Legia Warszawa - Sigma Ołomuniec 1:0
fot. Marcin Szymczyk

Maciej Kowal: U trenera Papszuna bramkarz musi być kompletnym zawodnikiem

Redaktor Marcin Szymczyk

Marcin Szymczyk

Źródło: Legia.Net

12.03.2026 12:30

(akt. 12.03.2026 12:30)

- Jaki bramkarz musi być w zespole Marka Papszuna? U trenera bramkarz musi być kompletnym zawodnikiem. Musi działać nie tylko na linii, ale też przed linią obrony, współpracować z formacją defensywną, często funkcjonować wysoko – również poza polem karnym - opowiada w rozmowie z Legia.Net trener bramkarzy Legii, Maciej Kowal.

Jak to jest wrócić po pięciu latach?

- Ostatnio żona sprawdzała Instagrama – wrzucałem wtedy post, gdy odchodziłem – i wyszło, że na przełomie grudnia i stycznia minęło równo pięć lat. I wiesz co? Zawsze się zastanawiałem, jak to będzie wrócić. Gdy odchodziłem, miałem w głowie różne scenariusze, próbowałem to sobie wyobrazić. Ale prawda jest taka, że nie da się odpowiedzieć na to pytanie, dopóki naprawdę nie wrócisz. Bo jednak te emocje cały czas gdzieś w środku są.

- Co ciekawe, ja w ogóle nie jestem z Warszawy. Moje przywiązanie do Legii zbudowało się przez tamte sześć lat pracy w klubie. I to się tak mocno zakorzeniło, że gdziekolwiek byłem, z kimkolwiek rozmawiałem, zawsze mówiłem: Warszawa to zawsze będzie mój dom. A przecież przeprowadziłem się tu, mając dwadzieścia kilka lat. Ten klub po prostu wszedł we mnie bardzo głęboko. Dlatego ten powrót nie był tylko kolejnym etapem kariery czy zmianą miejsca pracy. Był związany z dużo głębszymi emocjami.

A jak to jest wrócić w roli „tego najważniejszego”, jeśli chodzi o szkolenie bramkarzy? Przecież wcześniej przez lata był tu Krzysztof Dowhań, potem Arkadiusz Malarz…

- Zawsze marzyłem o tym, żeby pracować w pierwszym zespole. Ale chyba najlepsze, co mogło się wydarzyć – i mówię to zupełnie szczerze – to sposób, w jaki to przejście nastąpiło. Nie było tak, że ja wchodzę i ktoś zostaje zwolniony przeze mnie. Nie było żadnej wymiany „siłą”. Ja nie mam z tym nic wspólnego i cała ta narracja, która czasem się pojawiała wokół mojego powrotu, kompletnie mnie nie dotyczy.

- Moje przyjście nastąpiło wraz z przyjściem pierwszego trenera, czyli z trenerem Papszunem jako część jego sztabu. Nie ma tu żadnych ukrytych powiązań, żadnego „drugiego dna”. Ja realizowałem się poza klubem, pracowałem gdzie indziej i wróciłem w normalnych, profesjonalnych okolicznościach. Nie było żadnego podkopywania kogokolwiek, żadnych zakulisowych działań. To jest po prostu sportowy biznes. Wymiana ludzi na najwyższym szczeblu. Tak dziś wygląda futbol.

Kiedyś trener bramkarzy był często „człowiekiem klubu”. Dzisiaj bardzo często jest wyborem pierwszego trenera. Cały sztab jest jego wyborem. Kompetencje są inne, wymagania są inne. Dziś trener bramkarzy musi być kompletnie zintegrowany z zespołem, z filozofią pierwszego trenera, z jego metodologią, z tym, jak chce grać jego bramkarz. To jest normalne.

I powiem więcej – gdyby kiedyś role się odwróciły, gdybym ja był trenerem bramkarzy w jakimś klubie i przyszedłby nowy pierwszy trener, który chciałby mieć swojego człowieka, nie miałbym żadnych pretensji. Tak działa ten świat. Dziś jestem częścią sztabu Marka Papszuna. I dokładnie w takim kontekście trzeba to rozumieć – bez emocji, bez teorii spiskowych.

W ogóle pojawił się temat, żebyście pracowali razem przy pierwszym zespole – ty i Arek Malarz? Czy takiej opcji nawet nie było?

