
Jarosław Jankowski: Final Four BCL byłoby czymś wyjątkowym. Dziś jednak najważniejsza jest hala
25.08.2026 09:00
(akt. 25.08.2026 20:21)
Za Legią drugie z rzędu mistrzostwo Polski — ogromny sukces, szczególnie biorąc pod uwagę, z jakiego miejsca klub startował kilka lat temu. Czy proces odbudowy potęgi można uznać za zakończony?
- Myślę, że jesteśmy w bardzo przyjemnym momencie tego procesu. Nie powiedziałbym, że się zakończył, ale doszliśmy do miejsca, w którym chcieliśmy być, jeśli chodzi o Polskę.
Które mistrzostwo przyszło trudniej – ze Startem Lublin czy z Zastalem Zielona Góra?
- Myślę, że to były porównywalne finały. Wydawało się, że trafiamy na rywali, z którymi pójdzie nam łatwiej, niż poszło w rzeczywistości. Obie drużyny mocno zaskoczyły swoją grą. Wszyscy prognozowali dwa łatwe finały dla Legii, a wyszło kompletnie odwrotnie. Zarówno Start, jak i Zastal postawiły nam bardzo trudne warunki. To były znakomite finały pod względem sportowym i to nie był przypadek, że te zespoły znalazły się w decydującej fazie sezonu. Po prostu na to zasłużyły.
Przy takich sukcesach mówi się najczęściej o zawodnikach. Mam jednak wrażenie, że tym razem kluczową rolę odegrał trener.
- Trener był bardzo ważnym elementem tej układanki. Trzeba jednak pamiętać także o Aaronie Celu jako dyrektorze sportowym, który w dużej mierze decydował o wyborze trenera i cały czas na bieżąco z nim współpracuje. Natomiast jeśli chodzi o prowadzenie zespołu, treningów i zawodników, to jest to bezpośredni sukces trenera. Nigdy jednak nie jest tak, że sukces albo porażka to dzieło jednej osoby. Był jednym z najważniejszych ogniw tej drużyny — podobnie jak zawodnicy, Aaron i każda osoba pracująca w klubie.
Legia miała lidera, jakim był Andrzej Pluta – stąd tytuły MVP sezonu zasadniczego i finałów. Ale prawdziwą siłą zespołu było co innego: kiedy Pluta miał gorszy dzień, drużynę ciągnął Jayvon Graves, a gdy jemu nie szło, ciężar gry brali na siebie Race Thompson i Shane Hunter. W trudnych chwilach można było też liczyć na Dominica Brewtona i Michała Kolendę, a Carl Ponsar rozegrał kilka bardzo ważnych meczów.
- To była bardzo zbilansowana drużyna i właśnie w taki sposób ją budowaliśmy. Nie tworzyliśmy zespołu wokół jednej osoby. To, że Andrzej tak mocno wystrzelił, było dla nas wartością dodaną. Po pierwsze, nie mogliśmy tego przewidzieć, a po drugie, nie chcieliśmy uzależniać gry od jednego zawodnika. Zawsze może zdarzyć się kontuzja albo słabszy dzień – wtedy robi się problem. Dlatego bardzo cieszy nas rozwój Andrzeja, ale mistrzostwo wygrał przede wszystkim cały zespół.
Przez cały sezon, w rozmowach z ludźmi z klubu, słyszeliśmy o spokojnym podejściu i celu minimum, czyli awansie do czołowej czwórki. O mistrzostwie praktycznie nikt nie mówił. To była świadoma pokora?
- Koszykówka to sport, który uczy pokory. Można wygrać 30 meczów w sezonie zasadniczym, mieć bilans 30–0, a później przegrać trzy spotkania i zakończyć sezon na ósmym miejscu. Taka jest specyfika play-offów. Dlatego zawsze powtarzam, że naszym celem minimum jest awans do czwórki, bo wtedy walczymy o medale i wszystko może się wydarzyć. Pierwsza runda play-offów jest bardzo trudna i nieprzewidywalna. Zresztą dwa lata z rzędu przegrywaliśmy pojedyncze mecze właśnie w pierwszej rundzie, a w drugiej już nie. To pokazuje, jak zaskakujące potrafią być początki fazy play-off.

