
Kamil Piątkowski: U Papszuna się rozwinąłem i wiele nauczyłem
23.01.2026 13:10
(akt. 26.01.2026 08:11)
Dość wcześnie opuściłeś dom rodzinny. Jak wyglądały twoje początki samodzielności?
– Rzeczywiście, dość szybko się usamodzielniłem. Już w wieku 13 lat wyprowadziłem się z domu i zamieszkałem w bursie. Co prawda nie było to daleko – około 25 kilometrów od rodzinnego domu – ale od poniedziałku do piątku mieszkałem już poza domem. Było nas trzech chłopaków w pokoju, typowa bursa sportowa, co dla piłkarzy z tej szkoły było sporym ułatwieniem.
Później, kiedy trafiłem do Lublina, wyglądało to już zupełnie inaczej. Dostałem mieszkanie, które dzieliłem z kolegą, i w wieku 16 lat mieszkaliśmy już sami. To była prawdziwa szkoła życia: gotowanie, sprzątanie, pranie, wstawanie do szkoły, nauka, a do tego treningi, mecze i zmęczenie. Momentami było naprawdę ciężko, szczególnie na początku. Zdarzało się, że dzwoniłem do rodziców zapłakany, bo nie potrafiłem sobie z tym wszystkim poradzić.
Ale jakoś sobie poradziłeś.
– Z czasem wszystko zaczęło się układać. Przestawiłem się mentalnie. Grałem coraz więcej, trafiłem do starszego rocznika, co dało mi ogromną dawkę pozytywnej energii. Bardzo szybko znalazłem się też na pierwszym treningu z pierwszym zespołem. Wszystko potoczyło się tak szybko, że dziś momentami trudno mi uwierzyć, jak ten czas przeleciał.
Piłka nożna ma to do siebie, że dobre i złe rzeczy przychodzą bardzo szybko. Z jednej strony to fajne, bo pojawiają się nowe szanse i emocje, ale z drugiej – nawet te dobre momenty nie trwają tak długo, jakbyśmy chcieli. Kariera piłkarza nie jest długa, dlatego trzeba wykorzystywać ją na 120 procent.
Twoi rodzice od początku dawali ci dużą swobodę w podejmowaniu decyzji?
– Tak, i to było dla mnie bardzo ważne. Oczywiście mnie wspierali, ale jednocześnie jasno dali mi do zrozumienia: „Kamil, to jest twoje życie, twoje decyzje”. Powiedzieli mi, że chcą mnie prowadzić i wspierać, ale nie będą niczego narzucać ani zabraniać. Jeśli chcę grać w piłkę, wyjechać z domu czy spróbować czegoś nowego – będą stać za mną murem. Dzięki temu podejściu nauczyłem się odpowiedzialności i dziś myślę, że właśnie dlatego jestem w miejscu, w którym jestem.

W wieku 19 lat trafiłeś do Rakowa. Jak wspominasz ten okres?
– Zdecydowanie był to najlepszy okres w mojej dotychczasowej karierze. Trafiłem tam jako bardzo młody zawodnik. Początki oczywiście nie były łatwe – musiałem przestawić się z gry czwórką obrońców na trójkę, do tego dochodziła bardzo wymagająca taktyka Marka Papszuna.
Ale to doświadczenie nauczyło mnie ogromnie dużo. Dzięki temu mogłem rozwinąć się piłkarsko, zmienić pewne rzeczy w swoim graniu i nauczyć się funkcjonować w zupełnie innym systemie. Z czasem okazało się, że to ustawienie bardzo mi pasuje – dobrze się w nim czułem, dobrze funkcjonowałem, a cały zespół wyglądał naprawdę solidnie. Jako beniaminek zajęliśmy w pierwszym sezonie ósme miejsce w lidze, a w kolejnym sięgnęliśmy po Puchar Polski i wicemistrzostwo. To był okres, który dał mi bardzo dużo – zarówno sportowo, jak i mentalnie.
