
Marek Jóźwiak: Aby być w Legii trzeba mieć DNA zwycięzcy
27.08.2026 13:05
(akt. 27.08.2026 14:23)
Ucieszyła Pana możliwość powrotu na Ł3 w roli piłkarza?
- Zawsze fajnie jest spotkać się z przyjaciółmi z boiska, których nie widziało się czasami nawet 10–15 lat. Cieszy również fakt spotkania z piłkarzami, których sprowadziłem do Legii, jak np. Miro Radović czy Danijel Ljuboja. Ten mecz to bardzo fajna inicjatywa klubu. Warto zawsze takie święto obchodzić w odpowiedni sposób, a takim jest zaproszenie wielu byłych zawodników stołecznej drużyny. Myślę, że kibice, a szczególnie ci młodsi, będą chcieli zobaczyć osoby, które tworzyły historię tego klubu.
Po raz pierwszy do Legii trafił Pan w 1988 roku z trzecioligowej Mławianki Mława. Jak wspomina Pan swoje początki i walkę o pierwszy skład?
- Wtedy walka o pierwszy skład Legii to była przysłowiowa walka z wiatrakami. Wówczas w zespole Wojskowych znajdowało się około 14–15 reprezentantów Polski. Ja trafiłem na okres, gdzie byli Krzysztof Gawara, Janek Karaś, Kaziu Buda czy Tomek Arceusz. Później z zagranicy wrócił jeszcze Paweł Janas. Miałem okazję grać i uczyć się od bardzo dobrych piłkarzy – jak ci wcześniej wspomniani, czy również Dariusz Dziekanowski i Dariusz Wdowczyk. Dziś mógłbym te nazwiska wymieniać i wymieniać – zostały mi one na całe życie. To był świetny okres, gdy wchodziłeś do szatni i widziałeś zawodników, których jeszcze tydzień temu oglądałeś w telewizji czy w reprezentacji Polski. Trafiłem na taki czas że zaczynałem z tym pokoleniem zawodników, którzy byli świetnymi piłkarzami i kapitalnymi ludźmi. Do teraz mam z nimi świetny kontakt.
Kiedy nastąpił taki moment, że poczuł się Pan zawodnikiem pierwszej jedenastki?
- Za moich czasów, jeśli w Legii poczułeś się pełnoprawnym zawodnikiem pierwszej drużyny, to zaraz mogłeś wylądować na ławce. Nie wiem, jak jest teraz, ale na pewno zawsze na każdym treningu, w każdym dniu musisz dawać z siebie maks, aby wyjść w podstawowym składzie. Rywalizacja o pierwszy skład stołecznej drużyny kiedyś była i chciałbym, żeby dalej była cały czas bardzo mocna. Dzięki temu zawodnicy się rozwijają i mogą osiągać sukcesy. My je osiągaliśmy dzięki temu, że rywalizacja była zdrowa i wiemy, co ona dała. Liga Mistrzów, mistrzostwa i Puchary Polski - tylko dzięki rywalizacji i wspaniałemu kolektywowi, który się wtedy tworzył, mogliśmy to zrobić.
W 1993 roku straciliście mistrzostwo przy zielonym stoliku. Jak z perspektywy zawodnika to wyglądało i jaka wtedy była atmosfera w drużynie?
- Panowała przybita atmosfera. Byliśmy wówczas na obozie w Zakopanem i przez kilka dni nie trenowaliśmy, bo był to dla nas bardzo mocny cios. Do dzisiaj myślę, że klub mógł wówczas zrobić więcej, aby uratować tamten tytuł. Czasy były wówczas takie, a nie inne i nie chcę nikogo tłumaczyć, ale żeby odbierać mistrzostwo, należałoby najpierw udowodnić, że coś się działo, a słowa jednego człowieka nie powinny być wystarczające. Ja tak do tego podchodzę, że warto było wówczas powalczyć, aby tytuł został u nas, a nie trafił do innego klubu.
Rok później zdobyliście na krajowym podwórku dublet, który w kolejnym sezonie udało się obronić. Czy to był Pana najlepszy okres w Legii?
- Każdy dzień spędzony w Legii traktuję bardzo emocjonalnie, ponieważ jestem bardzo zżyty z tym klubem i z tym środowiskiem w Warszawie. W stolicy mieszkam od 1987 roku i nie widzę siebie poza Warszawą. Pracowałem również w wielu innych klubach, z którymi mam dobre wspomnienia. Natomiast Legia i Warszawa są najbliższe mojemu sercu i tym bardziej fajnie będzie spotkać się na Łazienkowskiej – na stadionie, który w tym okresie, można powiedzieć, budowaliśmy wspólnie z ówczesnym włodarzem, śp. Mariuszem Walterem.
Jak wspomina Pan historyczny awans do Ligi Mistrzów?
