Michał Kolenda Legia Warszawa – Górnik Wałbrzych 81:91
fot. Marcin Szymczyk

Koszykówka: MIchał Kolenda - Chcę się rozwijać razem z Legią

Redaktor Marcin Szymczyk

Marcin Szymczyk

Źródło: legiakosz.com

20.04.2026 19:35

(akt. 20.04.2026 19:39)

- Myślę, że nikt nie podejrzewał, że zmiana trenera na trenera Heiko będzie skutkowała tym, że zdobędziemy mistrzostwo. To się wszystko urodziło w czasie, kiedy Heiko zaczął z nami pracować. Trener szybko znalazł podstawowy problem jaki mieliśmy w zespole, jeżeli chodzi o nasz styl i naszą fizyczność, i starał się to naprawić. Ten proces trochę trwał. W międzyczasie mieliśmy takie spotkanie jak z Czarnymi Słupsk u siebie, które przegraliśmy 30-ma punktami, a kibice na nas buczeli i kierowali nieprzyjemne komentarze pod naszym adresem. My wtedy byliśmy właśnie w procesie budowania całego zespołu od podstaw - opowiada w rozmowie z LegiaKosz kapitan zespołu, Michał Kolenda.

- Wtedy jeszcze nikt nie myślał o tym, że ta drużyna może coś zdziałać w fazie play-off, czy zakończyć sezon z jakimkolwiek medalem. A to wszystko było procesem. Każdy z nas poważnie podszedł do sprawy i pewne sytuacje zaakceptował, w tym bardzo często poświęcił swoje personalne ambicje na rzecz tego, żeby drużyna dobrze funkcjonowała w systemie takim jaki trener Heiko chciał. I to była taka kolektywna sytuacja, w której każdy trochę dał od siebie, poświęcił trochę własnego ego, własnych statystyk i oddał się temu, co trener zaplanował i jak chciał nas przygotować. My pod skórą czuliśmy, że to nam pomoże. Wiedzieliśmy, że to jest dobra strategia i że w końcu kiedyś nam to odda. No i oddało tym majowo-czerwcowym okresem, w którym byliśmy naprawdę nie do zatrzymania.

Seria finałowa to było coś pięknego - siedem meczów na wysokim poziomie, dramaturgia... W którym momencie poczułeś, że nikt tego złota nie jest w stanie wam wyrwać?

- Tak naprawdę to cały czas tak myśleliśmy, przez cały finał - od pierwszego spotkania.

Nawet przy 2:3?

- Nawet. Szczerze. Wiedzieliśmy, że Start przyjedzie na szósty mecz na Bemowo i tu wygramy. Wiedzieliśmy, że nawet jeżeli będziemy mieli moment, kiedy będziemy grali gorzej, albo nie będziemy trafiali, albo nawet Start będzie grał jakąś niesamowitą koszykówkę i zyska jakieś dwudziestopunktowe prowadzenie, to każdy z nas doskonale wiedział, że jedziemy na mecz numer 7. Nie było w ogóle możliwości, żeby było inaczej. Mimo tego, że pierwszy mecz w Lublinie przegraliśmy, ten otwierający finały, to wiedzieliśmy, że dociągniemy do końca tę serię. Wiedzieliśmy, że nawet jak będzie mecz szósty, to wygramy, jak będzie mecz siódmy, to pojedziemy do Lublina i ten mecz nie może się skończyć inaczej niż na naszą korzyść. Po dwóch meczach w Wałbrzychu i awansie do półfinału, nikt z nas nie brał pod uwagę innej możliwości, niż złoty medal. Później w fajnym stylu pokonaliśmy Anwil, wygrywając dwukrotnie we Włocławku i w trzecim meczu, na Bemowie, gdzie nasi kibice zrobili niesamowitą robotę, ubrani w jednakowe koszulki, przypieczętowaliśmy awans do finału. To było coś niesamowitego - serio. Nie było szans przystępując do finału, nie było takiego scenariusza w głowie, że kończymy sezon ze srebrem.

