
Fredi Bobić: Odpowiadam za wszystkie decyzje sportowe
13.06.2026 10:30
(akt. 15.06.2026 22:28)
Był pan na stanowisku szefa operacji piłkarskich, a teraz jest dyrektorem sportowym. To duża zmiana, czy raczej kosmetyka?
- Dla mnie nie zmieniło się aż tak wiele, ale myślę, że teraz łatwiej będzie wszystkim zrozumieć, jak wygląda moja rola. Rozważaliśmy pozostawienie dotychczasowego nazewnictwa, ale w ciągu ostatniego roku zauważyłem, że bardzo ważne wśród kibiców jest właściwe zrozumienie zakresu odpowiedzialności i kompetencji. W Niemczech dyrektor sportowy zazwyczaj nie jest najwyższą osobą w pionie sportowym. Najczęściej znajduje się szczebel niżej w strukturze. W Polsce dyrektor sportowy jest natomiast jedną z kluczowych osób w klubie, bardzo blisko prezesa czy właściciela. Dla mnie nie stanowi to żadnego problemu. Akceptuję tę zmianę i dobrze się z nią czuję.
Na jak długo podpisał pan nowy kontrakt?
- Podpisałem umowę na kolejny sezon. Taki model preferuję od lat. Uważam, że jest uczciwy wobec klubu. Nie lubię sytuacji, w której ktoś podpisuje długoterminowy kontrakt, a po roku myśli już o odejściu. Przed nami są ambitne cele i chcę być częścią tego procesu. Chcę uczestniczyć w budowaniu odpowiednich struktur i dalszym rozwoju klubu. O odpowiedzialności i podziale obowiązków pewnie jeszcze porozmawiamy, ale dla mnie ważne było również to, że obecnie znajdujemy się w wymagającym momencie. Mamy przed sobą wiele wyzwań. Jestem na takim etapie życia i kariery, że długość kontraktu nie ma dla mnie większego znaczenia. Mam wystarczająco dużo doświadczenia. Jeśli wykonujesz swoją pracę dobrze, kontrakt można przedłużać co roku,
Jak oceni pan miniony sezon i swoją pracę w nim wykonaną?
- Od samego początku było wiadomo, że czeka nas wiele wyzwań. Moja współpraca z Michałem Żewłakowem wyglądała nieco inaczej niż mogło się wydawać z zewnątrz. Dla wielu osób nie było do końca jasne, kto za co odpowiada i kto podejmuje konkretne decyzje. Mogę jednak powiedzieć, że współpracowaliśmy bardzo dobrze. Byliśmy nie tylko współpracownikami, ale mogę śmiało powiedzieć, że również przyjaciółmi. Działaliśmy razem, ale każdy miał własny zakres obowiązków. Dla mnie było to bardzo pomocne, ponieważ Michał doskonale zna polską piłkę i realia funkcjonowania klubów w Polsce. W tej dziedzinie miał znacznie większe doświadczenie ode mnie. Ja, szczególnie na początku, skupiłem się na innych obszarach. Dużo czasu poświęciłem akademii, działowi analiz, skautingowi i całej strukturze sportowej. To były dla mnie kluczowe kwestie.
- Przeprowadziłem wiele rozmów z pracownikami skautingu, analizowałem sposób funkcjonowania tego działu i rozpocząłem proces zmian w jego organizacji. Jeśli chodzi o pierwszy zespół, Michał był znacznie bliżej codziennej pracy drużyny. To należało do jego obowiązków. Odpowiadał za wybór trenera, prowadził rozmowy z zawodnikami oraz uczestniczył w negocjacjach kontraktowych. Wspierałem go również podczas okienka transferowego, zwłaszcza przy negocjacjach. Myślę, że ostatecznie dobrze się uzupełnialiśmy.
- Sezon był jednak bardzo trudny. Mieliśmy ogromną liczbę zmian w kadrze. Sprzedawaliśmy zawodników, pozyskiwaliśmy nowych piłkarzy, przeprowadzaliśmy wiele operacji transferowych. Czasami Michał rozpoczynał dany proces, czasami robiłem to ja. Nigdy jednak nie było czegoś takiego jak „mój zawodnik” albo „jego zawodnik”. To zawsze byli zawodnicy Legii. Wspólnie analizowaliśmy wszystkie kandydatury i praktycznie codziennie rozmawialiśmy o tych sprawach.
Jednocześnie miałem także wiele innych obowiązków. Nadal bardzo mocno koncentrowałem się na rozwoju skautingu. Kiedy przyszedłem do klubu, funkcjonowały w praktyce dwa odrębne światy – skauting pierwszego zespołu oraz skauting młodzieżowy. Przeprowadziłem rozmowy z pracownikami obu działów i postanowiłem ich zbliżyć do siebie. Uważam, że to niezwykle ważne. Jeżeli obserwujesz zawodnika pod kątem pierwszego zespołu, musisz wiedzieć również, co dzieje się za jego plecami. Musisz znać potencjał zawodników z akademii i wiedzieć, czy za dwa lub trzy lata ktoś z nich będzie gotowy do gry na danej pozycji. To pozwala podejmować lepsze decyzje. Możesz wtedy ocenić, czy potrzebujesz doświadczonego piłkarza, czy może młodszego zawodnika. Nie ma sensu sprowadzać gracza, który zablokuje rozwój utalentowanego piłkarza z akademii. Kiedy przychodziłem do klubu, ten system był mocniej rozdzielony. To była jedna z pierwszych rzeczy, które postanowiłem zmienić.

Ilu zawodników dział skautingu znalazł w ciągu ostatniego roku? Ilu graczy pozyskanych przez Legię było efektem pracy skautów?
- W przypadku zagranicznych zawodników skauting był zaangażowany praktycznie w cały proces. Nasi ludzie pracują nad tym nieustannie. Nie chodzi wyłącznie o wskazywanie konkretnych nazwisk, ale również o tworzenie profili zawodników, sprawdzanie ich pod kątem naszej metodologii i dopasowania do wymagań trenera. Przygotowują także komplet informacji – od danych statystycznych, przez analizę zachowań poza boiskiem, aż po wszelkie kwestie związane z funkcjonowaniem zawodnika. Później spotykamy się w mniejszym gronie. Analizujemy profile zawodników, oglądamy materiały wideo, rozmawiamy z piłkarzami. Jeśli jest taka możliwość, obserwujemy ich również na żywo. Dopiero później oceniamy, czy dany zawodnik mieści się w naszych możliwościach finansowych i czy transfer ma sens. To dość standardowy proces funkcjonujący w profesjonalnej piłce.
Ilu zawodników trafia do Legii dzięki pracy scoutingu, a ilu dzięki rekomendacjom agentów lub osobistym kontaktom?
- W praktyce te światy często się przenikają. Codziennie otrzymujemy ogromną liczbę propozycji. Naprawdę ogromną. Agentów jest bardzo wielu i każdy próbuje zainteresować nas swoimi zawodnikami. Nie oznacza to jednak, że ktoś trafia do Legii tylko dlatego, że został polecony przez agenta. Każdy zawodnik przechodzi przez ten sam proces oceny. Jeśli pojawia się interesujące nazwisko, skauting i dział analiz sprawdzają, czy rzeczywiście pasuje do naszych potrzeb. Może się zdarzyć, że agent wskaże nam zawodnika, którego wcześniej nie obserwowaliśmy. Ale później i tak uruchamiany jest cały proces weryfikacji.