Rok temu udało się zachować trzon zespołu. Teraz, poza Michałem Kolendą, praktycznie wszystko trzeba budować od nowa.
- Nie do końca. Są przecież Wojtek Tomaszewski i Błażej Czapla. Nawet jeśli odgrywali mniejsze role, to znają system pracy trenera i funkcjonowanie drużyny, a to bardzo pomaga. Oczywiście teraz mamy moment większych zmian, ale za rok taka rewolucja nie będzie już potrzebna. Kilku zawodników ma dłuższe umowy – Michał Kolenda, Szymon Tomczak, Kristers Zoriks, Markus Ilver Markus Ilver, Błażej Czapla czy Kuba Andrzejewski mają dwuletnie kontrakty – więc trzon zostanie zachowany. Dziś akurat trafiliśmy na moment większych zmian, ale trzeba pamiętać, że dwa lata temu, przed pierwszym z tych dwóch mistrzostw, wymieniliśmy praktycznie cały skład i cały sztab szkoleniowy.
Wtedy wiele osób mówiło, że tak duża rewolucja nie może się udać, a jednak skończyła się mistrzostwem.
- To był sezon pełen skrajnych emocji. Najpierw bardzo dużo zmian i rozczarowanie tym, jak wyglądaliśmy, a później ogromna euforia, spotęgowana jeszcze faktem, że zdobyliśmy złoty medal po 56 latach.
Przejdźmy do nowych zawodników – przedstaw ich pokrótce. Zacznijmy od Michaela Christmasa, który – nota bene – urodził się w grudniu.
- Trudno charakteryzować zawodników przed sezonem. Każdy z nich ma swoje zalety i dlatego znalazł się w Legii. Michael Christmas na pewno jest bardzo fizycznym i utalentowanym zawodnikiem. Musi odnaleźć się w europejskiej koszykówce i w systemie Heiko Rannuli, ale wierzę, że tak się stanie i że będzie bardzo ważnym elementem naszego zespołu.
Mathieu Wojciechowski.
- To bardzo fajny transfer, wymuszony oczywiście kontuzją i zabiegiem Michała Kolendy. Mathieu jest niesamowicie doświadczonym zawodnikiem na europejskim poziomie i bardzo pozytywną postacią. Potrzebujemy doświadczenia zarówno w szatni, jak i na boisku. Jest przy tym ciekawostka: kilka razy wcześniej próbowaliśmy go ściągnąć, ale nigdy się nie udało. Teraz, kiedy spotkaliśmy się w piątek, powiedziałem mu: „Widzisz, tyle lat próbowałem cię sprowadzić, a musiałem Aarona ściągnąć, aby się udało". On i Aaron dobrze się znają, obaj mają podwójne polsko-francuskie obywatelstwo, więc to ich dodatkowo łączy. Bardzo się cieszę, że do nas trafił. Jest pozytywnie nastawiony do tego krótkiego kontraktu. Wie, że przyszedł po to, żeby pomóc drużynie – i to jest w tym wszystkim najważniejsze.
Devon Daniels IV – czyli materiał na lidera?
- To zawodnik, który przede wszystkim ma odpowiadać za zdobywanie punktów. Grał już wcześniej w Polsce, wyjeżdżał stąd jako typowy scorer, a później bardzo dobrze pokazał się w Europie. Długo zabiegaliśmy o niego w tym okienku i cieszymy się, że udało się go sprowadzić. Dużo będzie od niego zależało.
György Golomán.
