
Marek Papszun: Legia ma być zespołem zorganizowanym i zdyscyplinowanym
26.01.2026 08:00
(akt. 26.01.2026 08:00)
Od momentu podjęcia pracy w Legii do pierwszego treningu było mało czasu, a sporo rzeczy do uporządkowania. Może pan nieco o tym opowiedzieć?
- Przez pierwsze pięć dni zebrałem i uporządkowałem wszystkie informacje dotyczące funkcjonowania klubu. Obejmowało to analizę raportów, dokumentów oraz wiele rozmów z pracownikami – zarówno z osobami odpowiedzialnymi za przygotowanie motoryczne i organizację, jak i z trenerami. Zależało mi również na bezpośrednich spotkaniach z każdym z osobna.
- Równolegle trwał proces kompletowania sztabu szkoleniowego. Czterech współpracowników dołączyło ze mną z Rakowa. Jednocześnie zapadła decyzja, aby w strukturach klubu pozostały osoby odpowiadające za obszar motoryczny i organizacyjny, a także część pionu piłkarskiego – do tego jeszcze wrócę. Z klubu odszedł trener Grzegorz Mokry, co oznaczało konieczność dodatkowej rekrutacji. Zawsze prowadzę wcześniej rozeznanie i rozmowy z potencjalnymi asystentami, więc byłem na to przygotowany, jednak sam proces również wymagał czasu. Ostatecznie do sztabu dołączył Marek Wasiluk.
- Kolejnym etapem był przegląd kadry oraz ustalenie zasad współpracy. Odbyły się także spotkania z prezesem oraz dyrektorami. Ważnym elementem tych rozmów była również współpraca z Piotrem Zasadą, szefem skautingu. To rola, o której rzadko się mówi, a która ma duże znaczenie dla funkcjonowania klubu. Piotr wykonuje swoją pracę bardzo intensywnie i jest to istotna część całego procesu.
- Równolegle powstawał plan okresu przygotowawczego oraz podział zadań w sztabie. Dynamika była bardzo duża, bo na wszystko mieliśmy zaledwie pięć dni przed świętami. Po przerwie wróciliśmy do analizy – zarówno meczów Legii, jak i zawodników z wcześniejszych okresów. Doprecyzowaliśmy również szczegóły związane z przygotowaniami i planem zgrupowania.
- Trzeciego dnia po Nowym Roku wróciliśmy ze sztabem do pracy od samego rana. Przez dwa dni pracowaliśmy stacjonarnie w LTC, a piłkarze wrócili wieczorem 4 stycznia. Od tego momentu rozpoczął się intensywny etap rozmów indywidualnych – przez trzy dni odbywały się spotkania z każdym zawodnikiem. W ten sposób rozpoczęliśmy właściwy proces pracy z zespołem. Od tego momentu wszystko toczy się już dzień po dniu, zgodnie z zaplanowanym rytmem.

Patrząc z boku ktoś może się dziwić - trener z drużyny, która w świetnym stylu grała w Lidze Konferencji, walczącej na trzech frontach, mająca dwa punkty straty do lidera odchodzi do zespołu, który odpadł z krajowych i europejskich rozgrywek pucharowych, w lidze jest na przedostatnim miejscu w tabeli.
- Geneza mojego dołączenia do Legii wynikała przede wszystkim z determinacji. Dlaczego podjąłem tę decyzję? Bo to wielki klub, z bardzo dobrymi piłkarzami i ogromnym potencjałem, który dostrzegałem, analizując ten zespół. Przyszedłem tutaj nie do drużyny walczącej o najwyższe cele na trzech frontach, ale do zespołu, który znalazł się w trudnej sytuacji i musiał bronić się przed spadkiem.
- To wszystko zostało jasno przekazane zawodnikom – po co tu jestem, jakie mam nastawienie i jakie cele sobie stawiamy. Od początku chodziło o połączenie doświadczeń. W tym zespole jest wielu piłkarzy z bardzo wysokiego poziomu, zawodników doświadczonych, ale także młodszych. Nie przyszedłem tu po to, by kogokolwiek uczyć z pozycji wyższości, lecz by połączyć moje doświadczenie z ich doświadczeniem. Kluczowe było odbudowanie wiary, pewności siebie i wspólnego przekonania, że ten zespół stać na znacznie więcej. A fundamentem tego wszystkiego są konsekwentne działania. To, co widzicie na co dzień, to, co możecie obserwować w naszej pracy – najpierw jasno określony kierunek i założenia, a później codzienna, systematyczna realizacja tych założeń w praktyce.
