
Aleksandar Vuković: Latem rozmawiałem z Legią i PZPN, to dla mnie zaszczyt
10.08.2025 12:45
(akt. 10.08.2025 12:49)
- Lubię mówić: wyjechałem na rok, a zostałem na całe życie. Legia to definitywnie drugi klub pod względem ważności w mojej hierarchii, a nawet klub, który dał mi więcej niż Partizan. W nim zrealizowałem wszystko, o czym marzyłem, że się wydarzy – rozegrałem wiele meczów, zyskałem odpowiedni status, odnosiłem sukcesy.
- Praktycznie połowa mojego życia jest związana z Legią. Z czysto zawodowego punktu widzenia Legia jest najważniejszym klubem w mojej karierze. Dużo mi dała. Instytucjom takim jak Partizan i Legia nigdy nie oddasz tyle, ile ci dały. Dziś jestem tym, kim jestem, również dzięki Legii. Gdybym grał w innym klubie, bez takiej armii kibiców i wsparcia, nie miałoby to tego samego znaczenia. Możesz podnosić puchary i zarabiać pieniądze w miejscu bez potencjału kibicowskiego, ale poczucie, że byłeś ważną częścią giganta, to wartość bez ceny. Ważniejsze było dla mnie, że byłem w wielkim klubie, że zrobiłem coś znaczącego i zdobyłem szacunek, nawet gdybym był ostatnim na ławce, niż żeby za wielkie pieniądze jechać do Chin.
- Mój pierwszy tytuł mistrzowski z Legią, w debiutanckim sezonie, był wyjątkowy. Wtedy poczułem ogromną euforię, radość i zrozumiałem, jak wiele to znaczy dla ludzi. Tak samo tytuł gdy byłem pierwszym trenerem był dla mnie wielkim zaszczytem. Przejąłem drużynę po słabym sezonie, w którym przegraliśmy wszystko – puchar, ligę, a w Europie odpadliśmy ze Spartakiem Trnawa i Dudelange z Luksemburga. Zostaliśmy z niczym. Dlatego postanowiłem, że od sezonu 2019/20 zrobię kompletną przebudowę zespołu. Efektem było mistrzostwo z tańszą drużyną, bez wielkich gwiazd jak wcześniej. Osiągnęliśmy też kilka wysokich zwycięstw – 7:0 pokonaliśmy Wisłę Kraków, kilka razy strzeliliśmy po pięć goli, co w Ekstraklasie nie zdarza się często. To był udany sezon mimo utrudnień. W kolejnym zaczęliśmy źle, odpadliśmy z Omonią w jednym meczu, bez publiczności, z powodu COVID-u. I to w niesprawiedliwy sposób – czerwona kartka, której nie było, rzut karny, którego nie podyktowano… Do tego doszły dwie porażki w pierwszych czterech kolejkach ligowych, przez co mnie zwolniono. To było dołujące, bo zaledwie kilka miesięcy wcześniej zrobiliśmy poważne rzeczy, promowaliśmy młodych piłkarzy, a klub zarobił 25 milionów euro na transferach. Decyzja o moim zwolnieniu była podyktowana polityką klubową, bo w Legii było wtedy wiele frakcji.
- Ciekawe, że ta sama drużyna, którą selekcjonowałem i która miała sześć punktów po czterech kolejkach w chwili mojego odejścia, na koniec sezonu zdobyła tytuł mistrzowski w przekonujący sposób. I to jest ostatnie mistrzostwo Legii. W następnym sezonie klub wpadł w ogromne problemy, w połowie rozgrywek znalazł się w strefie spadkowej. Wtedy działacze wezwali mnie, bym znów przejął zespół. Wróciłem na wciąż obowiązującą umowę, w najtrudniejszej sytuacji w historii klubu – w pierwszych 16 kolejkach drużyna zanotowała tylko cztery zwycięstwa i 12 porażek. Zażegnaliśmy problemy, podnieśliśmy zespół z 15. na 10. miejsce i odszedłem z podniesioną głową. Kontrakt się skończył, a wiedziałem, że na następną sezon zaplanowano innego trenera. Od rozstania do kolejnego powrotu minął cały rok bez pracy, co dla trenera jest długim okresem, ale potem postanowiłem pomóc jeszcze raz. Później zrozumiałem, że opinia publiczna, środowisko i media bardziej cenią moje ‘gaszenie pożarów’ w Legii i stabilizację zespołu niż tytuł.