Początki w Rakowie nie były dla ciebie łatwe. Pamiętam, że na początku grałeś głównie na boku boiska.
– Zacznijmy od tego, że przez pierwszych kilkanaście meczów w ogóle nie podnosiłem się z ławki. Dopiero później zacząłem dostawać pierwsze minuty. Początkowo faktycznie grałem na wahadle. Mój debiut ligowy przypadł na mecz z Lechią Gdańsk – wszedłem wtedy bodajże w 90. minucie na kilka minut. Później dostałem kolejne szanse: 10–15 minut w wyjazdowym spotkaniu z Pogonią Szczecin.
Pierwszy występ od początku meczu to było spotkanie ze Śląskiem Wrocław. Wygraliśmy wtedy 1:0 po bramce w końcówce i również grałem na wahadle. W tamtym okresie rozegrałem około kilkunastu meczów na tej pozycji – dokładnych liczb już nie pamiętam, ale mniej więcej tak to wyglądało. Dopiero potem dostałem szansę gry na środku obrony i tam już zostałem.
Czułem się bardzo swobodnie. Wiedziałem, co mam robić na boisku, jakie są moje zadania i – co najważniejsze – dokładnie wiedziałem, czego trener ode mnie oczekuje. Wszystko było jasno i konkretnie przekazane. Ja z kolei robiłem wszystko, żeby te wymagania spełniać i to po prostu funkcjonowało. Dużą rolę odegrała też szatnia. Chłopaki wiedzieli, że jestem jednym z młodszych zawodników, więc bardzo mnie wspierali. To naprawdę pomagało. Dzięki temu wszystko zaczęło się układać.

W krótkim czasie twoja wartość bardzo wzrosła.
– To prawda, ale trzeba jasno powiedzieć, że to w ogromnej mierze zasługa trenera Marka Papszuna. Jestem przekonany, że bez niego nie osiągnąłbym tego, co udało się wtedy osiągnąć. On pokazał mi zupełnie inne spojrzenie na futbol. Nauczył mnie wielu rzeczy, o których wcześniej nawet nie myślałem. Dał mi przede wszystkim dużą pewność siebie. Zrozumiałem, że mogę funkcjonować na boisku inaczej – inaczej się ustawić, inaczej spojrzeć na piłkę, podejmować inne decyzje. To dało mi ogromną swobodę i pozwoliło złapać odpowiedni rytm.
Oczywiście ogromne znaczenie miała też cała drużyna i sztab. Bez zespołu, bez wspólnego podejścia wszystkich zawodników i trenerów, niczego byśmy nie osiągnęli. To była praca zespołowa – zarówno na boisku, jak i poza nim. Dzięki temu jako drużyna wyglądaliśmy bardzo dobrze, a indywidualnie każdy z nas mógł się rozwijać. W pewnym momencie pojawiła się też konkretna okazja na transfer – i to za naprawdę duże pieniądze.
W Red Bullu miałeś kilka naprawdę bardzo dobrych momentów, ale często były one przerywane urazami. Miałeś żal do losu? Bo pewnie bez tych kontuzji dziś byłbyś w innym miejscu.
– Czy mam żal do losu? Nie. Jeśli już, to mam żal przede wszystkim do samego siebie. Z perspektywy czasu widzę, że mogłem lepiej o siebie dbać, bardziej zwracać uwagę na detale, na regenerację, na bazę motoryczną. Może w pewnych momentach powinienem zrezygnować z niektórych rzeczy albo podjąć inne decyzje. Tego już się nie cofnie.
Ale traktuję to wszystko jako bardzo ważne doświadczenie – nie tylko piłkarskie, ale też życiowe. To nauczyło mnie, jak ogromne znaczenie w profesjonalnym futbolu ma podejście do każdego treningu, każdego meczu, ale też mądrość i świadomość własnego ciała. Ja jestem bardzo ambitny, zawsze chciałem dawać z siebie maksimum – na sparingu, na meczu, na treningu. Chciałem być najlepszy za każdym razem. Problem w tym, że czasami ciało po prostu odmawia posłuszeństwa.