- O kształcie sztabu decyduje pierwszy trener, on określa potrzeby i kompetencje, które chce mieć w swoim sztabie.

- Ktoś, kto nie zna Marka Papszuna, może mieć problem ze zrozumieniem, czym w jego sztabie jest rola trenera bramkarzy. To nie jest stanowisko w stylu: „weź bramkarzy na bok, porób z nimi swoje i wróć”. U trenera Papszuna trener bramkarzy nie może być osobą „obok zespołu”. To jest integralna część całej koncepcji gry. Przez lata wspólnej pracy wypracowana została bardzo konkretna ścieżka myślenia, wspólne oczekiwania, sposób postrzegania boiska. To nie są standardowe rzeczy. Dlatego tak naprawdę trudno tu mówić o jakiejkolwiek elastyczności w stylu „dołóżmy jeszcze kogoś z zewnątrz”. Ten model po prostu nie daje się tak połączyć.

Otto Hindrich
Otto Hindrich Maciej Kowal

Często widać cię podczas sparingów czy treningów stojącego na wysokości pola karnego, czasem krzyczysz, reagujesz – i nie tylko wobec bramkarza. Możesz to trochę rozwinąć?

- Moja pozycja podczas meczów kontrolnych zależała tylko ode mnie. Nie jestem przypisany regulaminowo do ławki, więc korzystam z tego. Nie ma też akustyki trybun, więc mogę stać z boku, bliżej boiska. Dzięki temu lepiej słyszę komunikację bramkarza, widzę relacje między nim a linią obrony, mogę dokładniej ocenić przestrzenie – jak zachowuje się formacja, jakie są odległości, jak bramkarz reaguje na konkretne sytuacje.

- Rola trenera bramkarzy w tym sztabie to oczywiście bezpośrednia odpowiedzialność za bramkarza, ale też za to, jak on funkcjonuje w całym zespole. Bramkarz nie jest samotną wyspą. To nie jest pozycja wyalienowana, której jedynym zadaniem jest łapanie piłki. Tu chodzi o zależności: komunikację, zarządzanie przestrzenią, momentami nawet zarządzanie fazami gry – zarówno w bronieniu, jak i w atakowaniu. To musi współgrać z całą drużyną. Bez tego porozumienia nie da się zbudować spójnego systemu. To zdecydowanie coś więcej niż tylko bronienie strzałów.

Jaki więc musi być bramkarz u trenera Marka Papszuna – i u trenera Macieja Kowala? Jakie są kluczowe cechy?

- Jest jedno słowo, które wszystko to dobrze opisuje: kompleksowość. Historycznie pozycja bramkarza była kojarzona głównie z bronieniem na linii. Ale u trenera Papszuna bramkarz musi być kompletnym zawodnikiem. Musi działać nie tylko na linii, ale też przed linią obrony, współpracować z formacją defensywną, często funkcjonować wysoko – również poza polem karnym.

To jest zawodnik, który przez większość meczu… nie dotyka piłki. Jego praca polega na ciągłej ocenie przestrzeni: piłka–rywal–obrońca. To są decyzje podejmowane co kilka sekund. Bramkarz musi zabezpieczać przestrzeń za linią obrony, reagować na piłki prostopadłe, działać aktywnie przy wsparciu w obronie dośrodkowań, chcemy mieć bramkarza aktywnego w tym elemencie, wymagamy bardzo dużo by w tym elemencie bramkarze robili postępy. Musi komunikować się z zawodnikami: organizować, zarządzać ustawieniem przy odbudowie do obrony, przy przejściu do ataku. Chcemy grać wysoko, więc naturalnie tworzy się przestrzeń za plecami obrony. Ktoś musi ją kontrolować – i tym kimś powinien być bramkarz.

Do tego dochodzi organizacja obrony samej bramki: odpowiednie sektory, ustawienie przy strzałach, współpraca z blokującymi zawodnikami. Bramkarz nie może być kimś, kto tylko reaguje instynktownie na lecącą piłkę. To musi być zawodnik rozumiejący grę, podejmujący świadome decyzje. Krótko mówiąc: nie wystarczy refleks. Potrzebne są rozwinięte kompetencje taktyczne, komunikacyjne i przestrzenne. Dopiero wtedy bramkarz naprawdę staje się częścią systemu, a nie tylko ostatnią instancją.