- Niedawno znów odbyłem rozmowę po telefonie od dyrektora sportowego Michała Żewłakowa. Powiedział mi, że jestem jednym z najpoważniejszych kandydatów i jego propozycją na ławkę, ale… Właściciel klubu, który wcześniej mnie zatrudniał, tym razem zdecydował, że powierzy stery komuś spoza systemu i tak zatrudnił Edwarda Iordanescu, niegdyś selekcjonera Rumunii. Dla mnie to i tak było wyróżnienie, że w ogóle byłem kandydatem. Miałem też telefon z Polskiego Związku Piłki Nożnej, by dołączyć do sztabu reprezentacji A, bo chcieli mieć dobrego trenera w sztabie. Chcę powiedzieć, że od chwili, gdy odszedłem z Piasta, gdzie spędziłem trzy ostatnie sezony, zainteresowanie mną wykazały dwie instytucje – PZPN i Legia. A więc nie jest źle, to wielki zaszczyt, że się mną interesują.
- W największej części to efekt gry dla Legii, a gdy po raz drugi ją opuściłem, zrozumiałem, że czas iść dalej, podpisałem z Koroną Kielce, miałem już 30 lat i mogłem grać trochę inaczej. Po drodze były dwie krótkie przygody w Grecji. Pierwsza w 2004 roku, kiedy kończył mi się kontrakt, obiecywano Bundesligę i Primérę, a ja wszystko odrzucałem, by ostatecznie zostać bez klubu, gdy wszyscy byli już po rozpoczęciu przygotowań, więc postanowiłem ratować się wyjazdem na Kretę. Ergotelis to był totalny niewypał. Przedstawiano go jako poważny, a okazał się półamatorski. Wytrzymałem pół roku i – na szczęście – miałem otwarte drzwi na powrót do Legii, gdzie kontynuowałem karierę. Drugi epizod to była czysta egzotyka: uciec z polskiej zimy w cieplejsze strony, gdy podpisałem z Iraklisem z Salonik. Jednak zawsze wracałem do Polski. To dla mnie dużo lepsze miejsce i do życia, i do pracy. Dziś czuję się tam jak w domu. Nie tylko dlatego, że mam polskie obywatelstwo, ale też przez sposób, w jaki Polacy mnie przyjęli. Nadzwyczajny naród, wspaniałe państwo. Jako naród nie zawsze są przychylni wszystkim, ale wobec Serbów – jako Słowian i chrześcijan – tak. Wszyscy nasi ludzie w Polsce, choć nie ma ich wielu, czują się komfortowo. Naprawdę uważam ich za bratni naród, w którym było więcej niż gdziekolwiek indziej protestów przeciw decyzji o uznaniu niepodległości Kosowa.
- Polska liga pod względem intensywności, przebiegów i liczby pojedynków jest tuż za ligami "piątki". Tak pokazują poważne badania. Dominującym czynnikiem są szybkość, siła i pressing. Oczywiście, mistrzowie techniki są zawsze – znajdą sposób, by pokazać, co potrafią – ale Polakom aktualnie brakuje piłkarzy z kreacją. Najlepszym polskim kreatorem dziś jest Piotr Zieliński z Interu. A więc nie w polskiej lidze. Polacy są generalnie znani z szybkości, siły, skoku… To widać w ich grze.
- Canal+ jako główny nadawca od lat płaci klubom poważne pieniądze. Ekstraklasa to organizacja sama w sobie, która w ubiegłym roku wypłaciła klubom rekordowe 75 milionów euro. Istnieje część bazowa, którą wszystkie kluby otrzymują równo, niezależnie od tego, czy to Piast, czy Legia. Do tego są dodatki na podstawie miejsca w tabeli, rankingu z poprzednich sezonów, promocji młodych piłkarzy… Rynek Polski to mniej niż 40 milionów ludzi, ale liga jest bardzo popularna. Dwa miliony osób ma dekodery tylko ze względu na transmisje