- To nasza wieża pod koszem. Przynajmniej nie musi się uczyć barw Legii, bo jest Węgrem. To bardzo doświadczony zawodnik. Bardzo zależało nam na tym, żeby pod koszem mieć więcej fizyczności i centymetrów. On nam to zapewnia i bardzo na niego liczymy, również w europejskich rozgrywkach.
Zach Freemantle.
- To zawodnik z ogromnym potencjałem i liczymy, że pokaże go tutaj, w Legii. Naprawdę dużo sobie po nim obiecuję. Z drugiej strony, gdybyśmy rok temu rozmawiali o Race'ie Thompsonie, powiedzielibyśmy, że ma być zawodnikiem uzupełniającym. Tymczasem w trakcie sezonu okazał się jednym z kluczowych graczy, którego bardzo chcieliśmy zatrzymać. Ostatecznie się nie udało, ale to pokazuje, że zawodnicy w Legii potrafią rozwinąć się jeszcze bardziej, niż się spodziewamy.
Wspomniałeś już o Szymonie Tomczaku.
- To dla nas ważny transfer. Na rynku jest deficyt polskich zawodników, a Szymona mieliśmy podpisanego już w trakcie poprzedniego sezonu – to było dla nas bardzo ważne. Podoba mi się to, że bardzo świadomie wybrał ofertę najlepszą dla siebie sportowo. Niekoniecznie finansowo – prawdopodobnie miał lepsze propozycje z innych klubów w Polsce – ale chciał przyjść do Legii. Wierzy w ten projekt, wierzy w tego trenera i w tę organizację. Jest bardzo zdeterminowany. Obiecał mi trzecie mistrzostwo Polski i wierzę, że tak będzie.
Jakub Andrzejewski.
- To piękna historia. Jego tata, Tomek Andrzejewski, grał w Legii i wywalczył z nią awans do ekstraklasy. Zresztą bardzo go lubię. Śmieszna sytuacja : tata Kuby dowiedział się ode mnie, że rozmawiamy z jego synem i agentem. Napisałem mu SMS-a: „Tomek, chyba historia pięknie zatoczy koło", a on odpisał: „Ale o co chodzi?". W piątek wysłałem mu zdjęcie z pierwszego treningu i widać było wzruszenie, że jego syn trenuje z eLką na piersi. Kuba jest młodym zawodnikiem z ogromną energią – na parkiecie i poza nim. Czeka go duże wyzwanie, żeby dobrze wkomponować się w drużynę, ale ma wszystko, żeby to się udało.
Kristers Zoriks.
- To zawodnik odpowiedzialny za organizację naszej gry. Rozgrywający bardzo doświadczony – nie tyle wiekiem, co przebiegiem kariery. Jest etatowym reprezentantem Łotwy i naprawdę bardzo dobrym koszykarzem. Wierzymy, że wypełni lukę po Andrzeju Plucie. Oczywiście jest zupełnie innym typem zawodnika niż Andrzej, ale jestem przekonany, że bardzo pomoże nam również w europejskich rozgrywkach.
I na koniec Markus Ilver.
- To bardzo ciekawy transfer. Mogę zdradzić ciekawostkę: mimo że Markus jest Estończykiem, to nie Heiko go pierwszy zarekomendował, tylko Aaron Cel. To bardzo utalentowany koszykarz. Mówi się, że jest jedną z największych nadziei estońskiej koszykówki. Bardzo się cieszymy, że trafił do Polski. Liczymy, że właśnie w Warszawie eksploduje z formą. Jak każdy młody zawodnik z dużym talentem, będzie musiał wykonać dużo pracy i wykazać się pokorą. Potencjał ma na pewno.
Andrzej Pluta – obok Michała Kolendy – był jedną z twarzy drużyny, zawodnikiem, z którym kibice mogli się utożsamiać. Kto z obecnego składu może przejąć tę rolę? I czy takie rzeczy da się w ogóle zaplanować, czy muszą zadziać się samoistnie?
