
Blog: Tak, jestem Warszawiakiem i kibicuję Legii – odpowiadam kibicowi Polonii
07.01.2026 11:30
(akt. 07.01.2026 11:34)
Moja pierwsza reakcja była dość sceptyczna — pomyślałem, że to zbiór dawno obalonych mitów, który został napisany prawie dekadę temu. Gdy jednak włączyłem go w przeglądarce, zobaczyłem, że ludzie wciąż spamują tym linkiem w sieci, a brak jakiejkolwiek rzeczowej riposty tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że na ten tekst potrzebna jest solidna odpowiedź.
Ponieważ nikt jej dotąd nie dał, postanowiłem to zrobić sam. Zapraszam Cię do lektury moich uwag i analiz tego artykułu.
Sam tytuł artykułu sugeruje, że mamy do czynienia z tekstem o Legii — a dokładniej: z wywodem na temat tego, co jest rzekomo „złego” w kibicowaniu temu klubowi i dlaczego jako Warszawiak nie powinieneś tego robić. W rzeczywistości jest to jednak kolejne powielenie historiozofii środowiska z Konwiktorskiej, wedle której Polonia była klubem prześladowanym przez poprzedni system za swoją przeszłość i patriotyczną postawę, a to właśnie ma tłumaczyć jej dzisiejszy brak miejsca w piłkarskiej czołówce kraju.
Kibice Polonii od dawna przyzwyczaili nas do tego, że nie potrafią opowiadać własnych dziejów bez zaczepiania Legii. Ponieważ przy tym nie szczędzą manipulacji i świadomego wprowadzania odbiorcy w błąd, czuję się w obowiązku sprostować tę dezinformację.
Czy Legia po wojnie miała czystą kartę?
Z całego artykułu najbardziej skandaliczny fragment brzmi następująco: „A więc dziś warszawskie środowiska kibicowskie, określające się jako patriotyczne, kibicują nie klubowi zasłużonemu dla ojczyzny jak mało który, ale klubowi z komunistycznym rodowodem.”
Osobiście uważam, że za publiczne wygłaszanie takich stwierdzeń zarząd naszego klubu powinien niezwłocznie kierować sprawę do sądu i domagać się odszkodowania za zniesławienie. Z drugiej strony nie ma się co dziwić, że podobne narracje pojawiają się po tamtej stronie stolicy — od lat są one bowiem promowane przez dobrze znanego historyka, pracownika Uniwersytetu Warszawskiego, który prywatnie jest kibicem „Czarnych Koszul” i nie kryje swojej antypatii wobec Legii.
Postać ta wykazuje zresztą dwie stałe obsesje związane z historią Legii. Pierwszą jest uporczywe podważanie roku jej założenia, drugą — konsekwentne zaprzeczanie ciągłości historycznej klubu i próba rozdzielenia Legii przedwojennej oraz powojennej na dwa odrębne, rzekomo niezwiązane ze sobą byty.
Proces powojennej reaktywacji Legii bardzo dobrze opisał trener tysiąclecia Kazimierz Górski w książce „Pół wieku z piłką”. Dowiadujemy się z niej, że inicjatywa utworzenia drużyny piłkarskiej w powojennym, nowym Wojsku Polskim wcale nie wyszła od pułkownika Apolinarego Mineckiego ani generała Jerzego Bordziłowskiego, lecz od samych piłkarzy odbywających służbę wojskową w 1. Zapasowym Pułku Piechoty. Byli to w dużej mierze zawodnicy pochodzący z utraconych Kresów Wschodnich — nie mieli dokąd wracać, a jednocześnie chcieli kontynuować swoje kariery sportowe.