Zdarzało się, że czułem ból mięśnia, sygnały ostrzegawcze były wyraźne, ale mimo to szedłem dalej „na maksa”, bo trening był ważny. I kończyło się to tym, że coś się urywało i wypadałem na sześć, siedem tygodni. Dziś widzę, że to były po prostu złe decyzje z mojej strony. Trochę głupota, ale też lekcja.
Teraz wiem, że czasem lepiej opuścić pół treningu, nie zrobić jednego czy dwóch ćwiczeń, albo spędzić dwa dni więcej z fizjoterapeutą czy trenerem przygotowania motorycznego na siłowni, niż później wypaść na trzy–cztery tygodnie i stracić miejsce w składzie.
Jesienią miałeś już taką sytuację w Legii i byłeś chwalony za to jak jesteś świadomy własnego organizmu.
– To wszystko mnie tego nauczyło. Dzięki tym doświadczeniom jestem dziś dużo bardziej świadomy tego, co dzieje się z moim organizmem. Staram się też przekazywać to innym – młodszym zawodnikom, ale nawet starszym, bo wiek nie zawsze idzie w parze z doświadczeniem urazowym. Czasami ktoś jest starszy ode mnie, ale nigdy wcześniej nie miał poważnych kontuzji i po prostu nie wie, jakie sygnały wysyła ciało i co one oznaczają.
Ja już potrafię to rozróżnić. Wiem, kiedy wszystko jest w porządku, a kiedy trzeba się zatrzymać. Dużo pracuję nad swoim ciałem, nad profilaktyką, nad detalami. Dziś większość treningów realizuję normalnie, robię wszystko na pełnych obrotach, ale z głową.
Była taka sytuacja już w Legii. Wróciłem po dość poważnej kontuzji, chyba prawie trzymiesięcznej. Trafiłem do zespołu i zagrałem bodaj trzy mecze w ciągu dziewięciu dni, bo graliśmy co trzy dni. Przed jednym ze spotkań poczułem lekki dyskomfort w mięśniu czworogłowym. Nic mi nie „strzeliło”, nie było żadnego naderwania, ale czułem, że coś jest nie tak. Wtedy powiedziałem wprost: „Panowie, wiem, jak to może być odebrane, ale wolę zejść. Chcę o to zadbać. Może jutro nie będę trenował, ale pojutrze będę gotowy na 120 procent. Decyzja, czy zagram, należy do was, ale dla mnie priorytetem jest zdrowie”.
I to była dobra decyzja. Mogłem zaryzykować i wypaść na kilka tygodni, a tak byłem gotowy do gry. Dziś wiem, że takie podejście jest kluczowe. Zdrowie w piłce nożnej to absolutna podstawa – bez niego nie ma ani formy, ani regularności, ani rozwoju.

Z Red Bulla były wypożyczenia – do Gent, które można uznać za udane, później do Granady, co sam przyznajesz nie było najlepszym wyborem, i wreszcie do Kasimpasy, która nawet chciała cię wykupić, ale ty się na to nie zdecydowałeś. Jak oceniasz ten okres swojej kariery?
– Słyszałem wiele pytań w stylu: „Kamil, dlaczego Turcja?”, „Dlaczego tak to wyglądało?”. Mam wrażenie, że sporo osób nie zna dokładnie całego przebiegu tamtego okresu. Od lipca do grudnia w Red Bullu Salzburg grałem bardzo dużo – to był jeden z moich najlepszych momentów. Grałem praktycznie co trzy dni, regularnie występowałem w lidze, w eliminacjach Ligi Mistrzów zagrałem w każdym meczu, a do tego dochodziła reprezentacja. W samej Lidze Mistrzów nie wystąpiłem tylko w ostatnim spotkaniu, bo wtedy przytrafiła mi się kontuzja.