- To jest tak, że kibice najbardziej lubią tych zawodników, którzy zdobywają najwięcej punktów. Myślę więc, że Devon Daniels ma predyspozycje, żeby zostać ulubieńcem publiczności. Ale równie dobrze może nim zostać Kristers Zoriks albo każdy inny zawodnik, który będzie po prostu dobrze grał. Jest też oczywiście Michał Kolenda, którego można już nazwać weteranem Legii. Chyba nie ma drugiego zawodnika w naszej lidze, który byłby tak skuteczny, jeśli chodzi o zdobywanie trofeów. Ma na koncie dwa mistrzostwa Polski i Puchar Polski, więc można powiedzieć, że przeprowadzka z Sopotu do Warszawy naprawdę wyszła mu na dobre. Myślę, że to właśnie o tych zawodnikach będziemy najczęściej rozmawiać. Zawsze najwięcej uwagi przyciąga rozgrywający i zawodnik, który zdobywa najwięcej punktów.

Wróćmy jeszcze do poprzedniego sezonu i porażki w walce o awans do Basketball Champions League – w dramatycznych okolicznościach. Wyciągnęliście z tego wnioski, organizacyjne albo sportowe, które za trzecim razem mają zwiększyć wasze szanse?
- Organizacyjnie nie mieliśmy właściwie czego poprawiać. Bardzo dobrze radzimy sobie jako klub i jesteśmy wysoko oceniani zarówno przez FIBA, jak i samą BCL. Sportowo była to natomiast nasza porażka – i nie chodzi tylko o okoliczności, choć one też miały znaczenie. Awans był na wyciągnięcie ręki. Do przerwy meczu z niemieckim rywalem wydawało się, że wszystko zmierza w dobrym kierunku, a potem sytuacja całkowicie się odwróciła. Skład, który zbudowaliśmy na obecny sezon, powstał już z uwzględnieniem doświadczeń z tamtej rywalizacji. Nie powiem, że budowaliśmy go tylko pod Basketball Champions League, ale z pewnością odrobiliśmy lekcję dotyczącą konstrukcji zespołu i tego, czego zabrakło nam w poprzednich latach.
Po zakończeniu poprzedniego sezonu pojawiały się rozmowy o grze w EuroCupie. Ostatecznie pozostaliście w rozgrywkach FIBA i BCL. Co zadecydowało o takim wyborze?
- W tym roku mieliśmy poczucie, że rzeczywiście mamy wybór. Oczywiście nie mieliśmy stuprocentowej pewności, że otrzymamy miejsce w BCL-u. Wiele zależało też od tego, jak skończy się sezon. Ostatecznie świadomie zdecydowaliśmy się pozostać na ścieżce rozgrywek FIBA. To jest dzisiaj fundament naszego rozwoju także w kontekście NBA Europe. Znamy te rozgrywki lepiej, czujemy się w nich dobrze i chcemy konsekwentnie budować swoją pozycję. EuroCup rozważaliśmy bardzo poważnie. Ma wiele atutów, przede wszystkim większą liczbę meczów, i jest bardzo atrakcyjny dla zawodników – wielu koszykarzy chce grać właśnie w takich klubach. Zdecydowaliśmy jednak inaczej. Ciekawostka: gdyby decyzję podejmował wyłącznie trener, wydaje mi się, że wybrałby EuroCup – właśnie ze względu na większą liczbę spotkań.
Strasburg, Galatasaray i Cibona – to nazwy, które działają na wyobraźnię. Jesteś zadowolony z losowania?
- Sportowo nie jest to grupa marzeń. Delikatnie mówiąc – jest bardzo mocna. Nawet patrząc rok do roku, to zdecydowanie trudniejsza grupa niż ta, w której graliśmy w poprzednim sezonie. Co prawda wtedy trafiliśmy na Rytas Wilno, który później wygrał całe rozgrywki BCL. To też ciekawa historia, bo zagraliśmy z nimi dwa bardzo wyrównane mecze. Pokazało to, że nie ma przepaści między nami a czołówką tych rozgrywek i że możemy nawiązać z takimi drużynami równą walkę. To był dla nas ważny sygnał. W tym roku grupa jest jednak zdecydowanie silniejsza. Z drugiej strony to bardzo rozpoznawalne marki – duży potencjał marketingowy i możliwość ciekawego opakowania tych spotkań. Z tego też się cieszymy. Sportowo założenie jest jasne: chcemy wyjść z grupy.
