Filip Raczkowski
fot. Marcin Szymczyk

Filip Raczkowski: Dobrze czuję się w Legii

Redaktor Maciej Ziółkowski

Maciej Ziółkowski

Źródło: Legia.Net

15.06.2026 14:30

(akt. 15.06.2026 14:35)

Po latach walki, marzeń oraz oczekiwań, Legia II w końcu zrealizowała cel. Stołeczne rezerwy na trzy kolejki przed końcem rozgrywek 3. Ligi (grupa 1) zdołały awansować na wyższy szczebel. Głos po sezonie 2025/26 zabrał trener dwójki, Filip Raczkowski.

– Myślę, że w kwestii awansu zagrało wiele czynników. Ciągłość pracy, jaką zaczęliśmy w pierwszym sezonie (2024/25 – red.), i to, co kontynuowaliśmy w drugim, przyniosło efekt. Na pewno największe gratulacje i słowa uznania dla zawodników, ale sztab i jego praca miała ogromny wpływ na końcowy sukces. Jako trenerzy, fachowcy i ludzie, potrafili ciągle doszukiwać się spraw rozwoju i elementów, które np. nie funkcjonowały w poprzednim meczu czy cyklu spotkań. Cały czas nad tym pracowaliśmy.

– Ciągła chęć rozwoju indywidualnego, ale też zespołowego miała największy wpływ na awans. Najbardziej kluczowe momenty sezonu to pewnie końcówka rundy jesiennej, gdzie wyniki układały się bardzo dobrze i seria zwycięstw była okazała, długa. Wtedy było najbardziej widać ciągłą, systematyczną i spokojną pracę, która po prostu przyniosła efekty w postaci spotkań z Bronią, Lechią Tomaszów Mazowiecki, Widzewem Łódź. To były mecze, które pokazywały, że zespół cały czas się rozwijał. Wiosną były trudniejsze występy, innego gatunku, choćby emocjonalnego, ale drużyna potrafiła to dźwignąć, każdego dnia stawała się coraz lepsza. 

Mieliście dużo wniosków po sezonie 2024/25?

– Tak. Oprócz zwycięstw, trzeba doszukiwać się rzeczy, by stawać się coraz lepszym zespołem. Było kilka aspektów, np. zmiana systemu. Doprowadziliśmy do sytuacji, w której – moim zdaniem – potrafiliśmy płynnie zmieniać ustawienie w trakcie meczu, co stanowiło trudność dla przeciwnika. Rozwinęliśmy stały fragment. Jeśli chodzi o zarządzanie meczem, to postawiliśmy na kilka bardziej pragmatycznych rozwiązań, związanych choćby z utrzymaniem przy piłce przy korzystnym wyniku, by "zabijać" spotkanie.

Zawodnicy rozwinęli się też motorycznie. Widać po wynikach, że cały czas był progres, który zachowaliśmy do ostatnich dni sezonu. Mówiąc żartobliwie, bardziej doświadczeni piłkarze śmiali się, że nawet po awansie czują się, jakby trwał okres przygotowawczy, bo stale podnosiliśmy obciążenia. Tak sobie założyliśmy pracę i sądzę, że do ostatnich dni, do ostatniego meczu, podchodziliśmy tak do swoich obowiązków.

Mógłby Pan rozwinąć kwestię motoryczności, intensywności? To duży atut rezerw.

– Wpływ miała na to cała organizacja funkcjonowania zespołu. Można powiedzieć, że każdy dzień wyglądał tak samo – nawet mozolnie, ale zawodnicy codziennie muszą udowadniać, że zasługują na miejsce, w którym są, i chcą się rozwijać.

Motoryka? Piłkarze nie byli oszczędzani. Codziennie pracowali na siłowni. Nawet po meczu wyjazdowym zabieraliśmy ze sobą sprzęt i zawodnicy rozwijali aspekty siłowe.