Jakie zmiany szykują się w dziale bramkarzy w Akademii? I czy to ty będziesz za nie odpowiadał?

- To jest temat, który nie został zamieciony pod dywan, ale na ten moment został odłożony w czasie. Wynika to po prostu z hierarchii priorytetów. Teraz mamy inne rzeczy do poukładania w pierwszej kolejności.

Natomiast w idealnym świecie – i w każdym dobrze funkcjonującym dużym klubie – Akademia powinna pracować na konto pierwszego zespołu. Żeby tak było, filozofia musi być spójna, a przekaz szkoleniowy płynny. Ja, będąc wcześniej po drugiej stronie jako koordynator, widziałem dokładnie, jak to wygląda od strony procesu szkoleniowego.

Dziś mamy w zasadzie dwa środowiska, które trzeba ze sobą połączyć: pierwszy zespół i Akademię. Ta droga w pewnym momencie musi się otworzyć i zazębić. Ale żeby to miało sens, potrzebni są odpowiedni odbiorcy tego procesu – ludzie, którzy będą wdrażać konkretne rozwiązania i realnie przygotowywać zawodników pod wymagania pierwszej drużyny. Musimy sprawić, żeby wszyscy nadawali na tych samych falach. Dopiero wtedy możemy mówić o systemowym dostarczaniu piłkarzy – nie tylko bramkarzy – do pierwszego zespołu. Kiedy uporządkujemy te sprawy priorytetowe i wyprowadzimy je na prostą, naturalną koleją rzeczy będzie chęć budowania ścieżki dla młodych zawodników, którzy będą realną wartością sportową dla „jedynki”.

Będę teraz pytał o każdego bramkarza po kolei, ale zacznijmy od Kacpra Tobiasza. Na obocie wygrał rywalizację, ale potem między słupkami zastąpił go Otto Hindrich. Czy według ciebie Tobiasz nadal ma duże rezerwy, żeby stać się jeszcze lepszym?

- Tak – zdecydowanie. Zresztą gdyby tak nie było, to nasza praca nie miałaby sensu. Oczywiście, trzeba też pamiętać o realiach kontraktowych i profesjonalnym podejściu do tematu, ale ja Kacpra znam od lat, jeszcze z czasów akademii. Tyle że tamten etap nie ma już dziś większego znaczenia – seniorska piłka to zupełnie inny świat.

Moim zdaniem to jest bramkarz, który profilowo bardzo dobrze pasuje do naszego modelu gry. To zawodnik kompleksowy. Są bramkarze stricte reaktywni – tacy, którzy bazują głównie na motoryce, refleksie i odbijaniu piłek. Często są fantastyczni fizycznie, ale mają ograniczoną percepcję gry: niewielką komunikację, słabe zarządzanie przestrzenią, brak wpływu na organizację zespołu.

A są też bramkarze, którzy może nie są aż tak wybitni pod względem motorycznym czy somatycznym, ale potrafią funkcjonować w wielu płaszczyznach jednocześnie: czytają grę, zbierają informacje, komunikują się z obroną, zarządzają przestrzenią.

I dla mnie dziś Kacper Tobiasz należy właśnie do tej drugiej grupy. To bramkarz, który może dobrze funkcjonować w zespole chcącym grać w piłkę, dominować i wykorzystywać bramkarza w budowaniu gry oraz w zabezpieczaniu przestrzeni za linią obrony. Gdybyśmy natomiast wstawili Kacpra do drużyny grającej bardzo nisko, bazującej wyłącznie na obronie pola karnego i odbijaniu piłek, to nie wykorzystalibyśmy w pełni jego atutów, a on sam myślę nie czułby się tam odpowiednio. On najlepiej odnajduje się w systemie, w którym bramkarz jest aktywną częścią zespołu, a nie tylko ostatnią linią obrony.

Intensywna praca w Mijas
Kacper Tobiasz Maciej Kowal

W sumie tak było z Kacprem na wypożyczeniu w Stomilu Olsztyn.

- Tak, albo na przykład z Mateuszem Kochalskim w Stali Mielec. To są zupełnie inne środowiska funkcjonowania bramkarza. Jedno polega głównie na bronieniu dużej liczby strzałów w niskiej obronie, a u nas potrzebujemy bramkarza, który pracuje w wielu fazach gry. Dlatego uważam, że w obecnym, docelowym modelu gry Kacper Tobiasz jest zawodnikiem którego profil kompleksowości powinien u nas się odnaleźć .

