Tomasz Kiełbowicz Marcin Mięciel Tomasz Sokołowski II
fot. Marcin Szymczyk

Marcin Mięciel: Młodemu trzeba dać szansę

Redaktor Marcin Szymczyk

Marcin Szymczyk

Źródło: Przegląd Sportowy, przegladsportowy.pl

06.05.2026 11:50

(akt. 08.05.2026 10:36)

- Dlaczego nie ma tak jakiegoś zorganizowanego procesu w Legii, która ma potężną akademię? Powinno tak być, że przychodzi trener i dostaje wytyczne od prezesa: "Walczysz o mistrza, ale musisz kilku chłopaków wprowadzić do gry". I ci młodzi zawodnicy — jeśli zliczyć minuty — powinni mieć co najmniej 10 pełnych spotkań. I wtedy możemy cokolwiek o nich powiedzieć. A tak zagrają jeden mecz, nie wyjdzie, i kluby wracają do starego rozwiązania - mówi w rozmowie z "Przeglądem Sportowym" były napastnik Legii Warszawa, Marcin Mięciel.

- Pamiętam jak trafiłem do Pogoni Konstancin. Dostaliśmy razem z "Szamo" ofertę i obaj z niej skorzystaliśmy. Pogoń wypożyczyła nas do Hutnika Warszawa. Ja wtedy w 1. lidze, chyba w 12 meczach, strzeliłem sześć bramek, grałem naprawdę świetnie; ze Stomilem zagrałem koncert, a tam grali Czereszewski, Sokołowski, poważni zawodnicy. Przyszedł Paweł Janas i powiedział, że zabiera mnie na obóz z Legią. Jakbym został w Lechii, to kto wie, może nigdy bym nie grał w piłkę. Nigdy się nie dowiem. OK, są tacy chłopcy jak Pietuszewski, że od razu jest jasne, że będą grali. Ale wielu jest takich chłopaków, którym trzeba dać szansę, czas, zaufać. Ja tak patrzę na Legię, bo mamy najbliżej. Jak oni biorą trzech napastników, z których dwóch się nie nadaje, to dlaczego jednego miejsca nie zajął chłopak z akademii, taki Gieroba. Tyle lat w niego inwestowałeś, daj mu chociaż szansę. Dlaczego nie możemy wziąć czterech juniorów i niech jeden wypali? To są kwestie, których nie rozumiem. Dlaczego młody Żewłakow wchodzi za każdym razem i wygląda znakomicie, ale nigdy nie dostaje szansy od początku? Czy tak trudno dać szansę? Jak jest dobry, to ma grać.

- Wejście do Legii nie było łatwe. Szatnia była naprawdę na niesamowitym poziomie. Wojtek Kowalczyk, Jerzy Podbrożny, a za nimi doświadczeni zawodnicy jak Zbyszek Grzesiak, Darek Szeląg, dalej utalentowany Andrzej Sazanowicz. Myślę sobie: "gdzie ja do nich, nie mam szans". Pojechałem na obóz i wróciłem jako napastnik nr 3. I tak sobie myślę, że przecież dopiero co byłem rezerwowym w Lechii. A zaraz wyjechał "Kowal" i wskoczyłem na pozycję nr 2. W Legii Warszawa! Szansę dał mi Paweł Janas.

- Grałem w Niemczech, tam jest prosta zasada, gra lepszy, a najlepiej krajowy. Polak musi mieć pierwszeństwo, chyba że ktoś jest poziom wyżej. Prezes powinien powiedzieć: czterech juniorów musi być zawsze, w tym dwóch musi być na boisku. Oni wam nie popsują. A jak popsują, to co? Starsi zawodnicy nie popełniają błędów? To młodzi zawodnicy doprowadzili do tej kryzysowej sytuacji?

- My, jako młodzi, się buntowaliśmy, bo starzy mieli fory. Można powiedzieć, że była "fala". Starzy mieli swoje imprezy, my trzymaliśmy się razem. Na obozie siedzieliśmy przy oddzielnych stolikach. Na treningu waliliśmy się po nogach, aż iskrzyło. Jak były karne, to nikt nie chciał strzelić bramki, wszyscy waliliśmy prosto w "Robaka" (Zbigniew Robakiewicz), żeby poczuł nasz młodzieńczy gniew na własnej skórze. W końcu przyszedł do nas do pokoju Krzysiek Ratajczyk, zaprosił nas na spotkanie, tam czekała stara gwardia, Leszek Pisz, Zbyszek Mandziejewicz i tak dalej. I Leszek mówi: "Młodzi, musimy się ogarnąć. Gracie świetnie, będziemy was traktować jak równych, ale musimy powalczyć o tytuł". I wygraliśmy ten tytuł, wyprzedziliśmy Widzew. Gorzej było w kolejnym sezonie. Przyszedł Czarek Kucharski i Andrzej Kubica. O ile Czarek to naprawdę super poziom, to od Andrzeja na pewno nie musiałem czuć się gorszy, wręcz przeciwnie. Ale on grał w sparingach, więc poszedłem na wypożyczenie do ŁKS. Straciłem Ligę Mistrzów.

- Pierwsza drużyna Legii, w której grałem, zdobyła mistrzostwo, puchar, superpuchar i zagrała w Lidze Mistrzów. Potem była drużyna, gdzie było trzech chłopaków na ławce, Artur Kupiec, Darek Solnica, Marcin Rosłoń. Kilka kontuzji i byśmy nie mieli jedenastu do gry, a myśmy się bili o mistrza do końca. Aż przegraliśmy 2:3 z Widzewem w tym słynnym meczu. Prowadziliśmy 2:0 na pięć minut przed końcem i normalnie na 10 takich meczów, wygralibyśmy wszystkie. Ale to był ten 11. Minęło 30 lat i wciąż nie wierzę. Ja zszedłem wcześniej i oglądałem to z boku. Pierwszy błąd popełnił trener, bo ściągnął dwóch napastników, chciał bronić wyniku, ale kogoś powinien zostawić. Mentalnie zbudował rywala. Potem kontuzja sędziego Czyżniewskiego i chłopaki przybijali piątki. Byli zbyt pewni siebie. Oni strzelili bramkę i zaczęli nas cisnąć. Za chwilę byliśmy pozamiatani. Pamiętam, że przyjechała do mnie rodzina i nie wiedziałem, co im powiedzieć, nie byłem w stanie się z nimi spotkać. Jak potem pojechaliśmy na wakacje z Piotrkiem Mosórem, to bardziej przypominało to pogrzeb.

Zapis całej rozmowy z Marcinem Mięcielem można przeczytać na stronach "Przeglądu Sportowego". 

Komentarze (47)

Odśwież

Dodając komentarz zobowiązujesz się do przestrzegania

Komentarze osób niezalogowanych, a także zalogowanych, którzy zarejestrowali konto w ostatnich 3 dniach wymagają akceptacji administratora.

Uwaga!

Teraz komentarze są ukryte, aby poprawić komfort korzystania z serwisu Legia.Net. Kliknij przycisk „Zobacz komentarze”, aby je wyświetlić i dołączyć do dyskusji.