We wrześniu, październiku i listopadzie zagrałem pięć meczów w reprezentacji. W grudniu dostałem naderwania mięśnia czworogłowego i wypadłem na około dwa tygodnie, przez co ominęły mnie trzy spotkania – dwa ligowe i jedno w Lidze Mistrzów. Mimo to miałem wtedy najwięcej rozegranych minut, byłem w bardzo dobrej dyspozycji, czułem się swobodnie na boisku. Kontuzja była krótka i wszystko szybko wróciło do normy.
Problem pojawił się w momencie zmiany trenera. Nowy szkoleniowiec jasno dał mi do zrozumienia, że przy nowej taktyce i nowych założeniach nie jestem brany pod uwagę do gry w pierwszej jedenastce. Po okresie, w którym grałem najwięcej i byłem kadrowiczem, uznałem, że nie mogę zostać w takiej sytuacji. Miałem jeszcze rok kontraktu od czerwca i wiedziałem, że pół roku bez grania może bardzo dużo zmienić – mogłem stracić nie tylko możliwość transferu, ale też miejsce w reprezentacji.
Podjąłem więc decyzję, że jeśli klub nie sprzeda mnie zimą – co było trudne, bo Red Bull po pół roku grania oczekiwałby dużej kwoty – to odejdę latem. Na ten czas chciałem po prostu iść tam, gdzie będę grał. Miałem oferty m.in. z Włoch, z klubów takich jak Verona, ale były to drużyny walczące o utrzymanie. To skojarzyło mi się z sytuacją w Granadzie. W Hiszpanii trafiłem do zespołu zagrożonego spadkiem, który chciał w pół roku się uratować. Zrobiono wiele transferów, zmieniono trenera, ale to wszystko nie zadziałało. Zagrałem tam dziewięć meczów, potem przyszedł nowy szkoleniowiec, który jasno powiedział, że stawia na zawodników pod kolejny sezon, a spadek był już praktycznie przesądzony. Kolejne spotkania mnie ominęły – nie ze względów piłkarskich, tylko czysto sytuacyjnych. Grałem głównie końcówki albo pojedyncze mecze, gdy ktoś pauzował za kartki.
To doświadczenie bardzo mnie nauczyło. Uznałem, że nie chcę kolejny raz trafić do klubu walczącego o utrzymanie, gdzie może powtórzyć się ta sama historia. Dlatego zdecydowałem się na Turcję i Kasimpasę – tam mogłem grać regularnie, a to było dla mnie kluczowe, zwłaszcza z myślą o reprezentacji, która zawsze była i jest dla mnie bardzo ważna.
Zostawał mi rok kontraktu i wtedy dostałem telefon od Buraka Yilmaza. To oczywiście wielka postać tureckiej piłki, wtedy już po karierze klubowej, ale były kapitan reprezentacji. Powiedział mi wprost: „Kamil, przyjedź do nas. Masz u nas 16 meczów do zagrania, grasz wszystko, kontynuujesz karierę, jesteś cały czas pod kadrą, a po pół roku zobaczymy, co dalej”. To było bardzo konkretne i uczciwe postawienie sprawy, dlatego zdecydowałem się na ten ruch.
Przez pół roku w Turcji grałem praktycznie wszystko. Dopiero w końcówce, w ostatnich trzech meczach, pojawił się problem zdrowotny. Z tego, co mówili lekarze, był to uraz typowo ze zmęczenia – doszło do złamania piątej kości w stopie. Rehabilitacja trwała prawie trzy miesiące i to niestety wybiło mnie z rytmu. Przez to nie pojechałem też na ostatni mecz reprezentacji z Finlandią – jeszcze za kadencji trenera Michała Probierza. Tak po prostu się wydarzyło. Ten uraz sprawił, że ominęło mnie również okienko transferowe. Praktycznie cały czas byłem w trakcie rehabilitacji, więc wiedziałem, jak to wygląda. Zainteresowanie oczywiście było – z Legią rozmawialiśmy już od dłuższego czasu, to nie była decyzja z dnia na dzień. Natomiast ja w tamtym momencie byłem skupiony wyłącznie na powrocie do zdrowia. Nie byłem jeszcze w pełni gotowy, żeby wejść od razu w trening z drużyną.