Drużyna została sformowana w kwietniu 1945 roku i zgłoszona do WOZPN pod nazwą „I Wojskowy Klub Sportowy”. Kluczowy moment nastąpił jednak wkrótce potem, gdy w zespole pojawił się Henryk Czarnik — przedwojenny napastnik Legii, spowinowacony z przedwojennym działaczem klubu, pułkownikiem Karolem Rudolfem. To właśnie Czarnik wyszedł z inicjatywą, aby na bazie nowego zespołu reaktywować przedwojenną Legię. Argumentował to wojskowym charakterem drużyny, jej działalnością na stadionie Legii oraz koniecznością odwołania się do dawnych tradycji sportowych.
Tak przebieg wydarzeń potwierdza artykuł „Legia przyszła ze styczniową ofensywą”, opublikowany w „Przeglądzie Sportowym” (1966, nr 51, s. 5).
Sprawę dodatkowo uwiarygodnili krakowscy dziennikarze. Gdy warszawski WKS przyjechał w czerwcu 1945 roku na mecz do Krakowa, tamtejsza prasa otwartym tekstem nazwała wojskową drużynę „dawną ligową Legią” („Dziennik Polski”, 1945, nr 129, s. 4). To niezwykle istotne świadectwo epoki — pokazuje, że ciągłość klubu była dostrzegana także poza Warszawą i to na długo przed jakimikolwiek powojennymi „oficjalnymi” rozstrzygnięciami.
Oczywiście nie można negować faktu, że WOZPN początkowo zgłaszał zastrzeżenia wobec używania w nazwie członu „Legia”. Dotyczyły one jednak wyłącznie kwestii formalnych — konieczności ujęcia tej nazwy w statucie klubowym. Problem polegał na tym, że na tym etapie klubowego statutu po prostu jeszcze nie było, a WKS zgłosił się do WOZPN jako jedynej instytucji, w której był zarejestrowany.
Informacja o odradzającym się klubie, opublikowana w „Życiu Warszawy” („WKS »Legia« wraca do życia”, 1945, nr 172, s. 4), zadziałała jak magnes na przedwojennych członków Legii. Niemal natychmiast do klubu dołączył w roli działacza przedwojenny zawodnik i ostatni kierownik sekcji piłkarskiej — Józef Ziemian. Pełną listę osób związanych zarówno z Legią przedwojenną, jak i powojenną, zamieściłem w artykule „Legia Rediviva A.D. 1945 – tekst polemiczny”.
Co istotne, reaktywacja nie dotyczyła wyłącznie piłki nożnej. Odbudowały się również inne sekcje z udziałem przedwojennych członków klubu. Sekcje koszykówki i siatkówki reaktywował przedwojenny siatkarz Legii Witold Serwatowski. W sekcji motocyklowej po wojnie nadal działali zawodnicy sprzed 1939 roku: Józef Docha, Wacław Kossowski i Tadeusz Potajałło. W sekcji tenisowej po wojnie występowała m.in. Zofia Jędrzejowska.
Obecność tak szerokiego grona przedwojennych legionistów sportowych sprawiła, że 16 lutego 1946 roku sporządzono klubowy statut, w którym nazwa „Legia” została jednoznacznie ujęta. Dokument ten został przyjęty bez kontrowersji — nikt nie miał już wątpliwości, że chodzi o reaktywację dawnego klubu. Od marca 1946 roku nazwa „WKS Legia” zaczęła regularnie pojawiać się w biuletynach WOZPN i federacja zaprzestała (jako jedyna wcześniej czyniąca to instytucja) używania wobec klubu błędnych określeń.
Dodatkowo powołano drużynę oldbojów, której wiarygodność firmowali swoimi nazwiskami liczni przedwojenni zawodnicy Legii — w tym Henryk Przepiórka, który według niektórych mitów rzekomo miał nie zostać przyjęty do klubu z powodu swojej przeszłości w AK. Informacje na temat tej drużyny, wraz z jej składem, można znaleźć m.in. w artykułach: „Legia »stara« nie gorsza od »nowej«” („Echo Stadionu”, 1946, nr 35, s. 4) oraz „Znów zobaczymy centry Wypijewskiego” („Wieczór”, 1947, nr 143, s. 4).