W obecnym sezonie graliście w BCL - zaczęliście świetnie, skończyliście zdecydowanie poniżej Waszych możliwości. Można powiedzieć, że decydujący o awansie do kolejnej fazy rozgrywek mecz z Heidelbergiem przegraliście na własne życzenie?

- Na pewno każdy żałuje, bo wszystko zależało od nas, żeby wyjść z grupy i grać dalej. Wszyscy żałujemy tego, co się wydarzyło... Z drugiej strony nie mieliśmy wpływu na to, jaką mieliśmy sytuację zdrowotną w drużynie w tamtym momencie. Trzeba przypomnieć, że w okresie jesienno-zimowym było bardzo dużo kontuzji w naszej drużynie, a co za tym idzie, rotacja była ograniczona. I tak naprawdę trener Heiko nie miał do dyspozycji całego rosteru i naszych pełnych możliwości, żeby w każdym meczu wyjść i zdominować jeden, czy drugi zespół. Dobrym przykładem naszej optymalnej formy, którą mogliśmy prezentować przez cały sezon, będąc zdrowymi, jest mecz na wyjeździe w Grecji. Tam od początku, grając z drużyną, z którą u siebie przegraliśmy, narzuciliśmy własny rytm i bardzo szybko zbudowaliśmy przewagę i cały mecz kontrolowaliśmy. Z Heidelbergiem, z którym jak wspomniałeś przegraliśmy u siebie na Torwarze, tak samo jak z Grekami - również wygraliśmy na wyjeździe. W rewanżu, mieliśmy wypracowaną solidną przewagę punktową i wielka szkoda, że tej przewagi nie utrzymaliśmy do końca. Nie zamknęliśmy tego spotkania w pewnym momencie i daliśmy się rozkręcić przeciwnikom z Niemiec. Mało tego, dwa mecze z Rytasem Wilno, drużyną, która tak naprawdę co roku bardzo wysoko zachodzi w BCL i podobnie zresztą jest w tym sezonie [zagrają w Final Four - przyp. M.B.], mieliśmy dwa równe spotkania. Więc to najlepiej pokazuje, jaki potencjał był w tej ekipie. Ale wiadomo, że na końcu liczy się tylko to, czy się wygrywa, czy przegrywa. W naszym przypadku, perturbacje zdrowotne nam nie sprzyjały i musieliśmy przełknąć gorycz porażki, i zaakceptować fakt, że w tym sezonie nasza przygoda z Ligą Mistrzów skończyła się na fazie grupowej.

Twój brat przed tym sezonem wyjechał zagranicę. Ty wtedy związałeś się nową, paroletnią umową z Legią. Czyli na razie nie myślisz o wyjeździe do innej ligi?

- Jeżeli chodzi o zagraniczne "przygody", to są one już poza moim zasięgiem. Trafiłem do miejsca, które ma jeszcze bardzo dużo miejsca do rozwoju jako klub. Legia to pokazuje już od paru dobrych lat. Sam okres, w którym jestem w Legii, pokazuje, że ten klub rozwija się naprawdę bardzo dobrze i jest cały czas gotowy do rywalizacji o najwyższe cele w polskiej lidze, ma ambicje by grać o najwyższe cele w europejskich pucharach, co jest naprawdę bardzo fajne. Więc bez sensu byłoby rozglądanie się za czymś innym na siłę, szukanie jakichś przygód, miejsca, w którym trzeba zaczynać zabawę od nowa. Fajnie jest być w miejscu, w którym na tym etapie wszystko jest tak dobrze poukładane. Pozostaje tylko grać, rozwijać się i razem z klubem osiągnąć jeszcze wyższe szczyty. Kurczę, kto by odchodził po mistrzowskim sezonie z klubu, z którym podniosło się trofeum, po takim sezonie, takich play-offach? Nie wyobrażałem sobie, by nie zostać w Warszawie z tą grupą kibiców, która się również zbudowała się mocno przy okazji tych finałów. Jestem bardzo zadowolony z tego ruchu i jednocześnie podpisując nową umowę tak trochę wymazałem sobie z głowy jakieś przygody, jeżeli chodzi o ligi zagraniczne. Fajnie jest skupić się na miejscu, które rozwija się cały czas. Szczególnie teraz, kiedy zapadła w końcu decyzja o zbudowaniu nowej hali, co może być nowym rozdziałem dla całej organizacji. Fajnie jest być tego częścią na dłuższy czas i widzieć jak Legia się rozwija, cieszyć się z tego, co możemy wspólnie osiągnąć.