Czy w obecnej kadrze jest zawodnik, który został odnaleziony przez dział skautingu?
- Oczywiście. Trzeba jednak pamiętać, że jeśli mówimy o młodych zawodnikach, to mamy również własną akademię. Mamy Kubę Żewłakowa, Samuela Kovacika i kilku innych zdolnych. Wprowadziliśmy kilku młodych graczy do pierwszego zespołu. Dostają minuty, rozwijają się i są zabezpieczeniem przyszłości drużyny. Po to właśnie istnieje akademia. Jeśli natomiast mówimy o zawodnikach sprowadzonych z zewnątrz, to mogę podać przykład Rafała Adamskiego. Obserwowaliśmy wszystkie mecze Pogoni Grodzisk Mazowiecki i ten chłopak zwrócił naszą uwagę. To był efekt pracy skautingu. Henrique Arreiol również nie jest przecież starym zawodnikiem, to również efekt pracy skautingu. W piłce nie lubię określeń „stary” i „młody”. Są tylko dobrzy i słabi piłkarze.
Do znalezienia piłkarzy w Polsce nie jest potrzebny rozbudowany dział skautingu. Trener Papszun mówił, że zna wszystkich zawodników w Polsce. To jak to jest? Trudno jest dziś znaleźć wartościowego polskiego piłkarza?
- Znalezienie młodego polskiego zawodnika nie jest problemem. Problemem jest jego pozyskanie. O takich zawodników rywalizują również inne kluby. Ostatecznie bardzo często wszystko sprowadza się do finansów i do tego, czy jesteś w stanie przeprowadzić transfer. Dla nas zimą było jasne, że potrzebujemy napastnika. Rafał był zawodnikiem, którego bardzo chcieliśmy pozyskać. To była kandydatura wskazana przez skauting.
Łukasza Zjawińskiego też wskazał dział skautingu? Wszyscy w klubie go przecież znali, był w przeszłości piłkarzem Legii.
- To prawda, ale musieliśmy przenalizować jego obecne możliwości, styl gry pasujący drużynie, zobaczyć jak rozwinął się w ostatnich sezonach. Łukasz bardzo chciał wrócić do Legii, żeby udowodnić swoją wartość. Czuł, że jego misja tutaj nie została skończona. Dla mnie najważniejsze, że pozyskaliśmy bramkostrzelnego, ciężko pracującego gracza, z dobrym mentalem, który miał wiele poważnych ofert.
- Bardzo często słyszę dyskusje o tym, kto znalazł danego zawodnika. Moim zdaniem to złe podejście. W dobrze funkcjonującym klubie wszystko jest pracą zespołową. Jednak w większości przypadków proces rozpoczyna się od skautingu. To wtedy zaczyna się analiza zawodnika. Nigdy nie chodzi o to, kto znalazł danego gracza. Jeśli chcecie później kogoś rozliczać za nieudany transfer, możecie rozliczać osoby zarządzające, ale nie sam proces i ludzi, którzy wykonują swoją pracę. Dlatego potrzebne jest przywództwo. Ktoś musi ostatecznie odpowiadać za decyzje. Dziś jestem to ja i zawsze będę bronił swoich pracowników, jeśli wykonują dobrą pracę.
- Czasami transfer okazuje się sukcesem i wszystko wygląda świetnie. Czasami nie wszystko działa idealnie. Tak było choćby w przypadku Kacpra Urbańskiego. To jednak nie oznacza, że sam zawodnik był problemem. Trzeba spojrzeć szerzej i zrozumieć, jak trudny był cały sezon. Mieliśmy bardzo wielu nowych piłkarzy, ogromną liczbę zmian i nieustanne poszukiwanie odpowiedniego balansu w drużynie. To zawsze jest zadanie trenera i nigdy nie jest łatwe.
Jak to wygląda w Bundeslidze? Czy proces jest podobny?
- Tak, jest bardzo podobny. Różnica polega głównie na liczbie osób zaangażowanych w proces. W Niemczech jest więcej pieniędzy i więcej zasobów, dlatego pracuje nad tym więcej ludzi. Na końcu jednak decyzja zawsze należy do klubu. Masz dyrektora sportowego, masz trenera, który jest niezwykle ważny. Czasami to właśnie trener przychodzi i pyta o konkretnego zawodnika. Lubię takie sytuacje. Jeśli ktoś daje ci wartościową wskazówkę, zawsze warto ją sprawdzić. W przypadku Nsame impuls wyszedł od skautingu. Później rozmawialiśmy o nim z trenerem. Wcześniej analizowaliśmy drużynę i wiedzieliśmy, że potrzebujemy lidera oraz doświadczonego zawodnika na tej pozycji. Trener znał go najlepiej, bo wcześniej z nim pracował. To był dla nas duży argument. Sam zawodnik również był przekonany do powrotu do Legii, ponieważ znał trenera i wiedział, że dobrze mu się z nim współpracuje. To była korzyść dla wszystkich stron. Ale nie było tak, że trener przyszedł i powiedział: „musimy koniecznie sprowadzić Nsame”. To nie jest prawda.
Ilu pracowników bierze udział w ocenie zawodnika, zanim zostanie on zarekomendowany do transferu?
- Jak już wspomniałem, w proces zaangażowanych jest kilka osób. Jest szef skautingu, trener, asystenci trenerów, którzy również analizują materiały wideo. Ostatecznie nad każdym zawodnikiem pracuje grupa licząca około pięciu lub sześciu osób. Ja sam czasami również dopytuję o kwestie związane z życiem poza boiskiem czy aktywnością w mediach społecznościowych. To także jest ważne. Trzeba wiedzieć, jak funkcjonuje dany człowiek. Później dochodzą kwestie finansowe, negocjacje z agentami i klubami. To już znajduje się po mojej stronie.
Kto ma ostatnie słowo przy transferze zawodnika?
- To nigdy nie jest decyzja jednej osoby. Nie wierzę w taki model. Piłka nożna jest zbyt skomplikowana, żeby jeden człowiek wiedział wszystko najlepiej. Ostateczna decyzja jest efektem wspólnej pracy. Skauting przedstawia rekomendacje, dział analiz dostarcza dane, trener określa potrzeby sportowe, a my oceniamy możliwości finansowe. Dopiero wtedy podejmowana jest decyzja.
Ale jeśli pojawia się różnica zdań?
- To normalne. Gdyby wszyscy zawsze mieli identyczne zdanie, nie potrzebowalibyśmy spotkań. (śmiech) Najważniejsze jest to, żeby każdy mógł przedstawić swoje argumenty. Potem wspólnie wybieramy rozwiązanie, które uznajemy za najlepsze dla Legii. Legia pozostaje największym klubem w Polsce. Ma świetną infrastrukturę, fantastyczny stadion i ogromną bazę kibiców. Jednocześnie musimy być uczciwi wobec siebie. Nie możemy konkurować finansowo z wieloma klubami z Europy Zachodniej. Dlatego musimy być mądrzejsi od innych. Musimy lepiej identyfikować zawodników i podejmować lepsze decyzje. To właśnie dlatego tak dużo inwestujemy w strukturę sportową, scouting i procesy decyzyjne.
Jednocześnie nie można zamykać się na nietypowe okazje.
– Czasami trzeba być otwartym. W Eintrachcie Frankfurt sprowadziłem Kevina-Prince’a Boatenga. Wiele osób uważało wtedy, że zwariowałem. Słyszałem, że ma problemy z kolanem, że jest po drugiej stronie kariery i że to zły pomysł. Rok później wszyscy go uwielbiali, zdobyliśmy Puchar Niemiec, a on był jednym z kluczowych zawodników drużyny. Później trafił jeszcze do Włoch, a następnie do Barcelony. Czasami trzeba podjąć ryzyko, jeśli naprawdę wierzysz w zawodnika.