Największe zmiany widzimy w organizacji - tak na boisku jak i poza nim.
- Faktycznie obszarem, który wymagał uporządkowania, były kwestie organizacyjne. Tych spraw było naprawdę dużo. Dla mnie kluczowe było to, aby każdy w klubie dokładnie wiedział, za co odpowiada – zarówno członkowie sztabu, jak i sami piłkarze. Zawodnicy muszą mieć jasność, kto pełni jaką rolę i do kogo mogą się zwrócić w konkretnych sprawach. Dlatego zdecydowałem się podzielić funkcjonowanie zespołu na cztery wyraźne działy organizacyjne.
- Drużyna została o tym szczegółowo poinformowana, podobnie jak sztab szkoleniowy, który dzień wcześniej miał osobną odprawę. Omówiliśmy tam wymagania wobec sztabu, cele, do których dążymy, oraz zasady codziennego funkcjonowania – od momentu przyjścia do ośrodka, po jego opuszczenie. Chodziło o to, aby każdy wiedział, jak powinien się poruszać w tym środowisku i jakie obowiązują standardy. Również zawodnicy od samego początku otrzymali komplet informacji dotyczących tego, jak będzie wyglądać ich codzienne funkcjonowanie. Podkreśliliśmy rolę szefów poszczególnych działów, którzy odpowiadają za swoje obszary i za ludzi pracujących w ich strukturach. Ja natomiast pełnię rolę koordynatora całego procesu.
- Równolegle ważnym elementem było także określenie DNA Legii Warszawa – tego, czym ten zespół ma się charakteryzować. Jeżeli chodzi o pion piłkarski, jego koordynatorem jest Artur Węska. Odpowiada za całość pracy sztabu w tym obszarze i wspólnie ze mną nadzoruje szeroko pojęty proces szkoleniowy, podobnie jak pozostali szefowie działów. Za stałe fragmenty gry – w ofensywie i defensywie – odpowiada Inaki Astiz. Marek Wasiluk zajmuje się treningiem indywidualnym oraz rozwojem indywidualnym zawodników. Z kolei Łukasz Cebula pełni funkcję koordynatora działu analiz, w którym pracują również Bartłomiej Kuźma i Maciek Krzymień. Tak wygląda ogólna struktura. Oczywiście wszyscy pracujemy wspólnie w jednym procesie, ale zależało mi na tym, aby jasno i precyzyjnie wskazać główne zakresy odpowiedzialności każdego z członków sztabu.
- Bardzo często kluczem do sukcesu są procesy i umiejętność maksymalnego wykorzystania każdego dnia. To właśnie te rutynowe, powtarzalne działania, które z zewnątrz mogą wydawać się niepozorne, w dłuższej perspektywie przynoszą efekty. Kiedy dziennikarze wielokrotnie pytają mnie, z czego brały się wcześniejsze sukcesy, odpowiedź jest zawsze taka sama – z tego, co widzicie na co dzień. Nie istnieje żadna złota metoda ani jeden magiczny element. To efekt codziennej, konsekwentnej pracy. Pracy ciężkiej, ale przede wszystkim mądrej i dobrze zaplanowanej. Samo „harowanie” od rana do nocy nie wystarczy. Uważam, że ciężka praca bez struktury i pomysłu nie przynosi rezultatów, zwłaszcza na tak wysokim poziomie sportowym.
- Do tego dochodzi ogromna dynamika codziennej pracy. Pojawiają się urazy, zmienia się sytuacja kadrowa. Ktoś wraca z reprezentacji i jest na zupełnie innym etapie przygotowań, ktoś inny dopiero zaczyna proces. Jedni piłkarze są w drużynie od dawna i mają większą wiedzę, inni są krótko i dopiero się uczą. Są odprawy, indywidualne rozmowy, bieżące korekty. W takich warunkach jedyną drogą do stabilności i rozwoju jest konsekwentna, dobrze poukładana praca procesowa, realizowana każdego dnia z pełną świadomością celu i odpowiedzialności.
Na czym polegały teoretyczne ustalenia z zespołem jeszcze przed pierwszym treningiem?
- Indywidualne podejście do zawodników jest dla mnie niezwykle ważne. Jeśli chodzi o cele sportowe, to niczego tutaj nie ukrywamy – mówimy o nich wprost. Nie wyznaczamy dalekosiężnych, abstrakcyjnych planów. Naszym celem jest po prostu wygrać najbliższy mecz.