Nie będę nawet wspominał o tzw. „ostatniej zagrywce Mielecha”, która miała miejsce 26 stycznia 1957 r. Odsyłam w tym miejscu do bloga pana Grzegorza Karpińskiego, a dokładnie do tekstu: „Przyszli upomnieć się o Legię”.
Czy Legia po wojnie nie miała kibiców?
Autor artykułu otwiera swój wywód cytatem z powojennej prasy, w którym czytamy m.in.:
„Trybuny zajęła stara brać, w przeważającej większości kibice »Czarnych Koszul«. Legia, posiadająca jako klub wojskowy znaczne tradycje, nie zdobyła sobie jeszcze serc warszawiaków. Odnoszą się do niej z rezerwą”.
Ma to najwyraźniej sugerować, że Legia po wojnie kibiców nie miała, a jej popularność została „sztucznie” wykreowana dopiero później. Tyle że taki wniosek wynika wyłącznie z wyrwania jednego cytatu z kontekstu i potraktowania go jak prawdy objawionej.
Czy naprawdę czymś dziwnym jest to, że kibice jednego klubu odnoszą się z rezerwą do swojego lokalnego rywala? Szczególnie w sytuacji, gdy mówimy o pierwszych latach po wojnie, gdy Polonia była świeżo po grach w konspiracyjnych rozgrywkach, a Legia dopiero odbudowywała swoje struktury? Trudno uznać to za odkrycie wymagające historycznej egzegezy.
Problem polega na tym, że autor nie zadał sobie trudu, by sięgnąć do innych relacji z meczów Legii z tego samego okresu. A one pokazują obraz dalece bardziej złożony — i znacznie mniej wygodny dla tezy o „klubie bez kibiców”.
Weźmy choćby derby rozegrane 3 czerwca 1946 roku. W relacji gazety „Wieczór” (4.06.1946, nr 152, s. 4) czytamy:
„Chociaż trzeba stwierdzić, że liczba zwolenników Legii również bardzo wzrosła”.
Słowo „zwolennicy” jest tu kluczowe. W powojennej prasie nie używano go przypadkowo — oznaczało osoby trwale związane z konkretnym klubem, a nie zwykłą publiczność stadionową. Tych ostatnich określano inaczej i traktowano jako widzów widowiska sportowego, a nie uczestników klubowej wspólnoty.
Podobny język pojawia się w relacji z meczu z ŁKS-em („Wieczór”, 1948, nr 225, s. 4):
„Zwolennicy Legii szli na Stadion W.P. z cichą nadzieją, że drużyna wojskowych nareszcie otrząsnęła się z nieszczęsnej formy wakacyjnej”.
Znów nie ma tu mowy o anonimowej „publiczności”. Mowa jest o ludziach identyfikujących się z klubem, przeżywających jego formę, mających wobec niego oczekiwania — czyli o tym, co dziś bez wahania nazwalibyśmy kibicami.
Na tej podstawie można wysunąć całkiem uzasadnioną hipotezę, że znaczną część widowni powojennego stadionu Legii stanowili właśnie „zwolennicy” w rozumieniu ówczesnej prasy — a więc realna, klubowa baza kibicowska, istniejąca na długo przed erą Deyny, zanim ktokolwiek słyszał o rzekomej propagandzie czy cenzurze „pompującej” popularność Legii.
Opieranie daleko idących wniosków na jednym, wygodnie dobranym cytacie nie jest analizą historyczną. To publicystyczny skrót myślowy — efektowny, ale intelektualnie wątpliwy. A jeśli coś nie świadczy o profesjonalizmie, to właśnie takie selektywne czytanie źródeł.