Ekstraklasy. Ponad dziesięć klubów miało w zeszłym sezonie średnią powyżej 15 000 widzów i więcej. Największą wartością polskiej ligi jest wyrównanie poziomu. Tam każdy może być mistrzem. Jakby u nas, dajmy na to, Radnički z Niszu miał dobry sezon i pojawiła się realna szansa na tytuł. U nich to się dzieje. Poza tym lokalny patriotyzm jest bardzo wyraźny. W Białymstoku Jagiellonia to świętość. Tam nie istnieją Legia ani Wisła, jest tylko ‘Jaga’. Dlatego od 2019 roku do dziś masz pięciu różnych mistrzów. Trzy z tych pięciu klubów zostały mistrzami po raz pierwszy w historii – Jagiellonia, Raków i Piast. Niewiarygodne!
- Dziś 90 procent klubów ma nowe stadiony. Tylko cztery z nich zbudowano na EURO 2012, które Polacy współorganizowali z Ukrainą: w Lechu, Lechii, we Wrocławiu i Stadion Narodowy w Warszawie. Legia nie dostała stadionu dzięki Euro, miasto zbudowało go później. I to był kluczowy moment wzrostu popularności. Wcześniej średnia frekwencja wynosiła około 6 000, teraz jest powyżej 20 000. Lech ma średnio 30 000 widzów! Stadion Narodowy służy tylko kadrze i organizacji finału pucharu. Pozostałe stadiony wzniosły kluby we współpracy z samorządami: Górnik, Jagiellonia, Wisła, Cracovia… Stadion przynosi też boom sponsorskich. Liga rośnie, nawet amerykański kanał BN Sports wykupił prawa na rynek USA, z uwagi na dużą liczbę Polaków tam. To liga dużego kraju, dwa razy większego niż dawna Jugosławia. Ogromna przestrzeń i potencjał. U nas ta przestrzeń się skurczyła. Gdybyśmy mieli Hajduka, Vardar, Olimpiję, byłoby inaczej.
- Mam wrażenie, że w Legii i w Piaście udawało nam się wycisnąć maksimum z drużyn. Najważniejsze, że wykorzystaliśmy potencjał. Jeśli chodzi o Piasta – kiedy poczułem, że nie wycisnę z tego zespołu więcej, postanowiłem odejść. To rzadkość, zwłaszcza w Polsce, generalnie na świecie, by trener mówił prezesowi i dyrektorowi: ‘Dziękuję, dalej nie mogę’. Zrobiłem trzyletni kontrakt, dostałem prezent, rozstaliśmy się bez zgrzytów, po przyjacielsku. Tak zakończył się mój ostatni epizod – bez przykrych słów i napięcia.
- Nie spieszyłem się, by od razu wejść w jakiś projekt – nadal mi się nie spieszy. Walczyłem o jedną rzecz w tej pracy – warunkową niezależność. To pierwszy krok do sukcesu: żeby nie musieć brać każdej roboty, nie zgadzać się na wszystko. Daleko mi do tego, by móc żyć do końca życia nic nie robiąc, ale równie daleko do pracy za wszelką cenę i do przyjmowania każdej komendy. I teraz, gdy miałem pewne rozmowy, dziękowałem za oferty, co do których nie czułem, że są właściwe ani dla mnie, ani dla klubu. Muszą się zgrać dwie rzeczy: żebym mógł realizować własne idee i żeby klub miał ze mnie pożytek. Tego teraz wyglądam.
Całą rozmowę z Aleksandarem Vukoviciem można przeczytać w serbskim portalu MozzartSport

Jacek Zieliński po porażce z Pogonią: Konferencja trwała mniej niż...

West Ham i Nottingham Forest chcą niechcianego gracza Juventusu

NBA szykuje historyczne rozszerzenie!

Widzew składa odwołanie od kartki Leragera

Neymar pominięty przez Carlo Ancelottiego!

Regulamin:
Punktacja rankingu:
Za każdy nowy komentarz użytkownik dostaje 1 punkt. Jednak, gdy narusza on nasze zasady i zostanie dezaktywowany, użytkownik straci 2 punkty. W przypadku częstych naruszeń zastrzegamy sobie możliwość nakładania wyższych kar punktowych, a nawet tymczasowych i permanentnych banów.