Czy ewentualny awans z grupy Basketball Champions League wiązałby się z jakimiś korzyściami finansowymi dla klubu?
- W przeciwieństwie do piłki nożnej, gra w europejskich pucharach w koszykówce częściej jest kosztem niż źródłem przychodów. Dla nas najważniejsze są ambicje sportowe, prestiż, możliwość pokazania się w Europie i zadomowienie się tam na odpowiednim poziomie. To nasz główny cel.

Z finansowego punktu widzenia – czy obecny skład jest droższy od zeszłorocznego?
- Jest droższy.
Jak wygląda dziś budżet Legii? Czy rośnie wraz z kolejnymi sukcesami?
- Na pewno będzie większy niż w poprzednim sezonie. Nie chcę jeszcze mówić o konkretnych kwotach, bo cały czas domykamy pewne sprawy i prowadzimy kilka ważnych rozmów. Najważniejsze jest to, że z roku na rok robimy postęp. Systematycznie rośniemy i jesteśmy klubem absolutnie wiarygodnym finansowo – nie ciągniemy za sobą żadnego zadłużenia. Wszystkie zobowiązania regulujemy na bieżąco i w ten sposób budujemy zaufanie zawodników, agentów, partnerów i całego europejskiego środowiska koszykarskiego. To bardzo ważny element naszej tożsamości.
Gdyby pojawiły się dodatkowe środki na rozwój klubu poza sportem, jaki obszar byłby priorytetem?
- Rozwijalibyśmy przede wszystkim dwa obszary. Pierwszy to marketing i komunikacja. Drugi to sprzedaż i sponsoring – czyli ludzie odpowiedzialni za generowanie dodatkowych przychodów. To trochę jak sianie po to, żeby później zbierać plony.
Dla klubów w Europie, a tym bardziej w NBA, ogromne znaczenie mają wpływy z praw telewizyjnych. Czy w Polsce widać światełko w tunelu – że kluby też zaczną na tym zarabiać?
- Tak, zdecydowanie widać takie światełko. I tak właśnie powinno to wyglądać. W zależności od sytuacji finansowej PLK być może już w tym sezonie pojawią się pierwsze pieniądze dla klubów. Będą to raczej symboliczne kwoty, ale kierunek jest właściwy. Produkt ligowy jest coraz lepszy, choć trzeba go dalej budować. Przy kolejnej sprzedaży praw telewizyjnych, za kilka lat, będzie można wyjść na rynek po zdecydowanie większe pieniądze. Kluby doskonale to czują. Polska koszykówka rośnie i widać to na wielu płaszczyznach. My odczuwamy to na co dzień, również w liczbach. Pomagają sukcesy reprezentacji, mistrzostwa świata 3x3 organizowane w Warszawie czy ubiegłoroczny EuroBasket. Dzieje się naprawdę dużo dobrego wokół koszykówki w Polsce. Do tego dochodzi rozwój europejskich rozgrywek i zainteresowanie nimi za oceanem – wspomniane wcześniej NBA Europe i próba wejścia Amerykanów na europejski rynek. To pokazuje, że ludzie widzą potencjał biznesowy w europejskiej koszykówce. Jestem przekonany, że ta dyscyplina będzie nadal rosła.
W jakich obszarach Legia jest dziś najlepszym klubem w PLK? A gdzie wciąż widzisz przestrzeń do rozwoju na poziomie europejskim?