Bardzo zależało mi na tym, żeby trafić do nowego zespołu już w pełni przygotowanym – nie zaczynając przygody od rehabilitacji, tylko od normalnych treningów. Chciałem być gotowy na 120 procent, a nie wchodzić w klub i od razu się leczyć. Dlatego wszystko trochę się przeciągnęło. Rozmowy trwały już trzy–cztery tygodnie wcześniej, ale finalnie musiało się to poukładać też zdrowotnie.
Dlaczego więc zdecydowałeś się na powrót do Polski? Z boku mogło to wyglądać zaskakująco. Reprezentant Polski, 25 lat, doświadczenie w Lidze Mistrzów – to nie jest oczywisty transfer do Ekstraklasy.
– Powiem wprost: moja decyzja wynikała przede wszystkim z tego, że to jest Legia. I myślę, że to mówi bardzo dużo. Wiemy doskonale, że na dziś tabela nie wygląda tak, jakbyśmy wszyscy chcieli, ale będąc w Legii myślisz tylko o jednym – o zwyciężaniu. Myślisz o kolejnym meczu, o tym, żeby go wygrać, o grze w europejskich pucharach. Dla zawodnika to jest coś mega ważnego.
Oczywiście odpadliśmy już z Pucharu Polski, ale w lidze ja niczego nie skreślam. Dla mnie wszystko jest możliwe. Dziś powtarzamy sobie w szatni, że najważniejszy jest po prostu każdy kolejny mecz i wyjście ze strefy spadkowej. A czy możliwa jest walka o coś dużego w tym sezonie? Ja w to bardzo wierzę. Nie mówię, że to będzie łatwe, ale wiem, jak ci chłopcy pracują. Widzę, jak wyglądamy na co dzień, jak każdy się stara, jak oddaje serce na boisku, jak podchodzi do każdego treningu i sparingu. I to naprawdę widać. Przygotowanie zespołu i cała struktura poszły bardzo mocno do góry. Zaangażowanie jest ogromne.
Oczywiście, mamy jeszcze rzeczy do poprawy, ale już teraz w sparingach widać postęp – tworzymy sytuacje, tracimy mało bramek, struktura gry wygląda coraz lepiej. To wszystko daje bardzo duży optymizm. Poza tym mam 25 lat. Podpisałem kontrakt na cztery lata i patrzę też długofalowo. Chcę grać i chcę zwyciężać. Jako stoper w tym wieku wciąż zaliczam się do młodej grupy zawodników – to nie jest jeszcze „30+”. Wystarczy spojrzeć, jak długo i na jakim poziomie potrafią grać doświadczeni obrońcy jak choćby Artur Jędrzejczyk. Dlatego przychodząc do Legii, mam jasny cel: walczyć o zwycięstwa, grać w europejskich pucharach i reprezentować największy klub w Polsce. A z takiego miejsca dużo łatwiej patrzeć w przyszłość.
Do tego Ekstraklasa bardzo mocno poszła do góry. Widać to po transferach – przychodzących i wychodzących – po kwotach, jakie są dziś płacone, po poziomie meczów. Dwa pierwsze zespoły grają w eliminacjach Ligi Mistrzów. Gdy wyjeżdżałem z Polski, liga była w trzeciej dziesiątce rankingu UEFA, dziś jesteśmy blisko top 10. To pokazuje skalę rozwoju. Polska piłka zmieniła się bardzo na plus. I myślę, że dlatego coraz więcej zawodników chce dziś przyjeżdżać do Polski i grać dla takich klubów jak Legia. Dla mnie ta decyzja była logiczna, przemyślana i bardzo świadoma.

Brakuje docelowo czegoś więcej niż tylko Liga Konferencji.
– No tak, dlatego miejmy nadzieję i na pewno będziemy robić wszystko – tak jak inne zespoły – żeby regularnie grać w europejskich pucharach. To jest bardzo istotne nie tylko dla Legii, ale też dla polskiej piłki i przede wszystkim dla kibiców. Wierzę, że tak właśnie będzie.