- Kolejna rzecz to wymagania boiskowe, ale także zasady codziennego funkcjonowania: komunikacji, wzajemnego zrozumienia i jasnego wyjaśnienia, skąd te zasady wynikają i po co one są. Chodzi o dojrzałość – o odpowiedzialność, a nie o straszenie karami czy sankcjami. To nie jest metoda, w którą wierzę. Ustaliliśmy podstawowe zasady funkcjonowania zespołu, po to, by zawodnicy dokładnie wiedzieli, na czym stoją.
- Dużą wagę przykładamy także do wartości drużyny. Są to wartości uniwersalne, życiowe, do których łatwo się odwoływać w teorii czy podczas prezentacji. Znacznie trudniej jest konsekwentnie trzymać się ich każdego dnia w praktyce. Ja jednak w to wierzę i uważam, że da się je realnie respektować.
- Często odnosiłem wrażenie, że wokół Legii pojawiało się przekonanie, iż „coś się należy” – że samo bycie w tym klubie daje przywileje. Tymczasem nic nikomu się nie należy. To, że nosisz koszulkę czy dres Legii, nie jest nagrodą samą w sobie. Na wszystko trzeba zapracować – każdego dnia, na treningu i w meczu. To jest fundament, od którego wychodzimy.
Sporo tych zasad…
- Jest ich znacznie więcej, ale chodzi o wspólny cel, o pełne zrozumienie tego, dokąd zmierzamy, oraz o wzajemne zaufanie. Tylko wtedy dobro drużyny – o którym często się mówi – rzeczywiście może stać się wartością nadrzędną, a nie pustym hasłem. Nie mogą dominować prywatne interesy czy indywidualne ambicje oderwane od zespołu, choć oczywiście bardzo często cele indywidualne naturalnie zazębiają się z celami drużynowymi.
- Jeśli chodzi o zawodników, to wszystko opiera się na bardzo konkretnym planowaniu. Plan dnia jest skonstruowany w taki sposób, aby wszyscy mieli świadomość najważniejszych elementów – treningów, odpraw, działań zespołowych – a jednocześnie pozostawiał przestrzeń na pracę indywidualną i dodatkowe działania: regenerację, fizjoterapię, basen, profilaktykę, indywidualne treningi czy konsultacje. Do tego dochodzą większe odprawy sztabu, podczas których wszystko jest jeszcze raz synchronizowane.

W planach dziennych widzimy wiele działań teoretycznych, odpraw.
- Przed każdym spotkaniem – nawet sparingowym – odbywa się odprawa przedmeczowa. Omawiamy wtedy skład, kwestie taktyczne, nasze cele na mecz oraz założenia dotyczące gry. To jest moment, w którym wszystko, co wypracowujemy na treningach, musi zostać uporządkowane i jasno przekazane zawodnikom.
- Po meczu przychodzi czas na analizę. To już kolejny etap pracy. Wracamy do celów, które postawiliśmy sobie przed spotkaniem, i sprawdzamy, w jakim stopniu zostały one zrealizowane. Pojawia się część opisowa – wnioski, które trafiają do drużyny. Omawiamy to, co funkcjonowało dobrze, a co wymaga poprawy. Analiza odbywa się w dużej mierze w oparciu o materiał wideo. Po meczu przeprowadzamy zazwyczaj dwie odprawy drużynowe, trwające po około 45 minut każda. To wymagające spotkania, ale na tym etapie są konieczne. Jesteśmy na początku drogi, więc tych informacji musi być więcej. Zawodnicy dopiero poznają strategię, model gry oraz sposób funkcjonowania zespołu w poszczególnych fazach. Podczas tych odpraw analizujemy m.in. grę w obronie, niską organizację, kontrolę przestrzeni – sprawdzamy, co zadziałało, a co należy skorygować. Omawiamy fundamenty i detale, a także to, jak chcemy grać w każdej fazie gry.
- Zawodnicy muszą się w ten proces wdrożyć. Oczywiście nie jest to coś tworzonego ad hoc – model gry został przez nas przygotowany wcześniej, dokładnie pod potrzeby tego zespołu. To nie jest improwizacja. Od początku mamy jasno określoną strategię, dostosowaną do drużyny, jej możliwości i potencjału. To, co obecnie wdrażamy, służy temu, aby Legia była zespołem zorganizowanym i zdyscyplinowanym, drużyną, która dokładnie wie, co ma robić na boisku. Tylko w ten sposób można w pełni wyeksponować jakość i talent zawodników, którzy tu są.