I to właściwie wszystko, jeśli chodzi o Legię
Więcej o Legii w tym artykule po prostu nie ma. I w gruncie rzeczy na tym można by zakończyć cały wywód, bo cała dalsza część tekstu to już nie analiza Legii, lecz mityczna opowieść o powojennej Polonii — ubrana w dobrze znaną narrację krzywdy, niesprawiedliwości dziejowej i moralnej wyższości.
Tymczasem odpowiedź na pytanie, dlaczego warszawiacy wybierają Legię, jest banalnie prosta i wcale nie wymaga historycznych wywodów. Ludzie kibicują temu klubowi, który jest bardziej medialny, który odnosił sukcesy, który elektryzuje kraj, na który „jest moda”, który oferuje emocje i atmosferę na trybunach. Historia? Dla większości odbiorców to temat kompletnie drugorzędny.
Nie jesteśmy już w XIX wieku. Romantyczna martyrologia, opowieści o wiecznym cierpieniu i moralnej krzywdzie nie są dziś intelektualnie ani emocjonalnie atrakcyjne. Nikt — naprawdę nikt — nie będzie studiował dziejów klubu, zanim zdecyduje się regularnie chodzić na stadion. Strategia oparta na wzbudzaniu poczucia winy za cudze wybory kibicowskie jest z góry skazana na porażkę.
Dlatego właśnie narracja forsowana przez środowisko z Konwiktorskiej jest przeciwskuteczna. Buduje bowiem „markę” Polonii na polu zupełnie nieatrakcyjnym marketingowo i emocjonalnie. Jeśli Polonia faktycznie chciałaby zwiększyć frekwencję i stworzyć realny popyt na swoje barwy oraz pamiątki, powinna porzucić logikę walki i czarnego PR-u. Zamiast moralizować warszawiaków za kibicowanie Legii, sensowniej byłoby skierować przekaz do spokojniejszych kibiców spoza „Żylety” i pokazać im lokalną alternatywę — bez oskarżeń, bez pretensji, bez ideologii.
Tymczasem kibice Polonii od lat wybierają tę samą, niesprawdzoną strategię — jakby bardziej zależało im na symbolicznej „reparacji” i dziejowej sprawiedliwości niż na realnym odbudowaniu pozycji klubu. Paradoks polega na tym, że gdyby nie kilka sezonów Polonii w Ekstraklasie po 1989 roku, dziś prawdopodobnie interesowałoby się nią niewielu ludzi — albo niemal nikt.
A co z Warszawianką?
Jeszcze mniej szczęścia miał trzeci zasłużony klub stolicy — Warszawianka. Dziś pamięta o niej garstka pasjonatów, choć to właśnie ona w największym stopniu zasługuje na pamięć warszawiaków. Po wojnie klub odrodził się najpóźniej — dopiero w 1955 roku, jako koło sportowe nr 220 zrzeszenia „Start”. Drużyna z 1945 roku miała z przedwojenną Warszawianką wspólną właściwie tylko nazwę.
Warszawianka nigdy nie zagrała w najwyższej klasie rozgrywkowej, a na początku lat 70. ślad po jej sekcji piłkarskiej niemal całkowicie zanikł. Przyczyną był konflikt z Gwardią dotyczący znanego lekkoatlety. Członkowie klubu byli regularnie szykanowani, wzywani na przesłuchania do siedziby MO do pałacu Mostowskich. To jest rzeczywista ofiara komunistycznego systemu — klub, który nie był w stanie się odbudować aż po dzień dzisiejszy.
Jeśli więc ktoś chce konsekwentnie realizować filozofię „porzuć piłkarską elitę PRL na rzecz lokalnych outsiderów”, logicznym wyborem byłaby nie Polonia, lecz właśnie Warszawianka.
A historia Polonii?
Na koniec zostaje jeszcze jedna kwestia. Kibice Polonii mają skłonność do manipulacji i niedomówień również w opisywaniu historii własnego klubu. Dlatego w dalszej części tekstu odniosę się punkt po punkcie do tez zawartych w artykule, z którymi się nie zgadzam.