Czy poza Legią miałeś inne oferty?
– Tak, miałem. Rozmawiałem z innymi zespołami i to jest zupełnie normalne. Został mi rok kontraktu w Salzburgu, a w tym sezonie rozegrałem łącznie prawie 50 meczów, więc to naturalne, że zainteresowanie było. Rozmów było sporo, ale ostatecznie zdecydowałem się na Legię.
Powiem więcej – kiedy już w głowie podjąłem decyzję, że chcę przejść do Legii, jeszcze przed podpisaniem kontraktu dostałem dwie konkretne oferty. Mimo to zrezygnowałem z nich, bo czułem, że to jest właściwy wybór. Wiedziałem, że tutaj przychodzę i że to jest „to”. Tak jak mówiłem wcześniej – dziś może nie wygląda to jeszcze tak, jakbyśmy wszyscy chcieli, ale jestem przekonany, że wrócimy na odpowiednie tory. Na takie, na których Legia powinna być i do których ten klub zawsze powinien dążyć.
Początek sezonu byl niezły, ale w pewnym momencie dało się odczuć, że coś nie funkcjonuje tak, jak należy. Potrafisz namierzyć moment, gdy się wszystko popsuło?
- Nie wskażę jednego momentu, te sygnały niestety przychodziły. Ale to już jest przeszłość. Nie ma sensu do tego wracać ani rozmawiać o przyszłości w kategoriach gdybania. Teraz trzeba skupić się na tym, co jest tu i teraz – na kolejnych sparingach, na nadchodzących meczach i na codziennej pracy. To jest najważniejsze.
Wiadomo, miejsce w tabeli jest takie, o jakim pewnie nikt by nie pomyślał. Frustracja, która się z tym wiąże, jest absolutnie zrozumiała – i to nie tylko po stronie kibiców, ale również naszej. My wszyscy chcielibyśmy, żeby ta sytuacja wyglądała inaczej. I właśnie dlatego teraz robimy i będziemy robić wszystko, żeby jak najszybciej to zmienić. Jestem przekonany, że to się uda. Ale tak jak mówiłem wcześniej – nie ma sensu wracać do tego, co było. Trzeba skupić się na tym, co jest teraz. Podchodzimy do każdego sparingu i do każdego kolejnego meczu z pełną determinacją, na sto dwadzieścia procent, po to, żeby jak najlepiej przygotować się na nadchodzącą rundę.
Przed nami jeszcze szesnaście spotkań i to jest moment, w którym wszystko wciąż jest możliwe. Nic nie jest stracone. Oczywiście priorytetem jest jak najszybsze wyjście ze strefy spadkowej, a potem – tak jak powiedziałem – walka o marzenia. Zresztą sami widzicie, że tabela jest obecnie bardzo spłaszczona. Do dziewiątego miejsca mamy bodajże dwa punkty, a ciut wyżej są już pozycje premiowane grą w europejskich pucharach. Widzimy też, że w tym sezonie dwie drużyny grają w Lidze Mistrzów, co pokazuje, że polska liga idzie w górę. Jeżeli będziemy wygrywać mecz za meczem, wszystko jest możliwe. Dla mnie najważniejsze jest to, żeby myśleć tylko o drodze do góry tabeli. Wiem, że zarówno zespół, jak i sztab, będą konsekwentnie dążyć do tego, żeby znaleźć się jak najwyżej.

Chcę zapytać o jedną sytuację – po strzelonym golu z Szachtarem pobiegłeś do trenera, który schodził do boku taki nieco smutny i dosłownie go „szarpnąłeś” z emocji.
– Tak, to były czyste emocje. Piękna bramka, wielkie emocje i moment, w którym po prostu to wszystko ze mnie zeszło. W takich chwilach nie myśli się racjonalnie – to jest spontaniczna reakcja, radość, adrenalina. Takie momenty pokazują, jak bardzo wszystkim nam zależy i jak mocno przeżywamy to, co dzieje się na boisku.