Co jest dla pana najważniejsze przy ocenie zawodnika?
- Charakter. Oczywiście umiejętności piłkarskie są niezbędne. Bez odpowiedniej jakości nie ma mowy o grze w Legii. Jednak bardzo często o sukcesie lub porażce decyduje charakter zawodnika. Zawsze chcę wiedzieć, jak dany piłkarz funkcjonuje na co dzień. Jak zachowuje się w trudnych momentach. Jak reaguje, kiedy nie gra. Jak wpływa na szatnię. Czy potrafi być liderem albo przynajmniej wspierać zespół. Można mieć świetnego zawodnika, ale jeśli nie pasuje do grupy, problemy pojawią się bardzo szybko.
Jak powinna wyglądać idealna szatnia?
- Musi być odpowiednio zbalansowana. Potrzebujesz młodych zawodników, którzy są głodni sukcesu i chcą się rozwijać. Potrzebujesz również doświadczonych piłkarzy, którzy przeszli już przez różne sytuacje i potrafią pomóc drużynie w trudnych momentach. Nie można budować zespołu wyłącznie z młodych graczy. Tak samo nie można opierać drużyny wyłącznie na doświadczonych zawodnikach. Najlepsze zespoły zawsze mają odpowiednie proporcje.
Na jakich rynkach Legia koncentruje się obecnie najmocniej? Bałkany, 2. Bundesliga, Słowacja?
- Dla mnie priorytetem zawsze są polscy zawodnicy. Widzieliście to również zeszłego lata, kiedy mówiłem, że chcemy mocniej stawiać na Polaków. Jeżeli nie jest to Polak, wtedy zawodnik może pochodzić praktycznie z każdego miejsca, ale zdecydowanie bardziej koncentrujemy się na rynku europejskim. Nie oznacza to jednak, że skupiamy się wyłącznie na Bałkanach, Czechach czy Niemczech. Skład powinien być odpowiednio zróżnicowany. Wystarczy spojrzeć na Ekstraklasę. Zawodnicy przyjeżdżają tutaj z całego świata. Najważniejszy jest jednak sam piłkarz. Musimy pamiętać, na jakim rynku funkcjonujemy. Nie jesteśmy klubem, który może po prostu wejść na rynek pięciu najmocniejszych lig i wybrać dowolnego zawodnika. Nie mamy takich możliwości finansowych. Polska liga jest ligą sprzedającą. Dotyczy to nie tylko Legii, ale całej Ekstraklasy. Najlepsze ligi Europy kupują od nas zawodników, a nie odwrotnie.
Jaki jest plan na Kacpra Urbańskiego? Sprzedaż czy pozostanie w klubie?
- Kiedy sprowadzaliśmy go do Legii, liczyliśmy, że zostanie z nami na dłużej. Jednocześnie wiem, że nie jest do końca zadowolony z minionego sezonu. Wiele zależy jednak od rynku. Zawsze będziemy otwarci na rozmowy, jeśli pojawi się naprawdę dobra oferta. Musimy być szczerzy – Legia musi sprzedawać zawodników, ale to nie oznacza, że każdy piłkarz jest na sprzedaż. Natomiast jeśli otrzymasz bardzo dobrą propozycję za konkretnego zawodnika, musisz się nad nią zastanowić. Tak wygląda nasza rzeczywistość. Nie możemy sobie pozwolić na odrzucanie ogromnych ofert. Tak funkcjonują kluby w naszej części Europy.
Spodziewa się pan, że latem kilku kluczowych zawodników może odejść?
- Przed nami bardzo trudne okno transferowe. Nie zapominajmy, że mamy rok mundialowy. Podczas mistrzostw świata wiele lig i klubów funkcjonuje w trybie oczekiwania. Rynek często zamiera. Później, po zakończeniu turnieju, zaczyna się ogromny ruch. Zawsze pojawiają się zawodnicy, którzy świetnie pokażą się na mistrzostwach. Duże kluby zaczynają wtedy kupować takich piłkarzy, a ceny gwałtownie rosną. Ale jest też druga strona medalu. Jeżeli wielki klub kupi nowego zawodnika, często musi pozbyć się kilku innych graczy. Wtedy na rynku pojawiają się nowe możliwości. To właśnie moment, w którym takie kluby jak Legia mogą znaleźć ciekawe okazje transferowe. Dlatego uważam, że będzie to bardzo długie okno transferowe. Trenerzy zwykle tego nie lubią, ale takie są realia współczesnej piłki. Dwadzieścia czy dwadzieścia pięć lat temu wyglądało to inaczej. Zaczynałeś przygotowania z niemal gotową kadrą i wiedziałeś, że zmieni się najwyżej jeden lub dwóch zawodników. Dziś to już historia.
Czy Legia będzie obserwowała młodzieżowe turnieje reprezentacyjne?
- Oczywiście. Tak samo jak śledziliśmy mistrzostwa Europy U-19, tak samo obserwujemy wszystkie ważne turnieje młodzieżowe. To naturalny element naszej pracy.
Co z zawodnikami, którym kończą się kontrakty? Z Arturem Jędrzejczykiem i Jean-Pierre’em Nsame?
- Rozmawialiśmy zarówno z Jean-Pierre’em i Arturem. W najbliższym czasie podejmiemy decyzje. Nsame to temat wymagający dokładnej analizy, bo nie chodzi wyłącznie o umiejętności piłkarskie Kameruńczyka. Jean-Pierre jest w Legii bardzo ważną postacią. To zawodnik z dużym doświadczeniem, bardzo ceniony w szatni. Musimy jednak odpowiedzieć sobie na pytanie, jaka będzie jego rola w przyszłości? Czy trener będzie mógł regularnie z niego korzystać? Czy będzie dostawał odpowiednią liczbę minut? Czy utrzymywanie tego miejsca w kadrze ma sens z perspektywy sportowej? To są kwestie, które trzeba przeanalizować. Drzwi do dalszej współpracy pozostają otwarte, ale decyzja musi być korzystna zarówno dla klubu, jak i dla samego. Jeśli chodzi o Jędzę, to mówimy o legendzie klubu. Drzwi dla niego w Legii zawsze będą otwarte, natomiast istotna jest rola, jaką miałby pełnić w zespole, biorąc pod uwagę chociażby konkurencję w składzie. Daliśmy sobie wspólnie trochę czasu.
A co ze Stojanoviciem, Gonçalvesem i kilkoma innymi zawodnikami, którzy grają mało lub wcale?
- Rozmawialiśmy z nimi wszystkimi. Każdy z tych piłkarzy zna swoją sytuację. Prowadzimy rozmowy zarówno z zawodnikami, jak i z ich agentami. W przypadku Gonçalvesa wszyscy wiedzą, jak wygląda sytuacja. Tak samo jest w przypadku Stojanovicia. Na ten moment mogę powiedzieć tylko tyle, że wszyscy znają nasze stanowisko.

Jaki był największy błąd transferowy Legii w ostatnim roku?
- Szczerze mówiąc, nie uważam, że największym problemem były transfery. Największym problemem były duże rotacje - zwłaszcza na stanowisku trenera. Kiedy przyszedłem do Legii, bardzo dokładnie przeanalizowałem to, co działo się w klubie w poprzednich latach. I właśnie to rzuciło mi się w oczy najbardziej. Musimy zadbać o środowisko stabilnego rozwoju drużyny.