Od razu zaznaczam: są to wyłącznie moje osobiste opinie i interpretacje, a nie stanowisko redakcji portalu.
Milicyjny epizod Polonii – fakty zamiast mitologii
W lutym 1945 r. Komenda Główna Milicji Obywatelskiej, mieszcząca się przy ul. Oszmiańskiej, powołała Milicyjny Klub Sportowy, rozpoczynając działalność od utworzenia sekcji piłkarskiej. W tym czasie służbę w MO odbywał Zenon Pieniążek „Odrowąż”, pełniący funkcję szefa referatu sportowego. Był on jednocześnie nieformalnym liderem drużyny Polonii, występującej wcześniej w rozgrywkach konspiracyjnych.
Ponieważ w pierwszej połowie 1945 r. przedwojenna Polonia nie odrodziła się jeszcze jako wielosekcyjny klub sportowy, Pieniążek zdecydował o włączeniu zespołu do nowo tworzonego MKS i dodaniu do jego nazwy członu „Polonia” (Życie Warszawy 1945, nr 70). Drużyna występowała pod tym szyldem do momentu wykreślenia MKS Polonia ze struktur WOZPN, co nastąpiło 3 grudnia 1945 r. (Życie Warszawy 1945, nr 344).
Decyzja ta była przejawem pragmatyzmu, a nie ideologii. Milicyjny patron zapewniał sprzęt sportowy, stroje oraz administrację boiskiem w Parku Skaryszewskim. Narracje o rzekomej „romantycznej rezygnacji” z milicyjnej opieki nie mają oparcia w faktach.
Zakończenie współpracy z MO
Sugestie, jakoby to piłkarze Polonii zerwali współpracę z MO, są nieprawdziwe. Nie byli oni gospodarzem tej inicjatywy i nie decydowali o jej kształcie. Współpraca zakończyła się w inny sposób.
Pod koniec sierpnia 1945 r. prasa poinformowała o reaktywacji przedwojennej Polonii (Życie Warszawy 1945, nr 234). Piłkarze zdecydowali się włączyć w odbudowę przedwojennego klubu, co spotkało się ze zrozumieniem ze strony milicyjnego opiekuna zespołu — pułkownika Józefa Konarzewskiego. Przedwojenna KS Polonia została oficjalnie zarejestrowana w listopadzie 1945 r., co doprowadziło do funkcjonowania w Warszawie dwóch klubów o tej samej nazwie.
Zgodnie z zapowiedzią Konarzewski objął kierownictwo nowej Polonii (Przegląd Sportowy, dodatek „Młodzi Idą”, 1945, nr 8). Po wykreśleniu MKS Polonia z rejestru WOZPN milicja rozpoczęła jednak organizację własnego klubu od nowa i w lutym 1946 r. Konarzewski ponownie stanął na jego czele.
Relacje z MO po 1945 r.
Kontakty Polonii z Milicją Obywatelską nie ustały wraz z końcem 1945 r. Wbrew sugestiom autora tekstu, temat fuzji z Gwardią pojawił się już w 1956 r., a nie dopiero na początku lat 70. Do połączenia nie doszło nie z powodu sprzeciwu Polonii, lecz dlatego, że Gwardia — jako strona silniejsza — nie chciała przestać istnieć (Express Wieczorny 1956, nr 312).
Stadion przy Konwiktorskiej
Nieprawdą jest, jakoby to milicja odebrała Polonii stadion przy ul. Konwiktorskiej i przekazała go ZWM „Zryw”. Decyzję tę podjęła Rada Narodowa m.st. Warszawy. Milicja jednocześnie utraciła boisko w Parku Skaryszewskim na rzecz Towarzystwa Uniwersytetu Robotniczego.
W czasie, gdy Polonia korzystała z obiektu w Parku Skaryszewskim, zdewastowany stadion przy Konwiktorskiej pozostawał bez gospodarza. Sytuację tę wykorzystał ZWM, który już wiosną 1945 r. rozpoczął tam prace porządkowe. Polonia odzyskała teren na drodze sądowej — we wszystkich instancjach — co trudno uznać za przykład „systemowego niszczenia” klubu przez władzę.