– Wygraliśmy mecz z bardzo mocnym przeciwnikiem, można powiedzieć – najmocniejszym zespołem, z jakim graliśmy w naszej grupie. Emocje były ogromne. Trener wyszedł z pola technicznego, mógł nawet dostać za to żółtą kartkę, więc w tamtym momencie zostawiłem już tę sytuację i po prostu cieszyłem się razem z kolegami.
Wróćmy jeszcze na chwilę do rundy jesiennej, bo miałeś znakomite wejście do zespołu – praktycznie w każdym meczu byłeś w ścisłym topie, często najlepszym piłkarzem drużyny. Później przyszło jednak lekkie obniżenie formy. Czy kontuzja mogła wybić cię z rytmu?
– Kontuzje się zdarzają, taka jest piłka. Jesteśmy profesjonalistami i trzeba to akceptować. Ja ten okres wiążę przede wszystkim z nieszczęsnym meczem z Zagłębiem Lubin. Najpierw przypadkowy samobój – piłka się odbiła, kompletny pech. Potem zagranie ręką. W życiu wcześniej nie miałem takiej sytuacji, ale przydarzyło się. Traktuję to jako kolejne doświadczenie.
Oglądałem te sytuacje kilka razy, analizowałem, co mogłem zrobić lepiej. To były czysto odruchowe reakcje, nad którymi bardzo trudno zapanować. Tak się wydarzyło. Później mieliśmy po prostu sporo nieszczęścia. Często graliśmy lepiej od przeciwnika, ale nie potrafiliśmy tego przełożyć na wynik. Nie strzelaliśmy bramek, a traciliśmy je w sposób przypadkowy, czasami po sytuacjach, które w ogóle nie powinny się zakończyć golem.
Przykład? Puchar Polski z Pogonią – przegrywamy 1:2, rywal oddaje bodajże dwa strzały na bramkę i oba kończą się golem. Z Celje dominujemy cały mecz, mamy sytuacje, których nie wykorzystujemy. Podobnie Sparta Praga – byliśmy lepsi, ale co z tego, skoro przegraliśmy po stałych fragmentach.
Są takie mecze, po których naprawdę trudno znaleźć logiczne wytłumaczenie. Bo nikt nie odpuszcza, nikt nie oszczędza się na boisku. Widać pełne zaangażowanie, walkę o każdą piłkę, realizowanie założeń taktycznych. Każdy chce strzelić gola, każdy chce obronić bramkę. Czasami jednak próbujesz bardzo mocno i czegoś po prostu brakuje. Czego? Być może szczęścia. Ono w piłce też jest bardzo ważne. Znalezienie się w odpowiednim miejscu, odpowiednia reakcja, uderzenie, które trafi w udo, a nie w rękę – wtedy nie ma karnego. Wiemy, jak to działa. W wielu tych meczach po prostu tego szczęścia nam zabrakło, choć oczywiście nie tylko jego.
Były spotkania, w których prowadziliśmy od drugiej minuty 1:0, mieliśmy kolejne klarowne sytuacje, ale ich nie wykorzystywaliśmy. Była też bramka z rzutu wolnego anulowana w bardzo wątpliwych okolicznościach – przy stanie 2:0, po rzekomym faulu, którego tak naprawdę nie było. I to jest właśnie to – ten jeden element, którego w tamtym momencie nam zabrakło.
Czy w trakcie sezonu pojawiły się u ciebie wątpliwości co do obranej drogi?
– Nie, absolutnie nie. Mając 25 lat, przeżyłem już w piłce naprawdę bardzo dużo. Mam za sobą dwa mistrzostwa, trzy zdobyte puchary, a później wyjazd do Hiszpanii, gdzie spadłem z ligi. To nie są mi obce doświadczenia. Zobaczyłem różne kraje, różne kultury, ale też bardzo różne oblicza futbolu.