Cały czas było to pilotowane przez trenera Łokaja, jeżeli chodzi o kwestie siłowe. Za GPS odpowiadał trener Marynowicz. Obaj cały czas zawieszali wyżej poprzeczkę. Przykładowo: gra trwała minutę dłużej, było więcej serii. Każdego dnia staraliśmy się, żeby było coś więcej. W taki sposób budowaliśmy nasze aspekty. Nie jestem fachowcem w tej dziedzinie, żeby dokładnie opisać wszystkie parametry, ale zawodnicy całe czas bili rekordy pod kątem biegów o wysokiej intensywności. Miał na to wpływ przeciwnik – im bardziej wymagający, tym wiadomo, że musisz biegać więcej i szybciej.

Jeden z ostatnich meczów sezonu był rekordowy, jeżeli chodzi o aspekt związany z biegami o wysokiej intensywności. Mimo że wszystko było rozstrzygnięte, może nie matematycznie, ale jak ludzie patrzyli na tabelę, to raczej się spodziewali tego, że wygramy ligę. 

Kiedy Pan się spodziewał, że awansujecie?

– Jako odpowiedzialny za cały zespół, do ostatnich dni matematycznego awansu, uświadamiałem wszystkich, że robota nie jest jeszcze wykonana. Trzeba to było przyklepać w sposób zdecydowany, w stylu, w jakim odbierany jest awans.

Mogę się przyznać, że pewny awansu byłem już po zwycięstwie nad Ząbkovią. Nie mieliśmy jeszcze zagwarantowanego 1. miejsca, ale była spora przewaga, wystarczał nam punkt w 4 czy 5 spotkaniach. Wówczas doszło do mnie, że w przyszłym sezonie będziemy grać w 2. Lidze.

Co usłyszał Pan w klubie po awansie?

– Mnóstwo ciepłych słów od współpracowników, od wszystkich trenerów w akademii – od Łazienkowskiej, przez drugi zespół. Gratulowało też sporo piłkarzy z pierwszego zespołu, czy ludzie z zewnątrz. Zrobiło mi się bardzo miło. Nawet nie miałem świadomości, odczytując SMS-y i wiadomości w social mediach, że aż tak dużo osób się tym interesuje. Jestem wdzięczny. Było super, inaczej.

Czy ktoś mnie zaskoczył wiadomością? Trudne pytanie, na które nie potrafię odpowiedzieć. Przeglądam teraz telefon, ale zanim się do tego dogrzebię, to minie trochę czasu. Odzywali się ludzie ze środowiska piłkarskiego, rodzina. Pisały osoby, które pracowały wcześniej w Legii i wiedziały, jak długo na awans czekała cała akademia. To duża wdzięczność, że śledzili nasze losy i docenili sukces.

Wspomniał Pan o gratulacjach ze strony piłkarzy z pierwszego zespołu. Dopytam zatem o współpracę z jedynką w końcówce 2025 roku. Jak ona wyglądała?

– Spędziłem dwa tygodnie z zespołem, który prowadził Inaki Astiz. Dla mnie to było doświadczenie od środka, jak wygląda przygotowanie do spotkań Ekstraklasy i rozgrywek europejskich na najwyższym poziomie. 

Byłem odpowiedzialny przede wszystkim za pomoc w organizacji treningu. To była kluczowa kwestia. Dodatkowo wspomagałem drużynę przy kwestiach związanych z analizą przeciwnika. Dawałem sugestie, różne aspekty, które być może widziałem inaczej niż sztab.

To był krótki czas, więc nie próbowałem się zaznaczyć, tylko bardziej zabrać doświadczenie, poznać miłych ludzi, którzy bardzo dobrze mnie przyjęli – zarówno piłkarze, jak i ówczesny sztab.

Jak obecnie wygląda współpraca z jedynką, z Markiem Papszunem?

– Generalnie nie było za dużego kontaktu, ale ja też to rozumiem. Ówczesna sytuacja klubu była na tyle trudna i dynamiczna, że byłoby to dziwne, gdybym oczekiwał relacji ze sztabem pierwszego zespołu, który i tak miał bardzo dużo problemów na głowie. Najważniejszy dla przyszłości klubu był fakt, by utrzymać się w Ekstraklasie. Finalnie było nawet blisko europejskich pucharów.

