
Damian Szymański: Wierzę, że możemy zrobić wielkie rzeczy w Legii
27.01.2026 16:00
(akt. 27.01.2026 16:00)
Jesteście w Hiszpanii, pogoda sprzyja. Znalazł się czas na chwilę oddechu, choćby na basenie?
– Była okazja i wiadomo, że jak jest ciepło, to człowiek ma ochotę chociaż na moment wejść do wody. Skorzystałem, ale naprawdę tylko troszeczkę. Na co dzień nie ma na to zbyt wiele czasu, bo plan jest dość napięty. Mamy treningi, poranki są podporządkowane pracy, w drugiej części
dnia są odprawy ze sztabem, rozmawiamy indywidualnie i w grupie zawodników z konkretnej formacji. Teraz najważniejsze jest jedno: jak najlepiej przygotować się do startu rundy i pierwszego meczu, który nas czeka.
Pytam, bo gdzieś przewinęła się informacja, że zanim na dobre poszedłeś w piłkę, trenowałeś pływanie.
– Tak, to prawda. Jak byłem młodszy, próbowałem to łączyć – piłkę i pływanie. Rodzice mnie gdzieś zaprowadzili, chcieli, żebym spróbował czegoś więcej niż jednej dyscypliny i pewnie też patrzyli na to, że pływanie dobrze wpływa na rozwój fizyczny. Z czasem jednak było mi coraz trudniej to pogodzić. Pływanie zwykle wypadało w godzinach popołudniowych, zdarzało się, że trzeba było iść na 18., dwa razy w tygodniu, a ja po treningach piłkarskich nie zawsze miałem już na to siłę i ochotę. Piłka od najmłodszych lat była dla mnie najważniejsza, więc ostatecznie powiedziałem rodzicom, że chcę się skupić właśnie na niej.

Michał Żewłakow, mówiąc o twoim przyjściu do Legii, podkreślał, że klub potrzebuje ludzi z charakterem. Twój charakter kształtował się już w rodzinnym domu? Twój tata był oficerem Wojska Polskiego.
– Nie powiedziałbym, że w domu panował jakiś szczególny rygor czy „wojskowe” zasady. Ale na pewno były rzeczy, na które zwracało się uwagę – przede wszystkim punktualność i dyscyplina w takim codziennym rozumieniu. I u mnie nie było z tym większych problemów, też w grupach młodzieżowych. To zostało ze mną i pomagało, bo w sporcie takie podstawy mają znaczenie.
Szybko wyjechałeś z domu, co też pewnie buduje człowieka. Wchodzenie w dorosłość w wieku nastoletnim.
– To prawda. Najpierw grałem w kadrach wojewódzkich, na meczach pojawiali się trenerzy, skauci, dyrektorzy, menedżerowie. Ale moja historia jest taka, że ja w pewnym momencie sam zacząłem szukać kolejnego kroku. Widziałem, jak to wygląda: chłopaki grają, potem trzecia liga, studia i często na tym się kończy. A ja wiedziałem, że jeśli chcę spróbować czegoś więcej, muszę iść dalej. Znalazłem testy do akademii GKS Bełchatów, gdzie robili nabór do klasy licealnej. Pojechałem i pamiętam, że po krótkim czasie trener z akademii powiedział mojemu tacie, że bardzo mnie chcą – miałem trenować z młodą ekstraklasą i grać w juniorach. To był dla mnie mocny sygnał, że warto.
I tu jest wątek legijny, bo dostałeś też zaproszenie na testy do Legii.
– Tak, to ciekawa historia. W międzyczasie zadzwonił do moich rodziców dyrektor Legii i zaprosił mnie na testy. Pojechaliśmy. Pamiętam, że to były roczniki 1994/95, był turniej we Francji i trener miał nazwisko Lewandowski – dlatego mi to zostało w głowie, bo kojarzy się jednoznacznie. Na tych testach poszło mi całkiem dobrze. Rozmawiał ze mną też Radek Kucharski, który wtedy był szefem skautów w akademii. Natomiast na tamten moment czułem, że bliżej mi do Bełchatowa. Ja w życiu często podejmuję decyzje sercem. I uznałem, że dla rozwoju lepszy będzie mniejszy klub, gdzie łatwiej złapać rytm i krok po kroku iść do przodu. Dlatego wybrałem Bełchatów – i uważam, że wtedy to była dobra decyzja.