Ale pytam o największy błąd transferowy.
- Wiem, ale dla mnie odpowiedź pozostaje taka sama. Jeżeli nie masz stabilizacji na stanowisku trenera przez dwa czy trzy lata, bardzo trudno jest budować coś trwałego, czego przykładem jest Lech. Nie chciałbym ciągle mówić o Poznaniu, ale to dobry przykład. Mają tego samego trenera od kilku sezonów. Dzięki temu mogli budować drużynę na solidnym fundamencie. Właśnie dlatego, kiedy zapytano mnie o najlepszego trenera w Polsce, od razu wskazałem Marka Papszuna. Dla mnie był numerem jeden. Potrzebujesz szkoleniowca z charakterem, człowieka mającego własną wizję futbolu, potrafiącego wprowadzić dyscyplinę i zbudować odpowiednią kulturę pracy. To znacznie ważniejsze niż pojedyncze transfery.
Dlaczego od początku uważał pan Marka Papszuna za najlepszego kandydata?
- Ponieważ jestem przekonany, że jeśli klub chce osiągnąć sukces i zbudować stabilność, musi zaufać trenerowi na dłużej niż kilka miesięcy. Mówiłem to również właścicielowi. Potrzebujesz szkoleniowca, za którym będziesz stał przez minimum trzy lata. Tylko wtedy możesz zbudować coś trwałego. W przeciwnym razie będziesz nieustannie zmieniał metodologię pracy, pomysły, ludzi i kierunek rozwoju. A to nie prowadzi do sukcesów. Trener jest jedną z najważniejszych osób w klubie piłkarskim. Jeśli nie idzie dobrze, musisz umieć wytrzymać presję kibiców, mediów i otoczenia. Nie możesz reagować impulsywnie po każdym słabszym wyniku. Jeżeli nie trzymasz się obranej drogi, nigdy nie osiągniesz stabilności. Właśnie to było jednym z największych problemów Legii w ostatnich latach. Zbyt częste zmiany trenerów. Nie tylko w poprzednim sezonie, ale również wcześniej. Było tych zmian po prostu za dużo. Każdy kolejny trener chciał innych zawodników, miał własną wizję drużyny i własne oczekiwania. Również zeszłego lata zdecydowaliśmy się sprzedać wielu zawodników. Klub zarobił na tym sporo pieniędzy, ale jednocześnie była to konieczność. Musimy pamiętać, że Legia mierzy się z poważnymi wyzwaniami finansowymi. Potrzebujemy stabilności i jasnej struktury organizacyjnej, którą wprowadził prezes Marcin Herra. To dla mnie absolutna podstawa. Praca tutaj jest wymagająca, ale jednocześnie daje dużo satysfakcji. Oczywiście pod warunkiem, że wszyscy podążają w tym samym kierunku.
Jak więc podsumowałby pan miniony sezon?
- Dla mnie ten sezon trzeba podzielić na dwie części. Pierwsze sześć miesięcy i drugie sześć miesięcy. Dzisiaj jesteśmy już na znacznie lepszej drodze niż wcześniej. Kierunek jest bardziej klarowny, a podział obowiązków i odpowiedzialności jest jasno określony. Nie chcę sprowadzać całej dyskusji wyłącznie do pojedynczych zawodników. O każdym można rozmawiać godzinami, każdy ma własne zdanie na ich temat. Weźmy choćby Kacpra Urbańskiego. Nie chcę dziś oceniać go wyłącznie negatywnie. Musimy pamiętać, w jakich okolicznościach trafił do Legii. Pierwsza część sezonu była bardzo trudna dla całego zespołu. Przecież wszystko zaczęło się bardzo dobrze. Awansowaliśmy do fazy ligowej Ligi Konferencji, co było ogromnym osiągnięciem. Do końca sierpnia rozegraliśmy szesnaście oficjalnych spotkań. Do tego trwało jeszcze okno transferowe. Wielu dziennikarzy pisało wtedy, że Legia przeprowadziła świetne transfery i wszystko wygląda znakomicie. Ale w piłce nożnej zdarzają się rzeczy nieprzewidywalne i się wydarzyły.
Co ma pan na myśli?
- Chodzi mi o sytuację z trenerem Edwardem Iordănescu. Mniej więcej na początku października zauważyliśmy, że zaczyna się coraz bardziej martwić różnymi sprawami. Sprawiał wrażenie zmęczonego. To było dla nas duże zaskoczenie. Pytaliśmy go, co się dzieje i próbowaliśmy pomóc mu wrócić na właściwe tory. Bo trzeba jasno powiedzieć: nie planowaliśmy zmiany trenera. Po awansie do fazy ligowej Ligi Konferencji powiedziałem mu osobiście, że wykonał bardzo dobrą pracę. Nie było łatwo prowadzić zespół przy takim natężeniu meczów. Dlatego późniejsze wydarzenia były dla nas dużym rozczarowaniem. Walczyliśmy o niego. Wygrywaliśmy mecze, między innymi z Szachtarem. Ale później zaczęły pojawiać się zachowania, których nie rozumieliśmy. Zaskakiwał nas pewnymi decyzjami. Dla ludzi z zewnątrz były one niezrozumiałe, a wewnątrz klubu odbieraliśmy je jako sygnały ostrzegawcze. Rozmawialiśmy o tym wewnętrznie. W pewnym momencie stało się jednak jasne, że będziemy musieli poszukać nowego rozwiązania. To była już tylko kwestia czasu. Po odpadnięciu z Pucharu Polski podjęliśmy decyzję o zmianie.
Jak wpłynęło to na drużynę?
- To był bardzo trudny okres również dla zawodników. Każdy walczył o swoją pozycję. W drużynie było wielu nowych piłkarzy i mnóstwo zmian. Zwłaszcza dla nowych zawodników odnalezienie się w takiej sytuacji nie było łatwe. Ja zawsze staram się być cierpliwy wobec piłkarzy. Mówiłem wszystkim, żeby również wykazywali cierpliwość wobec nowych graczy. Trzeba pamiętać, że kiedy przychodzisz do Legii, nie znasz jeszcze klubu, jego specyfiki ani oczekiwań. A tutaj potrzebni są zawodnicy bardzo odporni psychicznie. Dlatego często starałem się ich chronić. Ale jednocześnie potrafię być bardzo wymagający. Jeśli ktoś nie wykonuje swojej pracy odpowiednio albo zawodzi drużynę, trzeba powiedzieć to wprost.
Czekaliście siedem tygodni na nowego trenera. Wielu kibiców uważa, że to było zdecydowanie za długo. W tym czasie Legia straciła wiele punktów.
- To prawda, że w tamtym okresie nie wygraliśmy wielu spotkań. Mieliśmy serię dwunastu meczów bez zwycięstwa. To był bardzo trudny czas. Jednak od początku było dla nas jasne, że chcemy zatrudnić Marka Papszuna. Marek miał pewne wcześniejsze ustalenia i zobowiązania wobec Rakowa Częstochowa. Nie chcę wchodzić w szczegóły, bo to są poufne kwestie między klubami i trenerem. Mogę jedynie powiedzieć, że z naszej strony działaliśmy bardzo poważnie, uczciwie i z pełną determinacją, żeby ten proces skończyć jak najszybciej.
Czy z perspektywy czasu uważa pan, że warto było czekać?