Co więcej, nawet po odzyskaniu stadionu Polonia nie mogła z niego korzystać, ponieważ obiekt nie spełniał wymogów I ligi. Do 1950 r. klub rozgrywał mecze na Stadionie Wojska Polskiego, przy znacznie lepszych warunkach infrastrukturalnych i frekwencji sięgającej 10 tysięcy widzów. Trudno więc uznać czasowe pozbawienie obiektu bez trybun i ogrodzenia za realny cios w rozwój klubu.
Reorganizacja sportu i „prześladowania”
W 1948 r., w ramach reorganizacji sportu na wzór radziecki, Polonia połączyła się z klubem sportowym Związku Zawodowego Kolejarzy. Była to decyzja świadoma i dobrowolna, podjęta w gmachu Ministerstwa Komunikacji. Od tego momentu Polonia stała się elementem systemu sportowego PRL i nie było powodów, by władza ją prześladowała.
Władze klubowe wykazywały daleko idący konformizm, co potwierdzają publikacje prasowe z lat 1949–1950, w tym relacje z obchodów 70. urodzin Józefa Stalina (Życie Warszawy 1949, nr 350). Polonia od początku posiadała status klubu centralnego ZS „Kolejarz”, czego nie chciała zaakceptować m.in. krakowska Wisła.
Liga, spadki i „awans przy stole”
Nieprawdą jest, jakoby Polonia była pozbawiona prawa wyjazdów zagranicznych. Odmawiano jedynie wyjazdów poza żelazną kurtynę, co dotyczyło większości klubów. Polonia bez problemu dostała zgodę na wyjazd do Czechosłowacji (Wieczór 1947, nr 371).
Spadek z ligi w 1952 r. nastąpił nie jako Polonia Warszawa, lecz jako Kolejarz Warszawa, grający w innych barwach i bez historycznej tożsamości. Teza o karze za „sanacyjną przeszłość” jest pozbawiona logiki.
Równie nietrafne są zarzuty dotyczące braku „awansu przy stole” w 1953 r. Analogiczne przypadki administracyjnych przesunięć w tabeli ligowej miały miejsce zarówno w 1954 r. (OWKS Kraków), jak i wcześniej — np. w sezonie 1937 (Dąb Katowice). Można o tym przeczytać w książce "Encyklopedia Piłkarska Fuji Liga Polska (tom 25)" na stronie 75.
Przyczyny sportowej zapaści
Prasa z lat 50. i 60. jednoznacznie wskazywała przyczyny wieloletniej nieobecności Polonii w I lidze: złą organizację, brak dyscypliny, marnowanie potencjału młodzieży, konflikty wewnętrzne oraz działalność tzw. rady załogowej, organizującej strajki i domagającej się coraz wyższych uposażeń (źródła: Życie Warszawy. 1953 nr 284, s. 5, nagłówek "W cieniu piłki nożnej" ; Przegląd Sportowy. 1959 nr 226-227, s. 7 nagłówek: "Czystka" wśród piłkarzy warszawskiej Polonii ; Przegląd Sportowy. 1960 nr 64, s. 2 nagłówek "Polonia Warszawa źle się gospodarzyła" ; Trybuna Ludu. 1954, nr 339 s. 4, nagłówek "Sprawa nie tylko warszawskiego Kolejarza").
Warto zadać pytanie: skoro władza rzekomo niszczyła Polonię, dlaczego inne sekcje klubu funkcjonowały znakomicie? Koszykówka niemal nie opuszczała ekstraklasy, lekkoatletyka miała olimpijczyków (Irena Szewińska), a sekcja motorowodna — Waldemara Marszałka. Trudno uwierzyć, że represje dotyczyły wyłącznie piłki nożnej.