Potem była Jagiellonia i Wisła Płock. Transfer do Płocka był w rozliczeniu za Piotr Wlazłę i pamiętam, że wtedy dziennikarze uważali, że to Jaga zrobiła świetny interes. Ale ty zostałeś kapitanem Nafciarzy, zadebiutowałeś w reprezentacji Polski. Można więc powiedzieć, że to jednak Wisła wyszła na tym lepiej.
– Myślę, że kluczowy w tej historii był Łukasz Masłowski. On znał mnie jeszcze z Bełchatowa, w pewnym sensie opiekował się mną sportowo i pomagał mi w różnych momentach. Współpracował z menedżerem Marcinem Kubackim i wtedy to był mój menedżer. Masłowski był blisko, dawał mi dużo rad, wspierał, kiedy potrzebowałem pomocy, także przy urazach. I myślę, że to właśnie dlatego później pojawił się temat Płocka – on mnie znał, wiedział, na co mnie stać i potrafił przekonać w klubie, że warto po mnie sięgnąć.
Wisła Płock była dla ciebie przełomem?
– Tak, uważam, że to był bardzo ważny etap. To był klub, który dał mi pewność siebie. Po różnych turbulencjach poczułem, że mogę grać na dobrym poziomie i konsekwentnie budować swoją pozycję. W tamtym czasie zadebiutowałem też w reprezentacji Polski. I wiadomo, jak to jest – kiedy przyjeżdżasz na kadrę z mniejszego klubu, a obok masz chłopaków z Bayernu czy Barcelony, to różnica jest odczuwalna. Dla mnie to było ogromne doświadczenie, szczególnie że byłem wtedy młody, około 22 lat.
Masz na koncie 18 występów w kadrze. Najbardziej pamiętany jest mecz z Anglią i twój gol, ale wskazywałeś też inne spotkania.
– Gol z Anglią na pewno zostaje w pamięci, bo to zawsze robi swoje. Natomiast ja uważam, że miałem też kilka naprawdę niezłych meczów. Na przykład zwycięstwo z Niemcami u siebie 1:0 – oni mieli wtedy bardzo mocny skład, nikt nas nie stawiał w roli faworyta, a wygraliśmy. Debiut miałem we Włoszech w Bolonii, wszedłem na około 30 minut, to też było coś. Pamiętam też mecz z Czechami – może nie tak duży, ale ważny dla mnie. Zawsze chciałem zagrać więcej, ale trafiałem na momenty, gdy rywale w środku pola byli w bardzo dobrej formie i ciężko było wskoczyć do jedenastki.
W pewnym momencie był wyjazd do Rosji. Dziś oceniasz, że to nie był najlepszy wybór.
– Po czasie powiem uczciwie: to nie była najlepsza decyzja, jeśli chodzi o etap mojej kariery i wiek, w którym wtedy byłem. Pamiętam, że dyrektor sportowy Brentford przyleciał na mój mecz w Płocku i rozmawialiśmy w Warszawie w hotelu o perspektywach w tym klubie. Ale jak to dokładnie się potoczyło, to już trzeba by pytać menedżera. Ja w tamtym czasie byłem w sytuacji, w której bardzo chciałem odejść, a później nie miałem już wielkiego wyboru. Z drugiej strony – ten etap miał też plusy, bo właśnie dzięki temu później trafiłem do Grecji. Możliwe, że gdybym nie przeszedł tej drogi, to Grecja w ogóle by się nie wydarzyła.

W Grecji zmieniała się twoja rola? Bywało, że trenerzy mocniej ograniczali twoje wejścia do przodu.
– To zależy od trenera i stylu gry, jaki preferuje. Na początku było mi trochę łatwiej grać ofensywniej i to było też widać w statystykach. W ostatnich latach bywało, że tej swobody było mniej. W piłce jest tak, że dużo zależy od tego, czego wymaga trener i jak ustawia zespół.
Przejdźmy do Legii. Kiedy pojawił się konkretny temat transferu i co cię przekonało?
– Pierwsze zainteresowanie pojawiło się latem, w lipcu. Ten temat trochę trwał, bo trzeba było dogadać się z klubem w Grecji – nie będę wchodził w szczegóły finansowe, ale nie było to proste. Mogę powiedzieć jedno: zdecydowałem się na Legię także kosztem swoich zarobków. Były oferty, żeby iść „tylko za pieniądze” – z krajów arabskich czy z Turcji. Duże pieniądze. Ale uznałem z rodziną, że w życiu nie wszystko jest oparte na finansach. Spodobał mi się projekt, sposób w jaki klub chciał mnie przekonać i to, że Legia ma cele sportowe. Chciałem kontynuować karierę w taki sposób, żeby miała ręce i nogi, a nie żeby po kilku latach grania na dobrym poziomie skręcić już wyłącznie w stronę finansową. Wierzę też, że w wieku 30 lat dalej można się rozwijać – są piłkarze, którzy w tym wieku robią postęp i grają nawet lepiej niż wcześniej.
Były też inne oferty z Polski? Padały nazwy Lecha czy Pogoni.
– Tak, były konkretne rozmowy. Odzywały się różne kluby – z Polski także. Były tematy z Lechem, z Pogonią. Ale ja, tak jak mówię, kieruję się sercem i tym, czego chcę. Dlatego wybrałem Legię.
Po sześciu - siedmiu latach za granicą, jak oceniasz Ekstraklasę?
– Patrząc na ostatnie sezony, zwłaszcza po wynikach w pucharach, widać progres. Widać to też po transferach – zarówno przychodzących, jak i wychodzących. Ekstraklasa zaczyna być bardziej doceniana przez inne ligi, a ciekawi zawodnicy chętniej do niej przychodzą.
Twoje pierwsze pół roku w Legii było nierówne. Dobre wejście, potem spadek.
– Ciężko to opisać jednym zdaniem, ale tak – początek wyglądał obiecująco. Wrzesień był bardzo dobry, wygraliśmy serię meczów i wydawało się, że idziemy w dobrą stronę. A później coś się zacięło. Pogubiliśmy się jako zespół i to było widać także w mojej grze, bo ja jestem takim piłkarzem, który buduje formę razem z drużyną. Kiedy zespół ma pewność siebie, ja też gram lepiej i mogę dawać więcej. Potem wpadliśmy w dołek, z którego ciężko było się wydostać. Ale tego już nie cofniemy. Teraz mamy nowe rozdanie, nowego trenera i chcemy, żeby na wiosnę wyglądało to dużo lepiej. Nie chcę do tego wracać i za dużo o tym mówić.