- Tak. Patrząc dziś na efekty pracy Marka od stycznia, jestem przekonany, że było warto. Oczywiście zapłaciliśmy za to wysoką cenę sportową. W listopadzie i grudniu straciliśmy bardzo dużo. Oddaliliśmy się od walki o mistrzostwo Polski i pogorszyliśmy swoją sytuację w Europie. To są fakty. Jednocześnie trzeba podkreślić, że Iñaki Astiz i pozostali członkowie sztabu zrobili wszystko, co było w ich mocy, aby pomóc klubowi w tym trudnym okresie.

Po zakończeniu rundy jesiennej bardzo ostro skrytykował pan część zawodników.
- Powiedziałem to świadomie, tak jak uważam, mimo że spadła na mnie duża krytyka. Ja nikogo nie atakowałem dla własnej satysfakcji. Mówiłem o rzeczywistym problemie i oczekiwałem reakcji liderów zespołu. Co ciekawe, po tej wypowiedzi czekałem, aż któryś z liderów drużyny przyjdzie do mnie i zapyta, dlaczego tak powiedziałem. Nikt nie przyszedł.
A ci zawodnicy nadal są w klubie?
- Tak. Ale muszę przyznać, że zrozumieli moje słowa. Jeżeli masz tymczasowego trenera, to właśnie liderzy muszą jeszcze mocniej zadbać o jedność drużyny. W takich momentach zespół musi trzymać się razem. To niezwykle ważne. Ale nawet z zewnątrz było widać, że zawodnicy nie byli wystarczająco zjednoczeni. Po czterech czy pięciu tygodniach bez zwycięstwa bardzo łatwo wpadasz w negatywną spiralę. A przecież byliśmy naprawdę blisko wygranych w kilku meczach. Pamiętam spotkania w Lidze Konferencji, jak choćby z Celje czy Noah. Pamiętam spotkania ligowe, na przykład z Motorem Lublin. To nie było tak, że drużyna grała fatalnie od pierwszej do ostatniej minuty. Wręcz przeciwnie – wiele spotkań wyglądało całkiem dobrze długimi fragmentami. Problem polegał na tym, że nie wygrywaliśmy. A kiedy nie wygrywasz, zaczynają wychodzić na powierzchnię wszystkie problemy. Jeżeli zwyciężasz, nikt nawet nie zadaje takich pytań. Trzeba akceptować, że to tak działa. Kiedy przechodzisz kryzys, każdy stara się uniknąć odpowiedzialności i nie zostać uznanym za winnego sytuacji. To naturalny mechanizm w sporcie.
Niektórzy kibice twierdzili, że problemem był również zbyt mały sztab szkoleniowy.
- Nie zgadzam się z tym. Nie chodziło o jedną czy dwie osoby. Mieliśmy wystarczająco liczny sztab. Później dołączył również trener Filip Raczkowski z drugiego zespołu. Ludzi do pracy było wystarczająco dużo. Problem leżał gdzie indziej.
W którym momencie rozpoczęły się rozmowy z Markiem Papszunem?
- Pierwszy kontakt wyszedł ode mnie. Rozpoczęliśmy rozmowy zarówno z agentem Marka, jak i z władzami Rakowa. Odbyłem kilka spotkań i dla mnie bardzo szybko stało się jasne, że warto na niego poczekać. To była trudna decyzja, ale byłem stuprocentowo przekonany, że potrzebujemy trenera, który zapewni Legii stabilność na kolejne lata.
Niektórzy przypominali sytuację z 2021 roku, kiedy Legia również długo czekała na trenera. Po Czesławie Micjniewiczu przyszedł trener bez doświadczenia z drugiego zespołu i sobie nie poradził. Podobnie było teraz z Inakim Astizem.
- Rozumiem takie porównania, ale moim zdaniem istnieje zasadnicza różnica. W naszym przypadku bardzo szybko podjęliśmy decyzję, że chcemy zatrudnić Marka Papszuna. Nie szukaliśmy innego trenera i nie zastanawialiśmy się nad różnymi kandydatami. Mieliśmy wybranego szkoleniowca i uzgodnione warunki współpracy. Dlatego uznaliśmy, że warto poczekać. Początkowo wszystko odbywało się całkowicie poufnie. Później jednak informacje zaczęły przedostawać się do mediów i wtedy pojawiły się dodatkowe emocje. Nie było to korzystne dla klubu, ale patrząc na postęp, jaki drużyna zrobiła od momentu przyjścia Marka Papszuna, uważam, że warto było czekać. Gdy patrzę na rozwój zespołu w ostatnich miesiącach, jestem przekonany, że była to właściwa decyzja.
Gdy trener Papszun zaczął już pracować z zespołem, to od razu miał pan przekonanie co do słuszności tego wyboru, czy to się z czasem uformowało?
- Od pierwszych rozmów było dla mnie jasne, że jeśli mamy zbudować stabilność na najbliższe lata, potrzebujemy właśnie takiego trenera. Marek bardzo dobrze zna polską ligę. Wie, jak zarządzać zespołem, jak pracować z zawodnikami i jak funkcjonować w realiach Ekstraklasy. To niezwykle ważne. Kiedy rozpoczęliśmy współpracę w styczniu, od razu było widać różnicę. Oczywiście nie zaczęliśmy idealnie, od porażki z Koroną Kielce, ale od początku można było zauważyć inne podejście. Widziałem większą dyscyplinę, większą odporność mentalną i ogromną intensywność pracy. Wszystko było dokładnie poukładane. Każdy wiedział, czego się od niego oczekuje. Przed rozpoczęciem pracy przekazałem Markowi wszystkie informacje dotyczące wydarzeń z listopada i grudnia oraz problemów, które występowały wcześniej w drużynie. Chciałem, żeby był jak najlepiej przygotowany do objęcia zespołu. I był przygotowany.
- Przyszedł również ze swoim sztabem, do którego miał pełne zaufanie. Zrobił wszystko, by stworzyć sobie odpowiednie warunki do pracy i osiągnięcia sukcesu. Bardzo podoba mi się jego styl pracy. Uważam, że jest idealnie dopasowany do polskich realiów. Zna ligę, rozumie środowisko i potrafi prowadzić zespół. Oczywiście czasem mamy odmienne zdania, ale to normalne. Najważniejsze jest to, że zawsze szukamy rozwiązania najlepszego dla Legii, a nie dla Marka czy dla mnie.
Kibice słyszą o potrzebie stabilizacji od wielu lat. Dlaczego tym razem ma się udać?
- Nie mogę odpowiadać za to, co wydarzyło się pięć czy dziesięć lat temu. Jestem przekonany, że jeśli klub chce się rozwijać, musi zapewnić trenerowi odpowiedni czas. Tak jest wszędzie. W Niemczech również widziałem sytuacje, gdy kluby zbyt szybko zwalniały trenerów, a później żałowały swoich decyzji. Trzeba wyciągać wnioski z przeszłości. Zawodnicy również muszą się uczyć na własnych błędach. Mam poczucie, że po wydarzeniach z końcówki rundy jesiennej wielu z nich zrozumiało pewne rzeczy.
Ilu transferów można spodziewać się tego lata?