- Myślę, że awans do Ligi Mistrzów jest spełnieniem marzeń każdego piłkarza. Bardzo długo musieliśmy czekać, żeby polski klub się tam znalazł. My wtedy graliśmy w prawdziwej Lidze Mistrzów, ponieważ nie było wicemistrzów ani drużyn z trzecich miejsc czy dalszych, tylko sami krajowi mistrzowie. To była prawdziwa Liga Mistrzów – my się tam znaleźliśmy i wyszliśmy z grupy. Do tej pory nikt tego sukcesu nie powtórzył. To było kapitalne wydarzenie i piękne przeżycie nie tylko dla nas, ale również dla wielu tysięcy kibiców warszawskiej Legii, którym tamten czas dał wiele radości.
Wtedy Pan poczuł, że osiągnął wszystko i dlatego odszedł do Francji?
- Tak bym tego nie określił. W życiu po prostu przychodzi taki moment, kiedy wiesz, że chcesz spróbować czegoś innego. Przyszły wówczas propozycje z Francji i Niemiec. Ja zdecydowałem się na kierunek francuski, jednak niełatwo było wyjechać do zachodniego klubu i do tak mocnej ligi jak francuska.
Skąd potem pojawił się pomysł na Chiny?
- Trener Henryk Kasperczak miał tego samego agenta co ja - śp. Tadeusza Fogla. Wybrałem się wówczas na bardzo fajną wycieczkę krajoznawczą i pograłem sobie pół roku w Chinach. Już pół roku później wróciłem do Legii.
Wtedy to był niecodzienny kierunek. Boom na Chiny pojawił się 15 lat później.
- Tak, ale wtedy już zaczynało coś kiełkować i płacono niezłe pieniądze. Ja lubię odkrywać rzeczy, których wcześniej nie widziałem, a gdyby nie to, być może do dziś nie pojechałbym do Chin. A tak spędziłem tam sześć wspaniałych miesięcy. Poznałem kulturę ludzi, zabytki i życie, które dla normalnego Chińczyka nie było tak normalne, jak by się mogło wydawać.
W 2001 roku wrócił Pan do Legii, która zdobyła wówczas pierwsze od 6 lat mistrzostwo. Jak Pan tamten okres wspomina?
- Wróciłem jak do siebie i to był dla mnie powrót do domu rodzinnego. Były tam pewne perypetie, ale wszystko udało się szybko załatwić. Osoba prezesa Miklasa, ale przede wszystkim trener Okuka byli tutaj dla mnie kluczowi. Okuka słynął z twardej ręki i jego treningi były bardzo ciężkie, jednak mi to pasowało, bo ja zawsze ciężko pracowałem i nikt mi nic nie dał za darmo. To właśnie dzięki m.in. tym ciężkim treningom i warunkom, które narzucał trener, udało nam się odnieść sukces.
Skąd zrodził się pomysł na zostanie skautem?
- Wówczas to środowisko w polskim futbolu zaczynało kiełkować. Ja napatrzyłem się na pewne rzeczy na Zachodzie i postanowiłem w to wejść. Zacząłem od skauta, potem dyrektora skautingu, a następnie przeszedłem do spraw rozwoju sportowego. Ta praca bardzo mnie fascynowała. Jeżdżenie, obserwowanie piłkarzy, drużyn, analiza profili piłkarzy. Dużo się w tym kierunku wydarzyło i wówczas trafiło do Legii wielu świetnych piłkarzy: Roger Guerreiro, którego ściągnąłem z Brazylii, Edson da Silva czy Moussa Ouattara. Za mojej kadencji do Warszawy trafił także Artur Jędrzejczyk, którego będziemy w piątek żegnać. To jest chłopak, którego wziąłem z Dębicy przy pomocy właśnie byłych piłkarzy. Wówczas stworzyłem siatkę skautów opartą na byłych legionistach, m.in. Leszku Piszu, który był w Dębicy i ogarniał ten region, czy Staśku Baczyńskim, który współpracował wówczas z Igloopolem i razem podpisaliśmy umowy. Dziś to nie wydaje się nowoczesne, ale wówczas takie rzeczy jak kluby satelickie, dzięki którym trafił tu „Jędza”, były czymś nowym.
Podobnie jak Pan, Jędza trafił tu z małego klubu.
- Tak, dokładnie. Dlatego wówczas też bardzo mu pomagałem w tym, żeby w tej Legii został, żeby się ogrywał – i jak się okazało, stał się ikoną tego klubu.
Czy wypatrzył Pan kiedyś piłkarza, którego bardzo chciał Pan sprowadzić, ale klub ostatecznie z niego zrezygnował, a później on zrobił dużą karierę?
- Było wielu takich, ale też byli tacy, których sprowadziłem, a tutaj nie odpali i nie pokazywali tego co w innych klubach. To jest taka dziedzina, gdzie możesz sięgnąć po kapitalnych zawodników, ale możesz też trafić na takich, którzy wydają się kapitalni, ale w specyficznym środowisku, takim jak Legia, gdzie od piłkarza zawsze wymaga się bardzo dużo, nie dają sobie rady.