Uważałem, że nie byłby to dobry moment, gdybym próbował zaznaczyć swoją obecność trenerowi Papszunowi, gdyż na pewno miał bardzo dużo na głowie. Był to trudny moment, który dźwignęli wszyscy pracownicy pierwszego zespołu. 

Wróćmy do rezerw. Często mówił Pan o roli sztabu. Mógłby Pan powiedzieć po parę słów nt. każdego współpracownika?

– Oczywiście. Na wstępie – nasz team manager, trener Muszyński, który sklejał wszystko organizacyjnie i spełniał nasze potrzeby czy zachcianki, by stworzyć warunki do rozwoju w jak najlepszym środowisku.

Maciek Suszczyński był odpowiedzialny za analizę liczbową, ale również za – jak my to nazywaliśmy – ofensywne pole karne. Analizował każde nasze wejście w szesnastkę przeciwnika – jak tworzyliśmy sytuację, jak kierowaliśmy, jak zdobywaliśmy bramki albo jak ich nie zdobywaliśmy. Sprawdzał to pod kątem indywidualnym i grupowym, wysyłając wnioski do dalszej pracy.

Analogicznie, w drugą stronę robił Zbyszek Małkowski, który był oczywiście odpowiedzialny za rozwój bramkarzy, ale również za obronę pola karnego. Gdy przeciwnik wchodził w pole karne, to analizował, gdzie były błędy i co należało rozwinąć.

Radosław Pruchnik był odpowiedzialny za wszystkie stałe fragmenty gry – i statystycznie, i jakościowo. Wszystko sklejał analizą, miał bardzo duży wpływ na proces treningowy. Prowadził wiele zajęć.

Kuba Marynowicz, o którym wspomniałem, odpowiadał za kontrolę wszelkich obciążeń i koordynowanie pracy działu motoryczno-medycznego. Brał pod opiekę fizjoterapeutów i współpracę ze wspomnianym wcześniej trenerem Łokajem.

Krystian Sowiński był naszym analitykiem. Odegrał bardzo dużą rolę w analizie – nie tylko w klasycznej, związanej z przeciwnikiem i naszym zespołem, ale też live i we wszystkim, co się  odbywało w trakcie meczu, ze strony technologicznej. Myślę, że była to duża przewaga dla nas na tle konkurencji ligowej. Plusem okazała się też jego wiedza nt. poszczególnych zespołów i zawodników na poziomie 3. Ligi, gdzie dostępność do materiałów wideo jest trochę mniejsza niż w Ekstraklasie. Mimo tego, mieliśmy mnóstwo informacji dotyczących każdego przeciwnika, zawodnika. Wiedzieliśmy, jak grać z poszczególnymi zespołami.

Za opiekę medyczną było łącznie odpowiedzialnych trzech fizjoterapeutów: Michał Sykulski, Błażej Stępień (odszedł do Rakowa Częstochowa podczas sezonu – red.) oraz w trakcie doszedł Dominik Ofat. Cały zespół medyczny, oprócz wiedzy merytorycznej, charakteryzował się – niespotykanym dotąd w trakcie mojej pracy w Legii – poziomem zaangażowania, będąc zawsze dostępnymi do pracy z zawodnikami, czego między innymi efektem był na pewno oscylujący na 90 – 95 proc. poziomie dostępności wszystkich zawodników do obciążeń sezonu.

Daniel Łukasik dołączył do nas w trakcie sezonu, w styczniu. Można to nazwać nowym transferem do sztabu. Na początku był odpowiedzialny za kontrolę odległości pomiędzy formacjami. Analizował nasze ustawienie, formację pomocy, czy gdzieś nie tworzyły się zbyt duże przestrzenie, które mógł wykorzystać przeciwnik. Poza tym, wspomagał nas w analizie przeciwnika. Podczas mikrocyklu zarządzał zawodnikami, którzy imitowali działania rywala. Dużo wiedział, bardzo pomagał. Wykazał się wielkim zaangażowaniem w proces.