- W idealnym świecie chciałbym przeprowadzać trzy lub cztery transfery do klubu i podobną liczbę odejść. Tak wyglądałby najbardziej komfortowy scenariusz. Jestem jednak realistą. Wiem, że tego lata ruchów będzie więcej. Musimy nieco zmniejszyć kadrę. Jednocześnie chcemy zrobić miejsce dla młodych zawodników z akademii. Bardzo cieszy mnie fakt, że Marek Papszun regularnie korzysta z młodych zawodników podczas treningów pierwszego zespołu. Chce ich poznawać i sprawdzać, jak blisko są gotowości do gry na najwyższym poziomie. Podczas zgrupowania w Niemczech kilku piłkarzy akademii otrzyma szansę pokazania się trenerowi. To będzie dla nich bardzo ważny okres. Marek chce zobaczyć, czy są już gotowi do wykonania kolejnego kroku. Naprawdę wierzę, że w ciągu najbliższych dwóch–trzech lat do pierwszego zespołu trafi bardzo mocny rocznik zawodników z akademii. To pokolenie ma duży potencjał i musimy umiejętnie z niego korzystać. Dlatego tak szybko przedłużyliśmy kontrakty między innymi z Kovacikiem i Leszczyńskim. Gdy zobaczyłem, że ich umowy wygasają w 2026 roku, od razu uznałem, że trzeba działać. To bardzo utalentowani zawodnicy i klub musi ich zabezpieczyć na przyszłość.
Pytałem o największą pomyłkę transferową, pan mówił o trenerach. Jeśli chodzi o piłkarzy, wielu kibiców uważa, że totalną klapą był transfer Milety Rajovicia.
- Wielu piłkarzy potrzebuje czasu. Mileta ciężko pracuje zarówno na treningach, jak i podczas meczów. Często miał jednak problem, że w spotkaniu dostawał jedną sytuację bramkową, czasem nawet nie. A napastnik potrzebuje rytmu. Potrzebuje trzech, czterech okazji, żeby wejść w odpowiedni rytm meczowy. Ja sam jako zawodnik również nie byłem skuteczny, gdy miałem tylko jedną szansę przez całe spotkanie. Mimo wszystko Rajović zdobył kilka ważnych bramek, w tym z Hibernianem, co pozwoliło nam awansować do Ligi Konferencji. A przecież mecz się wtedy nie układał. Tak samo jak Nsame. Nie były to wielkie liczby, ale ich gole często miały znaczenie dla zespołu.
- Dla mnie naturalnie punktem odniesienia zawsze jest Bundesliga, nawet biorąc pod uwagę wszystkie różnice. Miałem w swoich klubach takich napastników jak Luka Jović czy André Silva. W pierwszych sezonach zdobywali sześć, siedem, osiem bramek, jak Lewandowski w swoim pierwszym sezonie w Niemczech, a później przekraczali granicę dwudziestu trafień. Z napastnikami często tak właśnie jest.
- Nie ma klubów, które nie popełniają błędów transferowych. Każdy popełnia błędy. Najważniejsze jest to, aby wyciągać z nich wnioski i nie powtarzać tych samych pomyłek. Jeżeli ktoś twierdzi, że ma stuprocentową skuteczność przy transferach, to po prostu nie mówi prawdy. Tak nie działa futbol.

Wspomniał pan wcześniej o ograniczeniach finansowych. Jak bardzo wpływają one dziś na funkcjonowanie Legii?
- Bardzo mocno. Weźmy choćby sytuację Luquinhasa, który odszedł z klubu. To był naprawdę dobry piłkarz i prywatnie również bardzo go lubiłem. Oczywiście będzie mi go brakowało. Ale musimy działać w granicach naszych możliwości finansowych. W przyszłym sezonie będziemy grać wyłącznie w Ekstraklasie i Pucharze Polski. To oznacza, że musimy jeszcze bardziej odpowiedzialnie zarządzać budżetem. Sytuacja finansowa klubu jest wymagająca. Mówił o tym również Marcin Herra. Nie jest to wyłącznie kwestia braku europejskich pucharów w kolejnym sezonie. To efekt problemów, które narastały przez kilka ostatnich lat.
W mediach pojawił się slajd dotyczący scoutingu i poszukiwania zawodników za około 300 tysięcy euro. Czy był prawdziwy?
- Sam slajd nie pochodził od nas, nasz układ graficzny był inny. Natomiast wokół pozycji i wysokości kontraktów przetoczyła się duża dyskusja. Znalezienie zawodników nie jest dziś największym problemem. Piłkarzy można znaleźć. Znacznie ważniejsze jest odpowiednie zarządzanie klubem i rozsądne gospodarowanie pieniędzmi. Nikt nie powinien się bać o przyszłość Legii, ale sytuacja jest wymagająca i musimy działać odpowiedzialnie. Musimy trzymać się razem jako klub. Dotyczy to nie tylko pracowników i zawodników, ale również kibiców. Chcę im za to bardzo podziękować. W szczególnie trudnym okresie sezonu byli niezwykle ważną częścią całego projektu. Atmosfera wokół drużyny i wsparcie, jakie otrzymywaliśmy, były naprawdę znakomite. Rozumiem, że w grudniu byli sfrustrowani. Ja również rozumiem tę frustrację. Wszyscy widzieliśmy, w jakim miejscu znajdowała się drużyna i jak wyglądały wyniki. Mimo wszystko możemy być dumni z tego, jakich mamy kibiców. Nie każdy klub ma takie wsparcie.
W poprzednim sezonie budżet pierwszego zespołu był wyraźnie większy niż wcześniej. Teraz ma zostać zmniejszony o kilka milionów euro. To duży problem?
- Nie patrzę na to wyłącznie przez pryzmat liczb. Trzeba spojrzeć szerzej. Zarobiliśmy bardzo duże pieniądze na transferach ale też zainwestowaliśmy w drużynę, a nadal nie rozwiązało to wszystkich problemów klubu. Od stycznia przejąłem pełną odpowiedzialność za cały pion sportowy. Nie tylko za pierwszy zespół, ale również za budżety, akademię, skauting, dział analiz i obszar performance. Nie jest to dla mnie problem, pod warunkiem, że mam wokół siebie odpowiednich ludzi. A dziś jestem bardzo zadowolony ze struktury, którą udało nam się stworzyć. Musimy jednak pamiętać, że Legia to ogromna organizacja. Koszty nie dotyczą wyłącznie pierwszej drużyny. Legia to duży klub z wieloma obszarami i rozbudowaną strukturą, którą również wymagają finansowania.
To jak jesteśmy przy strukturze, to jak ona wygląda w pionie sportowym?
- Jeśli chodzi o proces podejmowania decyzji sportowych, wszystko zostało bardzo jasno uporządkowane Piotr Zasada obejmie funkcję dyrektora skautingu i rekrutacji. Będzie odpowiadał za nadzór nad skautingi. em i stanie się moją prawą ręką w tym obszarze. Jednocześnie będzie bardzo blisko współpracował z Markiem Papszunem. Ja również będę pozostawał w stałym kontakcie z trenerem. W praktyce najważniejsze decyzje sportowe będą podejmowane przez trzy osoby: mnie, Piotrka i Marka, przy mojej ostatecznej akceptacji lub jej braku. To bardzo przejrzysty model działania.
- Współpraca między skautingiem a akademią? Dziś te obszary są bezpośrednio połączone. Właśnie dlatego zależało mi na tym, żeby osoby odpowiedzialne za skauting miały również bardzo dobrą znajomość akademii. Dzięki temu możemy patrzeć na rozwój zawodników w sposób całościowy. Regularnie odbywamy wspólne spotkania i analizujemy sytuację zarówno pierwszego zespołu, jak i grup młodzieżowych.
Jak to wyglądało w minionym sezonie? Jakie są różnice?