W 2011 roku przejście na stanowisko dyrektora było dla Pana naturalnym, kolejnym ruchem?
- To była decyzja działaczy. Ja pracowałem już w Legii kilka lat i podjąłem się wówczas tego zadania. Natomiast muszę zaznaczyć, że to nie było takie stanowisko dyrektora sportowego jak dziś. Wówczas były inne uwarunkowania. Był trener i jego sztab, którzy decydowali o różnych sprawach. Był właściciel, śp. Mariusz Walter. To był złożony proces, a kluczową częścią był dział sportowy, który decydował o tym, kto trafi do Legii. Ja oczywiście jeździłem, obserwowałem, musiałem mieć również skautów. Sam również wychowałem kilku młodych skautów, a także trenerów, którzy jeździli ze mną i obserwowali młodych zawodników. Dzięki temu trafili tutaj m.in. Maciek Rybus czy Ariel Borysiuk. To byli również piłkarze z małych klubów, którzy debiutowali w Legii w wieku 16–17 lat, a potem grali w reprezentacji Polski. Legia wówczas potrafiła ściągać wielu bardzo zdolnych zawodników, którzy od razu dostawali się do pierwszego zespołu.
W 2013 roku Pana czas w Legii dobiegł końca Kto podczas tej wieloletniej drogi był dla Pana najważniejszą postacią?
- Przede wszystkim śp. Lucjan Brychczy. Ja miałem z nim do czynienia od samego początku, jak trafiłem do Legii, i z nim mam największe wspomnienia. Ważną postacią dla mnie był również Paweł Janas, z którym jeszcze miałem przyjemność grać, gdy wrócił z Francji. Bardzo dużo zawdzięczam także Andrzejowi Strejlauowi czy Jerzemu Engelowi, dzięki któremu trafiłem do Legii. Engel znał się z moim trenerem z Mławianki z czasów studiów na AWF i dostał pewnie sygnał od niego, że jest taki chłopak w Mławie, na którego warto postawić. To są ludzie, którym naprawdę wiele zawdzięczam.
Jak ocenia Pan obecną sytuację Legii?
- Legia jest na razie na pierwszym miejscu. Zawsze jest klubem, o którym dużo się mówi, ponieważ nigdy nie schodzi ze świecznika. Aby być piłkarzem, trenerem czy prezesem tego klubu, trzeba mieć naprawdę mocne cztery litery i bardzo mocny charakter. Tutaj jesteś oceniany każdego dnia, na każdym treningu, w każdym meczu i w każdym sparingu. Tu musisz mieć DNA zwycięzcy. Myślę, że tylko tacy zawodnicy i tacy ludzie mogą w takim klubie jak Legia pracować, ponieważ ten zespół zawsze stawia bardzo wysokie wymagania.
A jest jeden piłkarz, którego szczególnie by Pan wyróżnił?
- Na razie nie ma takiego jednego piłkarza, którego można by było wyróżnić od A do Z. Mi podoba się gra Pawła Wszołka, ponieważ on emanuje tutaj dużym charakterem i wydolnością. On może nie jest wybitnym technikiem, ale zostawia serce na boisku. To bardzo fajny chłopak, który w późniejszym wieku trafił do Legii, ale jest kluczową postacią tej drużyny. Ma jak każdy piłkarz lepsze i słabsze momenty, ale mimo to zawsze zostawia serce na boisku.
A na co nas stać w obecnym sezonie?
- Takich pytań się nie zadaje legioniście, bo odpowiedź jest jedna (śmiech). Stołeczna drużyna musi zawsze zdobywać mistrzostwo Polski, musi zdobywać trofea. Tutaj tylko i wyłącznie liczy się pierwsze miejsce. Drugie i trzecie absolutnie nie mają znaczenia dla takiego klubu jak Legia.

Harry Kane przedłuży kontrakt z Bayernem. Warunki uzgodnione

Świątek z wyczynem niewidzianym od czasów Hingis

Jagiellonia Białystok ograła Ararat-Armenia i odniosła historyczne...

Frederiksen po laniu od Bayeru: „Towarzyszyła nam duża presja”

Lisandro Martinez ukarany finansowo przez Manchester United za krytykę...

Regulamin:
Punktacja rankingu:
Za każdy nowy komentarz użytkownik dostaje 1 punkt. Jednak, gdy narusza on nasze zasady i zostanie dezaktywowany, użytkownik straci 2 punkty. W przypadku częstych naruszeń zastrzegamy sobie możliwość nakładania wyższych kar punktowych, a nawet tymczasowych i permanentnych banów.