- Może zabrzmi to nieskromnie, ale uważam, że poza infrastrukturą jesteśmy najlepsi praktycznie w każdym obszarze. Takie mam zresztą oczekiwania i dlatego zatrudniamy prawdopodobnie najwięcej osób wśród polskich klubów. Mamy dzięki temu największą medialność w PLK, świetnie zorganizowaną strefę VIP i oferujemy kibicom najwięcej atrakcji w dniu meczowym. Mamy też dużo aktywności pozameczowych skierowanych do naszych partnerów i sponsorów. Jeżeli czegoś zazdroszczę innym klubom, to przede wszystkim hal, w których grają. To jednak nie oznacza, że spoczywamy na laurach. Cały czas rozwijamy się we wszystkich obszarach i chcemy robić jeszcze więcej ciekawych rzeczy, szczególnie, że inne kluby też cały czas podnoszą standardy.

Wspomniałeś o nowej hali – marzeniu, które ma się ziścić w III kwartale 2028 roku. Jak intensywnie przygotowujecie się do przeprowadzki?
- Bardzo intensywnie. Sama kubatura nowej hali będzie zupełnie inna. Przygotowujemy się na wielu płaszczyznach. Wdrażamy nowy system biletowy, żeby przez najbliższy rok czy dwa dotrzeć się z nim przed przeprowadzką. Pracujemy także nad funkcjonalnością hali. Myślimy o jej brandingu, o sposobie sprzedaży, o wszystkich elementach, które trzeba będzie zbudować od nowa w porównaniu z tym, co funkcjonuje dziś na Bemowie. To ogromne wyzwanie. Co roku organizujemy wewnętrzne spotkania strategiczne z całym naszym back office’em. Kiedyś odbywały się w czerwcu, ale odkąd zdobywamy mistrzostwa Polski, przenieśliśmy je na wrzesień, bo wcześniej po prostu nie ma na to czasu. Spotykamy się z całym zespołem, rozmawiamy o celach na najbliższy rok, dwa czy trzy lata. Dzisiaj jednym z najważniejszych tematów jest właśnie przygotowanie całego klubu do wejścia do nowej hali.
Kibiców pewnie najbardziej interesuje jedno – czy bilety będą droższe niż na Bemowie?
- Nie jesteśmy jeszcze na etapie ustalania cennika. Wiele zależy też od kwestii sportowych. Nie spodziewam się jednak radykalnych podwyżek. Zupełnie inaczej będzie wyglądała segmentacja miejsc. Pojawi się znacznie więcej miejsc VIP, które będą funkcjonowały na innych zasadach i w innej cenie niż obecnie. Nowa hala da nam zdecydowanie większe możliwości, ale mogę zapewnić, że ceny biletów nie będą barierą dla kibiców, którzy zechcą przenieść się z nami do nowego obiektu.
Czy wiadomo już, w jakim modelu Legia będzie korzystała z nowej hali?
- Nie, te rozmowy są jeszcze przed nami. Prowadzimy je zarówno z Miastem Stołecznym Warszawa, jak i z Aktywną Warszawą, ale na razie trwa sam proces budowy. Już na tym etapie jest wiele kwestii do przedyskutowania. Natomiast formalny model funkcjonowania hali nie został jeszcze ustalony.
Jak ma wyglądać dzień meczowy w nowej hali? Bliżej modelu bałkańskiego, litewskiego, czy raczej nowoczesnego klubu miejskiego w stylu Paris Basketball?
- Chciałbym, żeby było trochę tak, jak dzisiaj na Bemowie: żywiołowa atmosfera, a jednocześnie mnóstwo atrakcji wokół dnia meczowego. Bardzo często słyszymy od ludzi, że na naszych meczach cały czas coś się dzieje. Nie ma przestojów, nie ma nudy, nie ma momentu, w którym kibic nie ma na czym skupić uwagi. Chcemy, żeby każdy, kto przyjdzie do nas na mecz, świetnie się bawił. Uważam, że można połączyć oba modele. Klimat bałkański koncentruje się przede wszystkim na atmosferze tworzonej przez kibiców. Sam byłem na takich meczach i wiem, że w przerwach niewiele się tam dzieje. U nas tych atrakcji jest znacznie więcej i chcemy, żeby dalej było to prawdziwe święto dla każdego kibica.