Mówisz „nowy trener”. Czujecie, że z Markiem Papszunem przyszła nowa energia i wiara?
– Tak. Wy to widzicie na treningach. Widać jakość, zaangażowanie, intensywność. Już po sparingach widać pewien progres. Obyśmy to kontynuowali i jeszcze lepiej adaptowali się do tego, co trener chce nam przekazać. Sukcesów Rakowa nie da się wytłumaczyć przypadkiem – bez dobrego trenera trudno coś wygrać, a tam ta praca była wykonana na bardzo wysokim poziomie.
Jakie masz zadania od trenera?
– Nie chciałbym mówić o nich publicznie, bo to byłoby łatwiejsze dla przeciwników. Mam konkretne wytyczne, które zostają między mną a sztabem. Najważniejsze jest dla mnie to, że trener powiedział, iż będzie na mnie liczył – i to daje mi motywację.
Jest szansa, że częściej będziesz podłączał się do ataku? W Płocku i w Grecji miałeś niezłe liczby.
– Potencjał jest, ale wszystko zależy od funkcjonowania drużyny. Jeśli zespół dobrze gra i działa cały mechanizm, to każdy zawodnik może dołożyć liczby – bramki, asysty. Jednocześnie każdy ma swoje instrukcje: w jakich strefach ma być, co ma robić. Zobaczymy, jak to będzie wyglądało w praktyce.
Tabela jest spłaszczona, do miejsc pucharowych jest jedenaście punktów. Rozmawiacie o tym w szatni?
– Można o tym rozmawiać, ale to nic nie da, jeśli nie wykonamy podstawowego kroku. Najważniejsze jest wygrać pierwszy mecz. Potem następny i kolejny. Nie patrzymy na tabelę, bo to bywa zgubne. W Grecji też to przeżywałem: przed sezonem mówi się o celach, a finalnie liczy się to, żeby wygrać pierwszy mecz, potem drugi, potem kolejny. Tak buduje się drogę.
Zaczynacie z Koroną, prognozy mówią o mrozie i trudnych warunkach.
– Warunki będą takie same dla obu drużyn. Oni będą mieli to samo co my, więc nie ma sensu się tym tłumaczyć.
W sparingach widać też „stare grzechy”, czyli wykończenie. Zdążycie to poprawić?
– Mam nadzieję. Po to trenujemy. Zostajemy po zajęciach, robimy dośrodkowania, wykończenie, różne elementy, żeby w meczu, kiedy przyjdzie sytuacja, zamienić ją na bramkę. Do sytuacji dochodzimy – teraz musimy być skuteczniejsi.

Co najbardziej zmieniło się na zgrupowaniu? Mówiło się choćby o większej dyscyplinie i organizacji.
– Organizacja faktycznie stoi na bardzo wysokim poziomie, do tego dochodzi świadomość taktyczna sztabu. To w piłce jest bardzo ważne i liczę, że przełożymy to na mecze.
Intensywność jest duża?
– Tak. Czasem nie chodzi o to, ile trenujesz, tylko jak trenujesz. Jeśli pracujesz intensywnie i jakościowo, to półtorej-dwie godziny mogą dać więcej niż cztery godziny „chodzenia” po boisku. I tutaj to jest na plus, bo pracujemy naprawdę mocno.
Na koniec: optymistyczny scenariusz na start wiosny?
– Wygrajmy pierwszy mecz z Koroną. Od tego zaczynamy i na tym się koncentrujemy.

Harry Maguire skazany w Grecji na prawie 2 lata w zawieszeniu!

Decyzja w sprawie Alvaro Arbeloi dopiero po sezonie

Młody Fletcher zawieszony na 6 meczów za obraźliwe słowa. Manchester...

Rodrigo Castillo najdroższym transferem Fluminense

Michał Chrapek odchodzi z Piasta. Nie przedłuży umowy

Regulamin:
Punktacja rankingu:
Za każdy nowy komentarz użytkownik dostaje 1 punkt. Jednak, gdy narusza on nasze zasady i zostanie dezaktywowany, użytkownik straci 2 punkty. W przypadku częstych naruszeń zastrzegamy sobie możliwość nakładania wyższych kar punktowych, a nawet tymczasowych i permanentnych banów.