Grałem w Austrii, która pięć lat temu była ligą stojącą na wyższym poziomie niż Ekstraklasa i prowadzącą bezpośrednio do Ligi Mistrzów – absolutnego topu światowej piłki. Później była Hiszpania, gdzie struktura gry jest zupełnie inna: mniej biegania, więcej techniki. Następnie Turcja, gdzie futbol momentami przypomina „ping-ponga”, i Belgia, liga oparta niemal wyłącznie na fizyczności.
W Belgii też przeżyłem bardzo trudne momenty. Tam system rozgrywek jest specyficzny – tabela dzielona jest na kilka części. Pierwsza szóstka walczy o europejskie puchary, kolejna grupa gra o Ligę Konferencji, a zespoły z dołu tabeli mają dłuższą przerwę i grają o utrzymanie. My mieliśmy ostatni mecz o wejście do tej najlepszej grupy. Graliśmy u siebie z Ostendą, zespołem, który nie wygrał ani jednego spotkania. Cały stadion – 20–30 tysięcy kibiców, świetna atmosfera, pozytywne wibracje po wcześniejszych zwycięstwach. I co? Przegrywamy 1:2.
W takich momentach zadajesz sobie pytanie: jak to wytłumaczyć? Masz sytuacje, dominujesz, wszystko teoretycznie się zgadza, a wynik jest zupełnie inny. Ale taka właśnie jest piłka nożna. Dlatego nie zwątpiłem i nigdy nie zwątpiłem. Te wszystkie doświadczenia nauczyły mnie jednego – że trzeba iść swoją drogą, pracować dalej i nie tracić wiary, nawet gdy rzeczy nie układają się po twojej myśli.

Jak zareagowałeś na powrót Marka Papszuna? Dla ciebie to ponowne spotkanie z trenerem, z którym już wcześniej pracowałeś.
– Cieszę się, bo tak jak mówiłem, już wcześniej pracowałem z trenerem Markiem. Wiem, jakim jest trenerem, wiem, jak podchodzi do piłki nożnej i czym ona dla niego jest. To bardzo ważna część jego życia, zwłaszcza że jest warszawiakiem i ten klub ma dla niego szczególne znaczenie. Przede wszystkim wiem, czego on od nas oczekuje.
Przez trzy lata pracy znam jego sposób myślenia, znam taktykę, w której funkcjonuje, wiem, jak chce grać. I mam pełne przekonanie, że przy tych zawodnikach, których mamy obecnie w zespole, grając w taki sposób, jaki chcemy, możemy osiągnąć naprawdę duży sukces.
Zaczął od defensywy. Widać, że właśnie nad tym pracujecie najmocniej – nad organizacją gry.
– Pracujemy nad wszystkim. Oczywiście nie będę wchodził w detale, bo jesteśmy jeszcze przed ligą i pewnych rzeczy nie wypada zdradzać. Ale pracujemy kompleksowo. Najważniejsze jest to, że widać ogromne zaangażowanie piłkarzy. Każdy wie, co ma robić na boisku, każdy rozumie, czego trener od niego oczekuje i realizuje to w praktyce.
Z treningu na trening, z meczu na mecz wygląda to coraz lepiej. Chcemy dobrze dokończyć okres przygotowawczy i już nie możemy doczekać się pierwszego meczu ligowego. Organizacja też wyraźnie poszła do góry.

Alex Oxlade-Chamberlain oficjalnie piłkarzem Celticu

Oficjalnie. Yildiz z nowym kontraktem w Juventusie

39-letni Dżeko błyszczy w Schalke

Juan Hernandez z nowym kontraktem w FC Barcelona do 2028 roku!

Cud w Gdyni. Legia ratuje remis. Dwa gole Colaka w końcówce!

Regulamin:
Punktacja rankingu:
Za każdy nowy komentarz użytkownik dostaje 1 punkt. Jednak, gdy narusza on nasze zasady i zostanie dezaktywowany, użytkownik straci 2 punkty. W przypadku częstych naruszeń zastrzegamy sobie możliwość nakładania wyższych kar punktowych, a nawet tymczasowych i permanentnych banów.