
Kilka spostrzeżeń po meczu z Cracovią: Fizyczność i szczelna defensywa
10.03.2026 15:05
(akt. 11.03.2026 13:18)
Piąty mecz bez porażki – Piłkarze Legii notują serię pięciu meczów bez porażki. Złożyły się na to trzy remisy i dwie wygrane. Dziewięć punktów w sześciu meczach nie jest czymś nadzwyczajnym, ale pokazuje, że w grze zespołu coś drgnęło. Te punkty w tabeli nie przyniosły jeszcze oczekiwanych efektów, ale dzięki nim punktujące dość regularnie zespoły z końca tabeli, nie uciekły legionistom. Legia już dugi raz w tym roku opuściła strefę spadkową, ale po niespełna dobie do niej wróciła. Tabela jest jednak coraz bardziej płaska, różnice punktowe są minimalne i wiele jeszcze może się wydarzyć. Spaść z ekstraklasy mogą zespoły, które na koniec ubiegłego roku były dość wysoko. Jeśli Legia utrzyma serię meczów bez porażek, to ze strefy spadkowej wkrótce wyjdzie. W niedzielę zespół Marka Papszuna zagrał bardzo pragmatycznie, oddał piłkę rywalowi i czekał na błędy. Goście nie czuli się w tej roli dobrze, czasem wyglądali jakby byli tak bardzo zaskoczeni, że nie wiedzieli co mają z piłką zrobić. Okazji bramowych z obu stron było jak na lekarstwo – świadczą o tym współczynniki goli oczekiwanych. Po stronie Legii xG wynosiło 0,73, zaś po stronie „Pasów” 0,50. Ale „Wojskowi” jedną szansę wykorzystali, a bohater tej akcji był bardzo nieoczywisty.
Przełamanie Rajovicia – Trener Marek Papszun zaskoczył – już w tygodniu przygotowywał na treningach powrót do ustawienia z jednym napastnikiem. Był nim Antonio Colak, za jego plecami wystąpili Wahan Biczachczjan i Kacper Urbański. Podyktowane było to chęcią zagęszczenia środka pola. Niestety po 24 minutach szkoleniowiec musiał dokonać zmiany – Colak nabawił się urazu bez kontaktu z rywalem, problemem było ścięgno Achillesa. Do rozgrzewki ruszyli Jean Pierre Nsame i Mileta Rajović, trener postawił na tego drugiego. A Duńczyk już po siedmiu minutach strzelił gola – po dograniu w pole karne Biczachczjana był tam, gdzie powinien, wykorzystał niepewną interwencję bramkarza i sprytnym uderzeniem umieścił piłkę w siatce. Widać było jak bardzo zeszło z niego ciśnienie, jak bardzo z gola ucieszyła się drużyna i cała ławka rezerwowych. Ten gol by się nie wydarzył, gdyby nie cierpliwość trenera, który cały czas wierzył w Rajovicia i budował go tak sportowo jak i mentalnie. Jak się później okazało, było to jedyne trafienie w niedzielny wieczór. Sam Mileta, poza golem, nie grał dobrego meczu. Na 53 kontakty z piłką, 26 było udanych. Oddał 2 strzały na bramkę – celny przy golu oraz zablokowany po kontrze, gdy zupełnie niepotrzebnie zdecydował się na uderzenie. Podawał 19 razy, 14 z tych zagrań trafiło do adresata. Na 28 pojedynków z rywalami wygrał 11 z nich, ale na 8 ofensywnych pojedynków wygrał tylko raz. Brał udział w grze obronnej, w pressingu – raz udanie wybił piłkę wgraną w pole karne Legii, raz zatrzymał kontrę Cracovii. Miał aż 17 strat, w tym 7 na własnej połowie. Jeden raz zmusił przeciwnika do faulu, miał 3 kontakty z piłką w polu karnym. To tylko liczby, ale najważniejsze, że strzelił gola. Miejmy nadzieję, że dzięki temu uwierzył w siebie i teraz częściej będzie trafiał do siatki.