Co sądzisz o Kochalskim? Bo zdania na jego temat przy Łazienkowskiej były bardzo podzielone.

- Jest mi bardzo trudno się wypowiadać, bo po pierwsze nie wiem, kto i na jakiej podstawie formułował te opinie. Po drugie – byłoby niepoważne z mojej strony, gdybym dziś jednoznacznie oceniał zawodnika, którego nie prowadziłem w seniorskiej piłce w tamtym okresie. Ja patrzę na to inaczej. Z młodymi bramkarzami – zresztą z każdym zawodnikiem – trzeba być bardzo ostrożnym w wydawaniu definitywnych ocen. Najpierw trzeba stworzyć im różne środowiska rozwoju: wypożyczenia, weryfikację, stopniowe podnoszenie poziomu wymagań.

Jeżeli zawodnik obronił się w zespole, który nie gra w piłkę, jak Stal Mielec, to kolejnym krokiem może być wypożyczenie do drużyny, która chce grać kombinacyjnie – i wtedy dopiero widzisz, jak on funkcjonuje w innym modelu.

A największym sukcesem dla Akademii jest moment, w którym zawodnik dociera do poziomu piłki zawodowej. Wtedy klub może zdecydować: czy pasuje nam tu i teraz, czy go dalej rozwijamy i sprzedajemy, czy sprzedajemy jako profil nie dla nas – ale wciąż jest to sukces szkoleniowy, bo zawodnik osiągnął metę procesu Akademii. Dziś Kochalski idzie swoją ścieżką – być może gdyby pół roku wcześniej trafił do Legii, wszystko potoczyłoby się inaczej. A być może nie. Tego nie da się jednoznacznie przewidzieć.

Wracając do obecnych bramkarzy Legii. Otto Hindrich dał się poznać jako zawodnik z dużym refleksem i bardzo dobrą grą na linii. Gdy wszedł do bramki, zachowuje spokój, który udziela się innym. Co jeszcze możesz o nim powiedzieć?

- Przede wszystkim widzimy w nim cechy, które mogą procentować w przyszłości, posiada cechy o których wspominałem wyżej w definicji kompleksowości, jest zawodnikiem odważnym, jest inteligentnym młodym człowiekiem, co dziś jest niezwykle istotnym czynnikiem w umiejętności oceniania przestrzeni w trakcie gry.

Ale mówimy wciąż o zawodniku 23-letnim, z potencjałem rozwojowym i sprzedażowym. Ma rzeczy niewytrenowalne: warunki fizyczne, somatykę, bardzo dobry układ nerwowy pod kątem reakcji. Tego się nie nauczy – to albo masz, albo nie. Do tego dochodzi doświadczenie – zarówno pozytywne, jak i trudne. Pierwsze wypożyczenie nie było w pełni udane, początki w dużym rumuńskim klubie też były wymagające, ale to nadal środowisko o wysokiej presji, mimo młodego wieku zdołał również zdobywać trofea. To wszystko buduje zawodnika. Dlatego uważamy, że przy odpowiedniej adaptacji i procesie szkoleniowym Hindrich jest w stanie dobrze funkcjonować w naszej drużynie

Pierwszy trening legionistów w Hiszpanii
Maciej Kowal

A jak wyglądał proces jego obserwacji? I szerzej – jaka jest twoja rola przy pozyskiwaniu bramkarzy?

- Moja rola wygląda tak, jak zawsze chciałem – to jest bezpośrednia współpraca w układzie: skauting (z Piotrkiem Zasadą), pierwszy trener i dyrektor sportowy. Jeżeli pojawia się nazwisko – czy to z mojej inicjatywy, czy ze skautingu – sprawdzamy warunki pozyskania i realność transferu. Rynek jest nierówny: ktoś dostępny latem niekoniecznie będzie dostępny zimą. Najważniejsza jest jednak akceptacja pierwszego trenera. To element kluczowy i końcowy.

Były nazwiska, które odrzuciłeś w tym okienku?

Oczywiście. Tych nazwisk jest zawsze bardzo dużo – to nigdy nie są dwie czy trzy opcje. Ale nie był to nikt z polskiej ligi. Zima jest bardzo trudnym oknem transferowym. Mało ruchów, zawodnicy rzadko mają kontrakty wygasające w grudniu.