Nowa hala to pierwszy krok w kierunku Euroligi czy NBA Europe – ale czy spełni ich wymogi?
- Jeśli chodzi o NBA Europe – na pewno nie. To po prostu za mały obiekt. W przypadku Euroligi, przy dobrej woli organizatorów, mogłaby zostać zaakceptowana.
Co poza nową halą i dużym budżetem będzie potrzebne, żeby Legia mogła realnie myśleć o Eurolidze?
- Tak naprawdę to są te dwie kluczowe rzeczy.
I pewnie budżet jest dziś największą przeszkodą?
- Zobaczymy. Przed nami analiza tego, jak nowa hala wpłynie na nasze możliwości finansowe: jaki będzie wzrost przychodów z biletów, ile zyskamy dzięki większej strefie VIP, jak przełoży się to na sponsoring. Nie jest jednak tak, że wraz z otwarciem hali budżet z dnia na dzień się podwoi. To proces. Nowy obiekt będzie narzędziem, które w perspektywie kilku lat pozwoli znacząco zwiększyć możliwości klubu – ale nie od razu.

W całej Europie coraz większym tematem są kontrakty NIL (NIL – prawo zawodników NCAA do zarabiania na własnym nazwisku, wizerunku i podobiźnie) i wyjazdy młodych zawodników do NCAA. W naszej akademii mamy przykład Julka Dąbrowskiego, który przenosi się na UC Davis. Jak klub patrzy na to zjawisko i jak się do niego przygotowuje?
- To pierwszy rok, w którym cała Europa mierzy się z tym zjawiskiem. Nie dotyczy on wyłącznie Polski. Tak naprawdę nikt jeszcze do końca nie wie, jak to wszystko będzie funkcjonowało i jakie regulacje zostaną wprowadzone. Myślę, że jeszcze w tym roku pojawią się odpowiednie przepisy po stronie europejskiej. Pytanie tylko, czy podobne regulacje nie powstaną również w Stanach Zjednoczonych. Uważam, że pieniądze, które dziś trafiają do bardzo młodych zawodników, są po prostu zbyt duże. Jeśli nastoletni chłopak dostaje jeden, dwa czy więcej milionów dolarów, to później bardzo trudno mu będzie wrócić do Europy i grać za 5 czy 10% tego, co zarabiał na uczelni. W pewnym sensie zabijamy w ten sposób jego motywację do dalszego rozwoju. Być może część tych środków powinna być odkładana i wypłacana zawodnikowi dopiero po zakończeniu kariery albo w ramach specjalnego funduszu. Wtedy nie psulibyśmy tych młodych ludzi już na starcie. Zobaczymy, jak ten system się rozwinie. Nie przesadzałbym też ze skalą problemu w Polsce – do NCAA wyjechało na razie dwóch czy trzech zawodników. W Hiszpanii, we Włoszech, czy na Litwie jest on zdecydowanie większy i realnie wpływa na rynek.
Byłeś jednym z orędowników stworzenia strategii rozwoju PLK. Jak po pierwszym roku oceniasz jej realizację?
- Największym sukcesem jest to, że taka strategia w ogóle powstała i zaczęła być wdrażana. Wcześniej o tym nie rozmawiano. Oczywiście nie wszystko udało się zrealizować i to jest minus. Zawsze jednak uważałem, że przy wdrażaniu każdej strategii pojawiają się elementy, których nie uda się zrobić od razu. Dzisiaj widzę dwa największe plusy. Po pierwsze, otwarcie koszykówki na YouTube. Mecze są dostępne dla wszystkich za darmo i generują zasięgi. To ogromna wartość. Po drugie, wiele zmieniło się w samej lidze. Pojawili się nowi ludzie, zmienił się zarząd, doszedł nowy wiceprezes odpowiedzialny za marketing i wdrażanie strategii. To proces. Trzeba było wejść na tę drogę, a teraz konsekwentnie nią podążać. Czasem będzie pod górkę, czasem łatwiej, ale najważniejsze, że już na niej jesteśmy.