- Jeśli chodziło o pierwszy zespół, sztab, fizjoterapeutów, przygotowanie motoryczne i codzienne funkcjonowanie drużyny, wszystko znajdowało się pod nadzorem Michała Garnysa. Odpowiedzialność Magdaleny Woźnickiej koncentrowała się przede wszystkim na codziennej pracy z piłkarzami. Stanowisko osoby nadzorującej cały obszar athletic performance objął natomiast Bartosz Bibrowicz. Pod jego opieką znajdują się zawodnicy przechodzący rehabilitację, piłkarze akademii, zespół Legia Ladies, a także fizjoterapeuci pracujący poza strukturami pierwszej drużyny. Jednocześnie seniorzy funkcjonują w ramach odrębnego, niezależnego pionu organizacyjnego.
- Natomiast po stronie klubu funkcjonowały również inne obszary, takie jak akademia czy proces rehabilitacji zawodników wracających po urazach. W takich przypadkach istniał osobny system koordynacji i jasno określone obowiązki. W porównaniu z wcześniejszym okresem wszystko było już wtedy dużo bardziej uporządkowane. Każdy wiedział, za co odpowiada. Teraz będzie to jeszcze bardziej uporządkowane. Na początku przeprowadziłem dziesiątki rozmów z pracownikami klubu. Chciałem dokładnie zrozumieć, jak funkcjonują poszczególne działy i jakie są ich kompetencje. Później stworzyliśmy nową strukturę organizacyjną, w której każdy zna swoje obowiązki, zakres odpowiedzialności i miejsce w klubie. To nie wydarzyło się w ciągu jednego dnia. To był proces trwający miesiącami. Czasami żartuję, że spędzam w Legia Training Center więcej czasu niż we własnym domu. Ale taka praca była konieczna. Dzisiaj każdy zna swoje miejsce w strukturze i swoje obowiązki. To był również jeden z powodów, dla których zdecydowaliśmy się na Marka Papszuna. Chcieliśmy nie tylko poprawić wyniki sportowe, ale również wyjść poza strefę komfortu. Legia Training Center to wyjątkowe miejsce. Infrastruktura stoi na bardzo wysokim poziomie. Jednak łatwo przyzwyczaić się do komfortu. Moim zdaniem klub musi stale wymagać od siebie więcej. Samo posiadanie nowoczesnego ośrodka nie gwarantuje sukcesu. Trzeba codziennie podnosić standardy pracy i oczekiwań.
Co ma pan na myśli mówiąc o strefie komfortu?
- Dotyczy to wszystkich – pracowników, sztabu i zawodników. Jeżeli człowiek zbyt długo funkcjonuje w bardzo komfortowych warunkach, zaczyna traktować pewne rzeczy jako oczywiste. A w sporcie nie można sobie na to pozwolić. Kluczowa jest kultura pracy oparta na odpowiedzialności, wymaganiach i ciągłym rozwoju. To jeden z powodów, dla których przeprowadziliśmy tyle zmian organizacyjnych.
Jaką rolę w klubie ma odgrywać akademia?
- Bardzo dużą. Nie chcemy traktować akademii jako oddzielnego świata funkcjonującego obok pierwszego zespołu. Naszym celem jest stworzenie jednego organizmu, w którym wszystkie elementy są ze sobą połączone. Dlatego tak istotne są osoby, które rozumieją zarówno piłkę młodzieżową, jak i profesjonalną. Musimy stworzyć wspólny język dla całego klubu.
Co to oznacza w praktyce?
- Przede wszystkim wspólną metodologię. Chcemy, aby zawodnik przechodzący przez kolejne roczniki akademii był przygotowywany według tych samych zasad i założeń, które obowiązują później w pierwszym zespole. Oczywiście nie chodzi o kopiowanie wszystkiego jeden do jednego, bo każda grupa wiekowa ma swoje potrzeby. Jednak fundamenty muszą być wspólne. Bartek Zalewski już bardzo dobrze zna akademię, zna skauting i zna proces rozwoju zawodników. Dzięki temu może być pomostem pomiędzy różnymi obszarami klubu. Potrzebowaliśmy kogoś, kto będzie w stanie połączyć te światy i zadbać o spójność całego procesu.
Czy ta filozofia będzie podporządkowana Markowi Papszunowi?
- Nie. Trener jest bardzo ważną częścią projektu, ale filozofia klubu musi być szersza niż jedna osoba. Oczywiście Marek ma ogromny wpływ na to, jak wygląda dziś pierwszy zespół i jakie są jego potrzeby. Jednak naszym zadaniem jest stworzenie modelu, który będzie funkcjonował niezależnie od tego, kto akurat jest trenerem. To właśnie robią największe kluby w Europie.
Wspomniał pan, że potrzebowaliście kogoś takiego jak Bartłomiej Zalewski, ale mieliście przecież Marka Śledzia.
- To była jego decyzja. Chciał odejść i muszę to uszanować. Życzę mu wszystkiego najlepszego. Takie są realia futbolu. Powiedziałem mu też wprost, że zbudował tutaj bardzo dobrą organizację. Wykonał kawał pracy. Nie mogę tego nie docenić. Jednocześnie mieliśmy zupełnie inne spojrzenie na pewne kwestie związane ze sposobem działania i funkcjonowania klubu. Dotyczyło to zarówno jego podejścia, jak i mojego. Kiedy odszedł, nie patrzyłem na to wyłącznie jak na stratę. Zobaczyłem również szansę. Szansę na wprowadzenie nowych pomysłów, nowego spojrzenia i nowych ludzi. Przeprowadziliśmy rozmowy z różnymi kandydatami i ostatecznie zdecydowałem się na Bartłomieja Zalewskiego. Jestem z tej decyzji bardzo zadowolony. Uważam, że wniesie do klubu bardzo dużo wartości, choćby w kwestii płynnego przejścia młodych piłkarzy z akademii do piłki seniorskiej.
- Oczywiście trzeba dać mu czas. Pracuje dopiero od dwóch, dwóch i pół miesiąca, ale już teraz wykonano bardzo dużo pracy i w najbliższym czasie wydarzy się jeszcze wiele zmian w obszarze szkolenia młodzieży. Jeżeli pytasz o Marka Śledzia, to powiem uczciwie: był swego rodzaju architektem całej tej struktury. Jednak z mojej perspektywy nie funkcjonowała ona wystarczająco efektywnie. Wiem, że inni mogą mieć inne zdanie, ale taka jest moja ocena. To część futbolu.
Czy Legia buduje dziś kadrę pod konkretny model gry czy raczej pod potrzeby kolejnych trenerów?
- W futbolu wiele rzeczy nie różni się aż tak bardzo, jak czasami się wydaje. Oczywiście istnieje coś takiego jak model gry i zawsze pracowałem w oparciu o określoną filozofię. Tak było we Frankfurcie, tak było w Berlinie. Jednocześnie trzeba pamiętać, że wraz ze zmianą trenera pewne elementy muszą zostać dostosowane. Nie da się całkowicie odseparować modelu klubu od sposobu pracy szkoleniowca. Gdy rozmawiałem z Markiem Papszunem, wiedziałem, że preferuje grę systemem z trójką obrońców. Możemy mówić o ustawieniach 3-4-3 czy 3-5-2. Osobiście bardzo lubię takie rozwiązania. Pracowałem już przy nich we Frankfurcie i wiem, jakie dają możliwości. Podoba mi się również to, że taki system pozwala korzystać z dwóch napastników. W futbolu coraz częściej wracamy do pewnych rozwiązań znanych z przeszłości. Kiedyś wszyscy chcieli grać jednym napastnikiem, dziś znów pojawia się więcej drużyn korzystających z dwóch zawodników w ataku.