Myśleliście o bardziej doświadczonym bramkarzu?

- Wiek sam w sobie nie był kryterium. To jest moment dynamiczny dla klubu, działamy też w określonych ograniczeniach. Poza tym – choć Legia jest ogromną marką – zawodnik z ugruntowaną pozycją patrzy też na pozycję w tabeli – tutaj musimy się mocno poprawić. 

Brzmi tak, jakby ktoś już w tym okienku odmówił.

- Takie historie zdarzają się zawsze – niezależnie od klubu. Tak było też w Rakowie. Zawodnicy biorą pod uwagę udział w Europie. Legia nie rywalizuje dziś o piłkarzy z Radomiakiem – tylko z klubami grającymi w pucharach. To jest inny poziom selekcji. Legia konkuruje z „Legią” innych krajów. I tu już decydują detale. Ale sytuacja może się zmienić i nad tą zmianą będziemy ciężko pracować, bo mamy na nią wpływ - na pozycję sportową klubu.

Jak patrzysz na dalszy rozwój Gabriela Kobylaka? Miał trochę pecha – dobrze wyglądał na obozie, ale doznał urazu i musiał wrócić do Polski. Jak widzisz jego przyszłość?

- Myślę, że ten uraz mocno zahamował nam proces zbierania informacji, które pomogłyby podjąć najlepszą decyzję z myślą o jego rozwoju. Nie ma co ukrywać – od samego początku zrobił na nas  dobre wrażenie. I mówię tu zarówno o charakterze, podejściu do pracy, jak i o sposobie wdrażania się w nowe środowisko.

On naprawdę podjął rękawicę w tej rywalizacji i wszystko zmierzało w dobrą stronę. I tak czy inaczej, prędzej czy później musielibyśmy się zastanowić, co jest dla niego najlepsze: czy zostaje u nas na dalszą walkę o miejsce, mając przed sobą tylko kilka meczów z racji gry na jednym froncie, czy wykorzystujemy ten czas na jego rozwój poprzez regularną grę gdzie indziej.

Kontuzja w okresie przygotowawczym trochę to wszystko zatrzymała. Natomiast absolutnie nie jest tak, że ten okres, odkąd tu jesteśmy, cokolwiek przekreślił. To nie jest zawodnik, na którym można dziś postawić krzyżyk i powiedzieć: „koniec jego historii w Legii”. Absolutnie nie.

Maciej Kowal
Maciej Kowal

Jan Bienduga - widzisz w nim duży potencjał?

- Dziś wciąż by być sprawiedliwym w ocenie mam po prostu za mało danych, żeby podpisać się pod stwierdzeniem „na pewno tak” albo „na pewno nie”. Po pierwsze – Janek dołączył do pierwszej drużyny równo z naszym przyjściem. Po drugie – kompletnie zmienia środowisko funkcjonowania, a adaptacja do tego rodzaju treningu wymaga czasu. To może chwilowo zaburzać ocenę.

Z mojego doświadczenia – jeszcze z pracy w Akademii – niemal zawsze wyglądało to tak samo: na początku był pewien „szok bojowy”, dezorientacja, a dopiero później następował wyraźny skok w górę. Tutaj może być podobnie. Trzeba też pamiętać, że on nie trenuje dziś na pełnych prawach jak bramkarze pierwszego wyboru – nie uczestniczy w taktyce, w dużych grach. Dlatego, jeśli chcemy zachować jego rozwój, trzeba będzie tym mądrze zarządzać: dawać mu minuty, czy to w Akademii, czy w meczach rezerw, ale nie tylko w meczach ale również w procesie treningowym, drużynowym by zachować harmonie w rozwoju między obszarem indywidualnym a kompleksowym. To bardzo młody i interesujący chłopak, który zdecydowanie zasługuje na szansę i na podstawie dotychczasowego wspólnego okresu mogę stwierdzić że jest to rodzaj potencjału, który powinien być inwestycją klubu i tak też zresztą się dzieje.

A gdybyś miał porównać go stylowo do Majeckiego czy Miszty?

- Do takich porównań wrócimy za jakiś czas, pozwólmy mu się odpowiednio zaadoptować w procesie i w nowej roli. Trening to za mało. Muszę zobaczyć jego regularność, a najlepiej progres w komunikacji, poruszaniu się, zachowania w realnych przestrzeniach meczowych. Dopiero wtedy będzie można przypisać, określić jego  profil. Natomiast już dziś przejawia inklinacje bramkarza kompleksowego, nie jednowymiarowego, co mnie bardzo cieszy 

Czyli nie wyobrażasz sobie sytuacji, w której drugi bramkarz pół roku siedzi bez gry?