Papszunizacja Legii – Legioniści zagrali w niedzielę bardzo pragmatycznie, jak sam szkoleniowiec podkreślił nie była to gra porywająca, ale skuteczna – a to w tym momencie jest najważniejsze. Legioniści oddali piłkę rywalowi i Cracovia z tego powodu miała problem. Legia posiadała piłkę przez 41 procent czasu, zaś goście 59 procent. Legia wymieniła 395 podań, gdy gracze „Pasów” 566. Cracovia nie czuła się dobrze w takiej roli, nie mogła być zadowolona z meczu z Warszawie. Nie stworzyła sobie przez cały mecz ani jednaj dogodnej sytuacji bramkowej, a piłkarze odpowiedzialni za kreowanie albo zostali wyłączeni z gry, albo ich atuty zostały ograniczone do minimum. Legia całe spotkanie miała pod kontrolą, nie pozwoliła przeciwnikowi ani na rozwinięcie skrzydeł ani na grę tego co miał w planie. Legioniści paraliżowali poczynania rywala, stosowali skuteczny pressing, a gdy czasem ten element zawodził, to zasieki obronne były tak duże, że przeciwnik nie miał na nie pomysłu. Warto też podkreślić fizyczność – momentami widać było wręcz lekkoatletyczne przygotowanie. Zawodnicy ten mecz wybiegali – przebiegli 112,28 km czyli więcej niż goście. Wybieganie i szczelna obrona to fundament pod lepsze wyniki. Tak było przez wiele lat w Częstochowie z Rakowem i tak powoli zaczyna być też z Legią w Warszawie.
Hindrich czyli spokój – Otto w tym meczu nie miał wiele pracy, ale wszystko co mógł zrobić to wykonał, jak należy. Zaplusował zachowaniem w 11. minucie – piłka została zagrana z głębi pola do Mauro Perkovicia w pole karne – Hindrich wyszedł z bramki, rzucił się do piłki „szczupakiem” i głową wybił piłkę sprzed nogi składającego się do strzału gracza „Pasów”. Interwencja ryzykowna, ale skuteczna i niezwykle widowiskowa. Obronił w sumie 3 strzały – w 23. minucie uderzenie Perkovicia głową w środek bramki, w 46. minucie strzał głową w krótki róg – również w wykonaniu Perkovicia i uderzenie Mateusza Klicha z dystansu w środek bramki. W sumie xCG wynosiło w jego przypadku ledwie 0,47. Ale wprowadzał spokój swoim zachowaniem w szeregi defensywne, jego podania były w niedziele bardzo dobre. Na 7 krótkich podań wszystkie były celne, a na 7 długich podań aż 5 dotarło do celu. Zachował czyste konto, co całej drużynie nie przydarzyło się w lidze od października i bezbramkowego remisu z Lechem Poznań. Cały zespół wydaje się być lepiej zorganizowany w grze obronnej, co wykorzystuje Rumun. I jeśli tak będzie się spisywał, to jego pewność siebie będzie rosła, a trenerzy nie będą myśleli o zmianie między słupkami. Potwierdzeniem jego dobrej postawy było znalezienie się w jedenastce 24. Kolejki PKO Ekstraklasy.
Nieoczywiste postacie – W ostatnich tygodniach punkty Legii dają postacie nieoczywiste. Do lepszych wyników w ostatnich meczach mocno przyczynił się Patryk Kun, który był już jedną nogą poza klubem, nie był nawet zgłoszony do rozgrywek PKO Ekstraklasy, o europejskich pucharach nie wspominając. Dostał drugie życie od trenera Marka Papszuna i został wiodącą postacią zespołu, podobnie jak Otto Hindrich znalazł się w jedenastce 24. kolejki Ekstraklasy. Numerem trzecim w hierarchii na swojej pozycji jeszcze zimą był Kacper Chodyna, wydawało się klub chce mu znaleźć nowego pracodawcę. Dziś Chodyna wygrał rywalizację i jest czołową postacią, zapewnił zespołowi trzy punkty w starciu z Wisłą Płock. W ostatnim meczu gola na wagę wygranej strzelił Mileta Rajović, który poprzedniego gola z gry w lidze strzelił Radomiakowi Radom w połowie września ubiegłego roku. Był niemiłosiernie krytykowany, czasem wręcz wyszydzany. Ale trener w niego wierzył i w niedzielę zawodnik w końcu mu się odwdzięczył. Jeśli do tego dodamy Rafała Adamskiego, który strzelił gola w debiucie z Wisłą Płock a tydzień wcześniej niespodziewanie dołączył do zespołu, albo Otto Hindricha, który na zimowym zgrupowaniu przegrał rywalizację z Kacprem Tobiaszem, to widać, że w ostatnich tygodniach zespół ma nieoczywistych bohaterów.
Multimedia

Robert Dobrzycki: Moje życie było spokojniejsze, ale Widzew to moja...

Wisła Płock sprowadzi młody talent ze Śląska?!

Wisła Kraków po awansie do Ekstraklasy sprzedała już blisko 4 tysiące...

Bournemouth stanowczo: Junior Kroupi nie na sprzedaż nawet za 100...

Borussia Dortmund sięga po Joane’a Gadou. Transfer już potwierdzony




Regulamin:
Punktacja rankingu:
Za każdy nowy komentarz użytkownik dostaje 1 punkt. Jednak, gdy narusza on nasze zasady i zostanie dezaktywowany, użytkownik straci 2 punkty. W przypadku częstych naruszeń zastrzegamy sobie możliwość nakładania wyższych kar punktowych, a nawet tymczasowych i permanentnych banów.