Na koniec warto prześledzić składy zarządu klubu z przełomu lat 70. i 80. Znajdują się tam nazwiska, które skutecznie podważają mit Polonii jako klubu pozostającego w permanentnym konflikcie z władzą — z pułkownikiem Henrykiem Celakiem na czele.
Podsumowanie
Cały analizowany tekst nie jest w istocie artykułem o Legii, lecz kolejną próbą podtrzymania wygodnej narracji o powojennej Polonii jako klubie systemowo prześladowanym, moralnie nieskazitelnym i stojącym w opozycji do „uprzywilejowanych” rywali. Narracji efektownej publicystycznie, lecz słabo zakorzenionej w faktach.
Przytoczone źródła prasowe i dokumenty jasno pokazują, że dzieje Polonii po 1945 roku były znacznie bardziej złożone, a wiele decyzji podejmowanych przez jej działaczy miało charakter świadomy, pragmatyczny i koniunkturalny. Współpraca z Milicją Obywatelską nie była narzuconą karą, lecz rozwiązaniem organizacyjnym. Fuzja z „Kolejarzem” nie była aktem represji, lecz elementem dostosowania się do nowego modelu sportu. Problemy sportowe klubu wynikały przede wszystkim z błędów strukturalnych, złego zarządzania i konfliktów wewnętrznych, a nie z rzekomej ideologicznej nagonki.
Równie nietrafne okazują się próby budowania kontrastu moralnego poprzez przeciwstawianie Polonii Legii. Opieranie się na pojedynczych relacjach prasowych, selektywnym doborze faktów i sugestywnych uproszczeniach nie służy rzetelnej analizie historii, lecz jej instrumentalizacji na potrzeby bieżącego sporu tożsamościowego. Historia przestaje być wówczas narzędziem poznania, a staje się orężem propagandowym.
Paradoksalnie, taka strategia działa na niekorzyść samej Polonii. Romantyczna martyrologia, odwoływanie się do poczucia krzywdy i moralnej wyższości nie budują dziś realnego zainteresowania klubem, nie przyciągają nowych kibiców i nie tworzą trwałej wspólnoty. O sukcesie frekwencyjnym i popularności decydują emocje dnia dzisiejszego, atmosfera stadionu i bieżąca narracja sportowa, a nie rozliczenia sprzed siedemdziesięciu lat.
Jeżeli już szukać w Warszawie klubu rzeczywiście zmarginalizowanego przez realia powojennego systemu, to znacznie bliżej tego miana jest Warszawianka — klub, który nie dorobił się mitu, nie doczekał się obrońców i nie potrafił przekuć swojej historii w kapitał symboliczny.
Historia polskiej piłki zasługuje na uczciwość, proporcje i krytyczne myślenie. Bez nich każda opowieść — nawet najbardziej nośna emocjonalnie — pozostaje jedynie legendą opowiadaną ku pokrzepieniu własnego środowiska, a nie rzetelnym opisem przeszłości.
Autor: Besni(L)
Instrukcję dodawania tekstów na Bloga znajdziecie w TYM MIEJSCU.

Wyniki środowych meczów 7. kolejki Ligi Mistrzów

Nicola Zalewski z błyskotliwą asystą, Atalanta przegrywa

Męczarnie Chelsea z Pafos. Caicedo na ratunek

Męczarnie w Pradze, koszmary Lewego. Barcelona ogrywa Slavię

Dwa gole Kane'a. Bayern wiceliderem Ligi Mistrzów

Regulamin:
Punktacja rankingu:
Za każdy nowy komentarz użytkownik dostaje 1 punkt. Jednak, gdy narusza on nasze zasady i zostanie dezaktywowany, użytkownik straci 2 punkty. W przypadku częstych naruszeń zastrzegamy sobie możliwość nakładania wyższych kar punktowych, a nawet tymczasowych i permanentnych banów.