- Absolutnie nie. Każdy z tych bramkarzy dziś potrzebuje minut. Każdy. Najważniejsze jest zoptymalizowanie poziomu sportowego pierwszego zespołu. Jeśli mamy bramkarza A, to bramkarz B też musi być w rytmie meczowym – bo nigdy nie wiesz, co się wydarzy. Nie wyobrażam sobie, że drugi bramkarz przez pół roku nie gra w ogóle. To nie ma prawa się wydarzyć. Zakładamy to w scenariuszu 0-1 bramkarz. który zaczyna i kończy rundę, natomiast jak wiemy i doświadczamy, zmiana może nastąpić w trakcie rundy i na taką ewentualność zawsze trzeba być gotowym myśląc i dbając o bramkarzy numer 2 i 3.

Cofnijmy się na moment do czasów twojej wcześniejszej pracy w Legii. Spośród Majeckiego, Miszty i Kochalskiego – kto miał największy potencjał?

- To nie jest takie proste, bo każdy z nich to zupełnie inny profil. Miszta to inny typ niż Majecki czy Kochalski – nie da się ich wrzucić do jednego worka.

Dla mnie od początku Miszta był „perłą kompleksowości” – bramkarzem idealnym do zespołów, które chcą wykorzystywać bramkarza w fazie ataku, potrzebują piłkarza na bramce, kogoś w stylu profilu bramkarza potrzebnego dla Manchesteru City. Fantastyczne warunki fizyczne, gra nogami, rozumienie gry i przestrzeni – taki profil jest dziś najbardziej pożądany na świecie.

Majecki z kolei był prowadzony wręcz podręcznikowo, gdy mówimy o ścieżce rozwoju: wypożyczenie do Stali Mielec, oswojenie się z pierwszą piłką, a potem decyzja Ricardo Pereiry, który postawił na młodego kosztem bodajże Arka Malarza. To był moment przełomowy – otworzył drzwi kolejnym młodym. Potem przyszli Miszta, Tobiasz, Kobylak i dołączył Kikolski… i tak ten proces zaczął działać. A o Kochalskim już wcześniej powiedziałem. 

Galeria: CLJ: Legia - Lech 4:2
Maciej Kowal

Wiesz, co powiedzą złośliwi? Że Legia z młodym bramkarzem nie wygrywa. Nie ma sukcesów.

- Trudno z tym dyskutować gdy chcemy temat uprościć i przekierować odpowiedzialność na jedną pozycje, bo na pierwszy rzut oka ktoś może tak to podsumować: trofea są trofeami, tabeli nie oszukasz. Tylko że równie dobrze można by powiedzieć, że „Legia nie wygrywa, kiedy nie ma w składzie blondyna” – i też dałoby się pewnie ułożyć jakieś przykłady pod tezę. W praktyce takie hasła brzmią „barowo”, ale rzadko są realnym wyjaśnieniem.

Kosta Runjaić przywiązywał do tego sporą wagę. Niby stawiał na Tobiasza, ale często powtarzał, że drużyny z młodymi bramkarzami nie zdobywają tytułów. Taki przesąd, jak niektórzy mają z „kobietą w szatni” albo innymi rzeczami?

- Dokładnie – każdy trener ma jakiś swój system wierzeń, przesądów, wartości. Ja wolę opierać się na faktach, na tym, co widać w szerszej perspektywie. Gdyby to był wzorzec obowiązujący globalnie, to na świecie rzeczywiście wyglądałoby to tak, że bez doświadczonego bramkarza nie da się nic wygrać. A tak nie jest.

Dla mnie takie przekonanie najczęściej wynika z osobistych doświadczeń. Może trenerowi kiedyś młody bramkarz zawalił ważny mecz, kosztowało go to wynik i od tamtej pory utrwaliło się myślenie: „młody = ryzyko”. Tyle że to często jest wypadkowa pracy całego zespołu, a nie jednego zawodnika.