Przejąłeś od Darka Wyki opaskę kapitana. To trudne zadanie? Opaska nie ciąży?

- Ciąży? Na pewno nie ciąży. Już miałem okazję być kapitanem, w moim ostatnim sezon w Sopocie, więc trochę wiedziałem, z czym to się je. Widziałem, jakim kapitanem jest Darek. Jak Darek zmienił klub, prezes Jankowski powiedział mi, że będę kapitanem w Legii na kolejny sezon. Kontaktowałem się z Darkiem, żeby wiedzieć, co i jak i gdzie, jak on to rozgrywał, żeby przede wszystkim na linii sztab-klub-zawodnik, wszystkie rzeczy były dopięte. Umówmy się, dzisiaj bycie kapitanem nie jest jakoś wymagającą rolą. Bardziej trzeba się wcielić w tę rolę by chłopakom, którzy dołączają do Legii przekazać trochę informacji, a później w trakcie sezonu być łącznikiem pomiędzy sztabem, kierownikiem a klubem, ewentualnie coś pomóc, doradzić. To rola reprezentatywna, więc duża odpowiedzialność, żeby wychodząc na boisko Legia kojarzyła się z takim klubem, który jest waleczny. Mogę też powiedzieć, że mając takich kolegów w szatni, jakich mamy obecnie - nikogo nie trzeba namawiać do tego, żeby walczyli i dawali z siebie wszystko. Nigdy nie odczuwałem jakiegoś ciężaru opaski kapitańskiej w Legii.

Od początku marca jesteście na fali wznoszącej. Tak jak przed rokiem. Czy skończymy ten sezon w równie wielkim stylu?

- Chciałoby się mieć pewien schemat działania i żeby zawsze to działało tak samo, ale wszyscy wiemy, że to jest sport i różne scenariusze mogą mieć miejsce. Według mnie niepotrzebne jest nastawianie się w ten sposób, czy porównywanie do poprzedniego roku. Raczej jestem zwolennikiem, żeby patrzeć najkrócej jak się da, czyli tylko do następnego spotkania i weryfikować siebie i innych tylko przez pryzmat następnego meczu. By nie patrzeć w dal, nie narzucać sobie zbędnej presji i nie wychodzić poza pewne schematy. Przede wszystkim kontrolowanie tego, co możemy kontrolować, jest najlepszym rozwiązaniem. A to co możemy kontrolować, to jest zawsze następne spotkanie po ostatnim rozegranym. Skupienie się na przeciwniku, na jego mocnych i słabych stronach, znalezienie strategii, jak to spotkanie wygrać i tak w kółko. Aż dojdziemy do ostatniego meczu w sezonie, w którym będziemy mogli albo spojrzeć w lustro i powiedzieć, że zrobiło się wszystko, albo po prostu zaakceptować rezultat, jaki będzie miał miejsce, nawet jeśli ten nie będzie korzystny. Myślę, że niepotrzebnie patrzymy na to przez pryzmat jakiegoś długofalowego funkcjonowania. Bardziej bym skupiał się na tym, co się dzieje tu i teraz, i na najkrótszym możliwym scenariuszu, jakim jest następny mecz.

Zapis całej rozmowy z Michałem Kolendą można przeczytać na stronie LegiaKosz

Komentarze (2)

Odśwież

Dodając komentarz zobowiązujesz się do przestrzegania

Komentarze osób niezalogowanych, a także zalogowanych, którzy zarejestrowali konto w ostatnich 3 dniach wymagają akceptacji administratora.

Uwaga!

Teraz komentarze są ukryte, aby poprawić komfort korzystania z serwisu Legia.Net. Kliknij przycisk „Zobacz komentarze”, aby je wyświetlić i dołączyć do dyskusji.