Czy przy analizach sztabu dało się dostrzec nieoczywiste plusy, postępy z tygodnia na tydzień?

– Myślę, że tak. Bardzo mocno poprawiliśmy grę w fazach przejściowych, co na pierwszy rzut oka mogło nie być widoczne w meczach, w których dominowaliśmy. Szczególnie rozwinęliśmy to w okresie zimowym.

Każda faza przejściowa – czy to odbiór, czy strata – może powodować to, że zaczynają się większe odległości, pojawia się więcej możliwej przestrzeni. Tworzyliśmy dużo szans bramkowych, m.in. w tym elemencie – czy po odbiorze w pobliżu własnej bramki, czy w pobliżu bramki przeciwnika, czy w strefie środkowej.

Z bardziej oczywistych rzeczy, strzeliliście najwięcej goli i straciliście najmniej bramek w lidze.

– To wymierny i widoczny efekt, oprócz punktów i miejsca w lidze. To zasługa piłkarzy, ale dużą rolę odegrał też Maciek Suszczyński. Trzeba także podziękować Zbyszkowi Małkowskiemu, który był za to odpowiedzialny.

W rozgrywkach 2024/25 byliśmy w czołówce pod kątem największej liczby zdobytych i najmniejszej liczby straconych bramek, ale na pewno nie było to tak widoczne. Dopiero kończymy analizę sezonu, ale jestem praktycznie przekonany, że bylibyśmy prawdopodobnie na czele pod kątem stałych fragmentów. Zdecydowanie to poprawiliśmy, co jest zasługą Radka Pruchnika.

Duża liczba młodych zawodników w rezerwach to największy plus?

– Myślę, że to najbardziej budujące dla mnie – i to z perspektywy dwóch lat pracy z zespołem, że od początku zdecydowaliśmy się odmłodzić drużynę. Mimo że założyliśmy to na starcie, to kontynuowaliśmy pracę i nigdy nie zeszliśmy z tej drogi. Każdy młody – niezależnie czy zagrał 600, czy 2000 minut – stanowi dużą wartość dla rynku piłkarskiego, bo sądzę, że się obronił. Przed nimi kolejne wyzwanie, na wyższym poziomie. Wierzę, że będą w stanie temu podołać.

Macie już plany na kolejny sezon, tym razem w 2. Lidze?

– Dogrywamy sparingpartnerów, niedługo będę w stanie przekazać informację, z kim będziemy grać. Jeśli chodzi o przygotowania, to zaczynamy pod koniec miesiąca – sztab dzień wcześniej niż zawodnicy, którzy wznawiają zajęcia 26 czerwca, mając wcześniej rozpiski.

Personalia zespołu? Nie ma ani transferów przychodzących, ani wychodzących. Wielu piłkarzy miało automatyczne przedłużenie umowy przy awansie lub rozegraniu odpowiedniej liczby minut. Dwóm – trzem kończą się kontrakty i zobaczymy, czy dojdzie do kontynuacji współpracy. Chcemy, żeby wszyscy z nami zostali, lecz to kwestia dwóch stron.

Na tę chwilę kształt kadry wygląda tak samo, jak w minionym sezonie. To ważny aspekt, by przygotować się do 2. Ligi, postawić kolejne wyzwania młodemu zespołowi.

Zawodnicy chwalili się w szatni, że mają oferty z innych klubów? Albo Pan ich o to pytał?

– To o tyle intymny temat, że mi, jako trenerowi, byłoby głupio zapytać o tym na forum. W ogóle nie poruszamy takich tematów. W stosunku do wszystkich staramy się odnosić jak najbardziej profesjonalnie. Jeśli chodzi o te kwestie, to przeważnie agenci jako pierwsi informują klub o potencjalnych ofertach.

Rozmawiałem z zawodnikami, wiem, że dobrze im się współpracowało. Przed jednym ze spotkań powiedziałem piłkarzom, że tak naprawdę dopiero wtykamy flagę o jeden szczyt wyżej, ale mamy jeszcze wiele szczytów ze sobą do zdobycia. Gracze potem wspominali, że pragną sięgnąć po kolejny szczyt i być może kolejny poziom ligowy. Mental w drużynie był taki, że zapinamy pasy, pracujemy ciężko i walczymy o cele.