Rozumiem, że naturalne jest oczekiwanie stabilności, ale z drugiej strony – młody bramkarz nie rodzi się bez błędów. To jest niemożliwe. Pytanie brzmi raczej: na ile zespół jest w stanie „unieść” te błędy i zareagować tak, żeby jeden błąd bramkarza nie przekreślał całego meczu. Czyli na przykład: okej, tracimy jedną bramkę, ale strzelamy dwie i jedziemy dalej. Wtedy młody się uczy, a drużyna nie traci punktów. W ostatnich latach Legia bywała w takim momencie, że błędy – także te bramkarskie – kosztowały wyjątkowo dużo, bo kosztowały punkty. A jak tracisz punkty seriami, to narasta narracja, presja, oceny idą w skrajności.

Trzeba też pamiętać, jak działa sama pozycja bramkarza. To jest specyficzna rola, bo przez większość czasu „grasz bez piłki”. Oceniasz przestrzenie, relacje w tej przestrzeni: piłka–rywal–twój zawodnik, odległości, timing. I możesz się pomylić. Młody bramkarz myli się częściej, bo po prostu potrzebuje te wszystkie scenariusze przerobić.

Co ciekawe, są nawet badania dotyczące szybkości reakcji – i paradoks polega na tym, że najszybciej reagują dwie grupy: uproszczę by się nie rozwodzić: „młodzi”, bo są fizycznie szybcy, ale działają intuicyjnie, a nie powtarzalnie, oraz weterani. Tyle, że weterani często „wygrywają” nie samą motoryką, tylko doświadczeniem: oni uprzedzają zdarzenia, bo już widzieli podobną sytuację dziesiątki razy. I o to w tym chodzi – doświadczenie to nie tylko lata w metryce, ale baza przeżytych sytuacji.

Galeria: Legia II - Pogoń Grodzisk Mazowiecki 5:0
Maciej Kowal

Jeszcze jedno na koniec. Masz świadomość, że twój czerwcowy wywiad dla Tomka Ćwiąkały „wsadził kij w mrowisko”? Choć mówiłeś delikatnie, można było wyczuć, że nie do końca zgadzałeś się z tym, jak funkcjonuje szkolenie bramkarzy w Legii.

- Wiem, jak to mogło zabrzmieć, i rozumiem, że ktoś mógł to uprościć do tezy: „on się nie zgadzał”. Ale to brzmi pretensjonalnie, jakbym chciał z pozycji wyższości oceniać ludzi. A to nie miało nic wspólnego ani z arogancją, ani z brakiem szacunku do historii. Nie miałem zamiaru uderzać personalnie, robić wycieczek w stronę konkretnych osób. To była raczej opowieść o szeregu decyzji i o tym, że pewne rzeczy albo się nie zmieniały, albo nie były weryfikowane.

Jeśli miałem w tym wszystkim największy „żal” – i mówię to ostrożnie, bo może lepszym słowem byłby niedosyt – to dotyczył jednego obszaru: połączenia Akademii z pierwszym zespołem. Bo w dużym klubie Akademia pracuje na konto pierwszej drużyny. Żeby to działało, musi być spójna filozofia i płynny przepływ. I tego mi najbardziej brakowało. Nigdy nie robiłem z siebie „papieża szkolenia bramkarzy”, który uważa się za najważniejszego. Po prostu uważałem, że bez realnego mostu między Akademią a pierwszym zespołem trudniej jest dowozić efekt.

Liczby i historia pokazują wiele. To, co było „ze mną” i „beze mnie”, w pewnym sensie wskazuje, że coś po drodze nie działało tak, jak mogłoby. Ale ja nie mam o to pretensji. Być może tak miało być, być może moja droga powrotu do Legii i do pierwszego zespołu musiała być budowana poprzez inne miejsca i ludzi. Najważniejsze jest to, żeby to zostało dobrze zrozumiane: nie chodziło o atak, tylko o mechanizmy i o to, jak usprawnić cały system, żeby Akademia realnie pracowała dla pierwszej drużyny.

Komentarze (78)

Odśwież

Dodając komentarz zobowiązujesz się do przestrzegania

Komentarze osób niezalogowanych, a także zalogowanych, którzy zarejestrowali konto w ostatnich 3 dniach wymagają akceptacji administratora.

Uwaga!

Teraz komentarze są ukryte, aby poprawić komfort korzystania z serwisu Legia.Net. Kliknij przycisk „Zobacz komentarze”, aby je wyświetlić i dołączyć do dyskusji.