Liga ma też nowego partnera technicznego – włoską markę Erreà. Jak oceniasz początek tej współpracy?
- To bardzo duży projekt. Dokładnie tak samo było kilka lat temu, kiedy do ligi wchodziło 4F. Pierwszy rok zawsze jest trudny, bo to ogromny proces logistyczny. Trzeba się wzajemnie poznać i dotrzeć, dochodzi jeszcze kwestia współpracy z partnerem z innego kraju. Myślę jednak, że z czasem wszystko będzie funkcjonowało bardzo dobrze.
Razem z Rafałem Juciem jesteś współzałożycielem Fundacji Next Draft – potrzebnej inicjatywy zajmującej się rozwojem koszykówki w Polsce. Czy Legia w jakiś sposób korzysta z tego projektu, czy to zupełnie osobna sprawa?
- Powiem pół żartem, pół serio: z punktu widzenia Legii to nie jest projekt dobry dla samej Legii. Szkolimy ludzi, którzy profesjonalizują się w koszykówce, a potem trafiają do różnych klubów – niekoniecznie do nas. Oczywiście nasi trenerzy również uczestniczą w tych szkoleniach, na takich samych zasadach jak pozostali – więc klub też na tym korzysta. Ja sam mam okazję obserwować ludzi, którzy się na nich pojawiają. Widzę wiele osób spoza koszykówki, które mają ogromny potencjał, żeby w niej zaistnieć. Wierzę, że dzięki naszej pracy i ich własnemu zaangażowaniu wielu z nich rzeczywiście zwiąże przyszłość z tym sportem. Na pewno będziemy ten projekt rozwijać. Mamy z Rafałem już kolejne pomysły i cieszy mnie, że coraz więcej osób chce pracować w koszykówce.
Na zakończenie – czy jest jeszcze coś, co mogłoby być równie ważnym momentem jak pierwsze mistrzostwo Polski po 56 latach?
- Albo wygranie BCL-u, albo wejście do nowej hali – nie wiem, co wydarzy się wcześniej. A mówiąc serio: zagranie w Final Four BCL byłoby czymś naprawdę wyjątkowym. Dzisiaj jednak cała nasza uwaga jest skierowana na halę. Kiedyś powiedziałem nawet, że gdybym miał wybierać między jednym z tych mistrzostw a nowym obiektem, wybrałbym obiekt. Dlaczego? Bo bez niego moglibyśmy nigdy nie wejść na poziom, do którego aspirujemy. Dziś nie żyjemy już nadzieją, tylko konkretem. Wiemy, że ta hala powstanie i wiemy kiedy. To daje zupełnie inną perspektywę rozwoju całego klubu.

Harry Kane zostaje w Bayernie Monachium. Klub i piłkarz blisko porozumienia

Arsenal miał na celowniku 25 piłkarzy. BBC Sport ujawniło pełną listę...

Michael Olise zostaje w Bayernie. Klub nie zamierza sprzedawać gwiazdora

Benzema chce wrócić do Lyonu i grać za darmo. Przeszkodą kontrakt...

Urban zmienił zdanie w sprawie Simmsa. Napastnik Coventry może zagrać...

Regulamin:
Punktacja rankingu:
Za każdy nowy komentarz użytkownik dostaje 1 punkt. Jednak, gdy narusza on nasze zasady i zostanie dezaktywowany, użytkownik straci 2 punkty. W przypadku częstych naruszeń zastrzegamy sobie możliwość nakładania wyższych kar punktowych, a nawet tymczasowych i permanentnych banów.