Ostatnio mieliście na testach 22-latka z Niemiec, Bekema Bicki. Czy może trafić do Legii?

– Jeśli chodzi o kwestie transferowe, to raczej nie jestem osobą, która powinna o tym mówić. Bekem był z nami na jednym treningu, później pracował też indywidualnie czy nawet ćwiczył z pierwszym zespołem. Nasza opinia jest jedną z paru – czy dojdzie do takiego ruchu, nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie. Sam jeszcze tego nie wiem.

Mówił Pan, że zmian w kadrze zespołu nie ma, to zapytam o zmiany w sztabie. Czy takowe mogą mieć miejsce? 

– Każdy członek sztabu jest fachowcem w swojej dziedzinie, więc nie będę zaskoczony, jeśli ktoś się po kogoś zgłosi. Jeśli otrzymają propozycje, które zbudują ich kariery i możliwości rozwoju, to będę cieszył się, że osoba, obok której siedziałem, idzie krok dalej i może wykonać kolejny postęp. Na dziś jednak nie wiem o takich odejściach. Czuję, że będzie mi dane pracować z tymi ludźmi, których tak bardzo szanuję, również w przyszłości.

A co z Panem? Jakieś propozycje w końcu się pojawiły?

– Tak, nie będę tego ukrywał. Nie spodziewałem się, że będzie ich aż tyle. Na razie to tylko rozmowy. Powiedziałem w klubie i we wcześniejszym wywiadzie, że dla mnie ogromną przyjemnością jest przyjeżdżać i pracować w miejscu, w którym jestem, więc na dzień dzisiejszy nie zakładam swojego odejścia. Oczywiście, jak to w piłce, nikt nigdy nie wie, co przyniesie przyszłość. Może paść tak dobra i dająca możliwości rozwoju oferta, że żal byłoby z niej nie skorzystać.

Do wszystkich takich rzeczy podchodzę spokojnie. Doceniam miejsce, w którym jestem, i przede wszystkim aspekt tego, że pozostanie na przyszły sezon nie wiąże się z brakiem rozwoju, bo to poziom wyższy – drugoligowy, centralny. Dalej widzę przestrzeń, nie tylko dla siebie, ale też dla wszystkich, do rozwoju, bo rozgrywki mają już inny wymiar.

Czy jakieś oferty na tyle Pana zaciekawiły, że byłby Pan chętny na zmianę klubu?

– Na razie rozmawiamy. Poinformowałem w klubie o wszystkich propozycjach – pracodawca powinien wiedzieć o tym jako pierwszy. To dobre oferty, ale – jak wspomniałem – do wszystkiego podchodzę na spokojnie. Na dziś nie podjąłem żadnej decyzji. Są dyskusje, spotkania, lecz brakuje jeszcze konkretów, więc nie mogę powiedzieć, że faktycznie odejdę z Legii.

Oficjalnej oferty jeszcze nie otrzymałem, natomiast prowadzę rozmowy z klubami nt. stanowiska asystenta w sztabie, ale też pierwszego trenera. To nie jest tak, że określiłem, że odejdę. Czuję się dobrze w Legii. Jeśli będę wiedział, że mogę się rozwijać, to czemu nie iść krok dalej z ludźmi, z którymi dobrze się znam.

Muszę drążyć. Czy odbywa Pan rozmowy z więcej niż jednym klubem z Ekstraklasy?

– Tak, w tym przypadku chodzi o stanowisko asystenta.

Jeden z tych klubów to Korona Kielce?

– Z racji szacunku do Legii, nie wypadałoby wymieniać nazw innych klubów.

Zakładam, że ma Pan propozycje na pierwszego trenera w 1. Lidze.

– Tak. Odbyłem kilka rozmów. Zobaczymy, co przyniesie przyszłość.

W internecie pojawiły się informacje, że odrzucił Pan prowadzenie Pogoni Grodzisk Mazowiecki. Czy to prawda (ostatecznie wspomniany klub objął Tomasz Kafarski – red.)?

