marian Dziurowicz – i to na dziewięć miesięcy przed zakończeniem służby. Zawodnik odmówił jednak powrotu do Widzewa, czując się oszukanym. Kolejne cztery lata spędził w GKS-ie Katowice, rozgrywając 96 spotkań i strzelając 9 bramek. Następnie wyjechał do Izraela.
Wnioski, czyli czego uczą nas historie Okońskiego, Buncola i Wijasa
Z każdej z tych historii można wyciągnąć kilka prostych, ale ważnych wniosków:
Legia nie była stroną decydującą o powołaniach.
Decyzje zapadały w MON-ie i wojskowych komisjach uzupełnień. Klub mógł jedynie zgłaszać zapotrzebowanie – nie „brał” piłkarzy wedle widzimisię.
Nie każdy, kto odrabiał wojsko w Legii, chciał lub mógł w niej zostać.
Po dwóch latach każdy zawodnik musiał zadecydować, czy zostaje w klubie, a jeśli tak – Legia musiała przeprowadzić normalny transfer i zapłacić ekwiwalent za wyszkolenie.
Niektórzy skorzystali, inni mieli pecha.
Buncol dzięki Legii uratował karierę i się rozwinął, Wijas przeciwnie – padł ofiarą systemu. Okoński zaś po prostu wrócił do Poznania, bo taki był układ. Nie ma tu miejsca na legendy o „podbieraniu” piłkarzy.
Mit „złej Legii” to wygodna wymówka.
Przez lata łatwiej było zrzucać winę na klub z Warszawy niż przyznać, że całość była elementem wojskowej machiny państwa, nad którą żaden klub nie miał realnej kontroli.
Patrząc z perspektywy – Legia była raczej wentylem bezpieczeństwa niż katem.
Dla wielu piłkarzy pobór oznaczał koniec kariery. W Legii mogli trenować, grać i utrzymać formę. Z dzisiejszej perspektywy – to często był ratunek, nie wyrok.
Podsumowując:
Historie Okońskiego, Buncola i Wijasa to nie dowody „warszawskiego imperializmu”, tylko trzy różne losy ludzi wrzuconych w tryby PRL-owskiego systemu. Legia nie była tu oprawcą – była raczej skutkiem ubocznym realiów, w których wojsko decydowało o wszystkim, a futboliści mieli tyle do gadania, co szeregowi na apelu.
Autor: Besni(L)
Instrukcję dodawania tekstów na Bloga znajdziecie w TYM MIEJSCU.

Walka o węgierski talent nabiera tempa

Liverpool poluje na Jacqueta jako następcę Konate

Baleba chce do Manchesteru United. Brighton dyktuje cenę nie do przebicia

Mbappe opuszcza trening Realu. Potężne kłopoty przed meczem z Manchesterem

FC Barcelona rozważa trzy warianty na pozycję napastnika

Regulamin:
Punktacja rankingu:
Za każdy nowy komentarz użytkownik dostaje 1 punkt. Jednak, gdy narusza on nasze zasady i zostanie dezaktywowany, użytkownik straci 2 punkty. W przypadku częstych naruszeń zastrzegamy sobie możliwość nakładania wyższych kar punktowych, a nawet tymczasowych i permanentnych banów.