- Powiedziałem właścicielowi, prezesowi i wszystkim osobom odpowiedzialnym za pion sportowy, że klub potrzebuje czegoś więcej niż tylko modelu gry. Chcemy stworzyć dokument określający funkcjonowanie całej organizacji. Można nazwać go klubową biblią. Nie będzie dotyczył wyłącznie piłkarzy. Obejmie wszystkich pracowników klubu. Znajdą się w nim profile zawodników, zasady funkcjonowania poszczególnych działów, oczekiwania wobec trenerów, pracowników i całej organizacji. Chcemy jasno określić, czym jest Legia Warszawa i jakie standardy obowiązują w klubie. Prace nad tym dokumentem już trwają. Prawdopodobnie rozpoczniemy je na dobre po zakończeniu letniego okna transferowego, kiedy będzie więcej czasu na kwestie organizacyjne. Dziś mamy już odpowiednich ludzi, którzy rozumieją potrzebę stworzenia takiego projektu. Wcześniej tego brakowało. Najważniejsze jest jednak to, że niezależnie od wszystkich zapisów i dokumentów jedno pozostanie niezmienne: Legia Warszawa ma obowiązek wygrywać.
Które pozycje wymagają dziś największych wzmocnień?
- Przede wszystkim musimy dostosować kadrę do sposobu gry Marka Papszuna. Nie potrzebujemy klasycznych skrzydłowych, ponieważ gramy wahadłami. To zupełnie inny profil zawodnika. Potrzebujemy piłkarzy, którzy potrafią pracować na całej długości boiska. Już wcześniej podejmowaliśmy decyzje kadrowe z myślą o takim kierunku rozwoju zespołu. Wiedziałem, że po przyjściu Marka niektórzy zawodnicy będą mieli mniejsze szanse na grę, ponieważ nie pasują do jego systemu. Musimy też myśleć długofalowo. Niektórzy piłkarze są coraz starsi i potrzebują konkurencji lub następców. Idealna sytuacja to taka, w której obok doświadczonego zawodnika rozwija się młody piłkarz gotowy przejąć jego miejsce w przyszłości. Jednym z oczywistych przykładów jest lewonożny środkowy obrońca. Takiego zawodnika obecnie nie mamy i wszyscy to widzą. Kibice również. To jedna z pozycji, które analizujemy.

Co z zawodnikami wracającymi z wypożyczeń? Czy któryś z nich ma realną szansę na grę w pierwszym zespole?
- Oczywiście. Dlatego właśnie okres przygotowawczy jest tak ważny. Nie chcę dziś nikogo skreślać ani nikomu niczego obiecywać. Każdy będzie miał możliwość pokazania się trenerowi i sztabowi. To oni ostatecznie ocenią, kto jest gotowy do gry w Legii. Zawsze powtarzam, że wypożyczenie powinno służyć rozwojowi zawodnika. Jeżeli piłkarz wraca lepszy, bardziej dojrzały i gotowy do rywalizacji, to klub tylko na tym zyskuje.
Jak często agenci proponują Legii znanych zawodników?
- Codziennie. I to dosłownie. Tak wygląda moja codzienność. Mam dużą liczbę kontaktów i większość tych osób zna mnie od lat. Wielu agentów przesyła profile zawodników, a ja później przekazuję je do dalszej analizy. Staram się odpowiadać praktycznie wszystkim. To często sto lub dwieście takich wiadomości dziennie. Nie brakuje absurdalnych propozycji. Czasem ktoś dzwoni i przekonuje, że oferuje zawodnika z wielką przeszłością, występami w Lidze Mistrzów i ogromnym nazwiskiem. A chwilę później okazuje się, że historia wygląda zupełnie inaczej. Takich sytuacji jest naprawdę dużo.
Jaką Legię chciałby pan zobaczyć za kilka lat?
- Chciałbym zobaczyć Legię, która ma jasno określoną tożsamość. Klub powinien wiedzieć, jak chce grać, jak chce szkolić zawodników i jak chce funkcjonować niezależnie od tego, kto akurat jest trenerem czy dyrektorem sportowym. Chcę, żeby Legia regularnie walczyła o mistrzostwo Polski, regularnie występowała w europejskich pucharach i jednocześnie skutecznie wprowadzała zawodników z akademii do pierwszego zespołu. To nie jest cel na jeden sezon. To proces, który wymaga czasu, cierpliwości i konsekwencji. Legia jest ogromną organizacją. Czasami ludzie patrzą wyłącznie na pierwszy zespół, ale klub to znacznie więcej niż drużyna występująca w Ekstraklasie. Mamy akademię, skauting, pion sportowy, administrację i wiele innych obszarów, które muszą funkcjonować na wysokim poziomie. Dlatego nie możemy się zatrzymywać. To, co wydarzyło się w ostatnich miesiącach, powinno być dla nas początkiem, a nie końcem zmian.
Co uważa pan za najważniejsze zadanie na najbliższe miesiące?
- Stabilizację. Musimy utrzymać kierunek, który obraliśmy. Nie możemy co kilka miesięcy zmieniać strategii, filozofii czy sposobu działania. Legia potrzebuje spokoju, konsekwencji i cierpliwości. Jeżeli będziemy konsekwentni, jestem przekonany, że wyniki przyjdą. Nie da się zbudować silnego klubu w kilka miesięcy, ale można stworzyć fundamenty, które będą działały przez wiele lat.
Na koniec pytanie niezwiązane z Legią. Jak patrzy pan na mistrzostwa świata i reprezentację Niemiec?
- Oczywiście będę śledził mistrzostwa świata, ale szczerze mówiąc nie wiem, czy będę oglądał cały turniej. Prawdopodobnie bardziej zainteresuję się fazą pucharową i końcowymi etapami rywalizacji, obowiązki w klubie nie pozwolą nam na wiele. Muszę przyznać, że z perspektywy klubów taki turniej jest bardzo wymagający. Nie jestem wielkim zwolennikiem tak rozbudowanego kalendarza. Piłkarze rozgrywają coraz więcej spotkań, a obciążenia są ogromne. To nie jest łatwa sytuacja dla zawodników ani dla klubów. Jeśli chodzi o reprezentację Niemiec, mam nadzieję, że po raz pierwszy od mistrzostwa świata zdobytego w 2014 roku uda jej się ponownie osiągnąć naprawdę dobry wynik. Uważam, że ma potencjał, by awansować przynajmniej do dalszych rund turnieju i powalczyć o coś więcej.

Oficjalnie. Morgan Rogers w Chelsea za 117 mln funtów!

Arsenal wchodzi do gry o Nico Williamsa. Transfer wart 90 milionów...

Widzew straci Shehu przez klauzulę?!

Oficjalna prezentacja Karima Adeyemiego w Barcelonie już w czwartek

Minimalna porażka Górnika z Fenerbahce. Wciąż wszystko jest możliwe

Regulamin:
Punktacja rankingu:
Za każdy nowy komentarz użytkownik dostaje 1 punkt. Jednak, gdy narusza on nasze zasady i zostanie dezaktywowany, użytkownik straci 2 punkty. W przypadku częstych naruszeń zastrzegamy sobie możliwość nakładania wyższych kar punktowych, a nawet tymczasowych i permanentnych banów.