– Rozmawiamy dość szczegółowo. Zmieniając miejsce pracy, chcę też stworzyć warunki i środowisko, które będą mogły gwarantować dobry wynik sportowy. Dyskutujemy wnikliwie na wiele aspektów i tematów, związanych z funkcjonowaniem czy doborem personalnym. W niektórych kwestiach jest bliżej, w innych dalej, dlatego być może pojawiły się informacje, że odrzuciłem Pogoń Grodzisk Mazowiecki. Temat się toczy, nie chciałbym też mówić zbyt wiele, bo szanuję dwie strony.

Czy dostałem propozycje z zagranicy? Niestety nie. Będąc szczerym, nie myślałem o takich, nie spodziewałbym się czegoś takiego. Gdyby takowa się pojawiła, to byłoby to mega wyzwanie i ogromna satysfakcja.

Były może rozmowy w klubie, by dołączył Pan do sztabu Marka Papszuna?

– Nie było takich rozmów.

Planuje Pan odbyć jakieś staże?

– Być może byłbym na to chętny, ale inne ligi też już nie grają. Mijałoby się to z celem, by pojechać i obejrzeć ośrodek. Czasami mówi się, że nieważne gdzie, ważne do kogo. W trakcie sezonu nie było takiej szansy z racji obowiązków.

Niedługo rozpoczynam kurs UEFA Pro, więc nie myślę o stażach. Kilkudniowe wyjazdy na kurs powodowałyby moją nieobecność w klubie. Gdybym dołożył do tego staż zagraniczny w trakcie rozgrywek ligowych, to mógłby ucierpieć interes zespołu, który jest najistotniejszy.

Gdybym nie miał pracy, to wtedy na pewno myślałbym o takich rzeczach. Ważny jest moment. Jeśli w trakcie sezonu mieliśmy krótką przerwę, to wynikała ona ze zgrupowań reprezentacyjnych, które nie są tylko w Polsce, ale też za granicą, bo to terminy FIFowskie. Taki wyjazd nie mógł mieć miejsca w ostatnim sezonie, bo kluczowa była drużyna.

Cały czas poszukuję inspiracji, ale na tę chwilę najważniejszy jest interes zespołu. Wspomniany kurs sprawi, że w niektórych dniach nie będę mógł być fizycznie w pracy. Będzie to wystarczająca, planowana nieobecność na rzecz rozwoju. 

Na urlop jedzie Pan zmęczony, czy niekoniecznie?

– Zmęczenie pojawiło się po meczu, po którym zagwarantowaliśmy sobie awans. Była euforia związana z tym, że robota została wykonana. Od tamtej pory minęło już parę tygodni, bo – całe szczęście – przyklepaliśmy 2. Ligę na kilka kolejek przed końcem. Człowiek podchodził do obowiązków z innym nastawieniem.

Ostatnie mecze były dla mnie ogromną przyjemnością. Oprócz wynikowej presji, która była mniejsza, mogłem dać szansę jeszcze młodszym zawodnikom, by zdobywali doświadczenie, choćby pod kątem wyzwań w przyszłym sezonie. Były to dla nich rozwojowe spotkania. Byłem szczęśliwy, że mimo iż zastępowali starszych graczy, wcale nie odstawali pod kątem umiejętności.

Mogę powiedzieć, że już przed urlopem jestem wystarczająco wypoczęty. Znając siebie, w trakcie wakacji będę dłubał coś w kierunku przyszłego sezonu i kolejnych wyzwań.

Komentarze (28)

Odśwież

Dodając komentarz zobowiązujesz się do przestrzegania

Komentarze osób niezalogowanych, a także zalogowanych, którzy zarejestrowali konto w ostatnich 3 dniach wymagają akceptacji administratora.

Uwaga!

Teraz komentarze są ukryte, aby poprawić komfort korzystania z serwisu Legia.Net. Kliknij przycisk „Zobacz komentarze”, aby je wyświetlić i dołączyć do dyskusji.