- Wyraźnie określamy DNA zespołu: zwyciężanie, wysoką intensywność taktyczną, umiejętność gry przestrzenią, a także wartości, o których mówiłem wcześniej. Te elementy nie funkcjonują jednak w oderwaniu od siebie. Wszystko jest rozpisane na konkretne fazy gry i dokładnie uporządkowane. Nad tym właśnie pracujemy i tego oczekujemy w meczach. W samej grze jest ogromna liczba drobnych elementów, które trzeba nieustannie powtarzać, wdrażać i doskonalić. Chodzi o to, aby zespół był powtarzalny w swoich działaniach, zarówno w fazach ataku, obrony, jak i w momentach przejściowych.
Legia jest na przedostatnim miejscu. Czy jest jakby strach, czy często patrzycie na tabelę?
- Nie patrzymy na tabelę. Absolutnie nie będziemy się nią kierować. Jak już mówiłem, naszym celem jest wygranie najbliższego meczu. Jeśli się to nie uda, celem będzie wygranie kolejnego. I tak, krok po kroku, poprzez konsekwentną pracę. Patrzenie na wszystko wyłącznie przez pryzmat jednego wyniku to droga donikąd. Nawet gdy analizujemy mecze wewnętrznie, nie oceniamy ich przez sam rezultat. Może się zdarzyć, że przegrany mecz zostanie oceniony lepiej niż wygrany, bo realizacja założeń była bliższa temu, czego oczekujemy. I odwrotnie – po wygranym spotkaniu może pojawić się więcej zastrzeżeń niż po porażce. To bywa zaskakujące i pewnie będzie zaskakiwać także zawodników.
- Mam nadzieję, że tych wygranych będzie jak najwięcej – nawet jeśli będą odniesione w słabszym stylu. Ale również wtedy mogą pojawić się uwagi do gry. Dlaczego? Bo tylko w ten sposób robi się realny postęp. Nie żyjąc emocjami typu „wygrałem – przegrałem”, lecz analizując grę, wyciągając wnioski i poprawiając konkretne elementy. To właśnie w dłuższej perspektywie prowadzi do stabilnych zwycięstw.
Jaka jest recepta na wyjście z kryzysu, gdy taki się pojawia?
- Systematyczna i sumienna praca. Czasami trzeba zareagować inaczej niż zwykle, sięgnąć po inne środki. Ale nie można popadać ze skrajności w skrajność – że jeden czy drugi przegrany mecz wywołuje nerwowość, krzyki, chaos i nagłe zmiany wszystkiego. To nie działa. Stabilność jest w sporcie absolutnie potrzebna. Zdarza się, że jakiś wstrząs bywa pomocny, ale trzeba wiedzieć, kiedy i w jaki sposób zareagować. Nie chodzi o to, by przechodzić obok porażek obojętnie. Trzeba reagować, czasem ostrzej, czasem kogoś postawić do pionu, jeśli jest taka potrzeba.
- Są jednak rzeczy nieakceptowalne. Jeśli brakuje zaangażowania czy determinacji, to jest najgorsze, co może się zdarzyć. Tego nie można tolerować. Natomiast kwestie piłkarskie są bardziej złożone. Mecze bywają różne, poziom gry też bywa różny. To jest drużyna i ja nie mogę od niej wymagać rzeczy nierealnych. Muszę podchodzić do zawodników spokojnie, doceniać to, co robią, i akceptować błędy, które popełniają. Trzeba pamiętać, że wdrożenie wszystkiego, co teraz budujemy, nie jest proste. Zespół wcześniej nie miał jasno określonych zasad, odpowiedniej organizacji ani dyscypliny. My jesteśmy w trakcie procesu tworzenia tych fundamentów i zaszczepiania ich w drużynie. Nie jest to aż tak trudne, bo to zespół doświadczony. Wielu zawodników pracowało już z trenerami o podobnym profilu.
- To jest specyfika takich miejsc jak Legia – kiedy jest bardzo dobrze, bardzo szybko pojawiają się skrajne reakcje, a gdy coś się nie układa, równie szybko mówi się o kryzysie. Oczywiście wynika to z przyzwyczajenia do zwycięstw i ciągłego wygrywania. Tyle że trzeba zachować właściwe proporcje. Kryzysem można nazwać sytuację, w której przez dziesięć meczów nie potrafisz wygrać. A nie moment, w którym przegrywasz dwa spotkania.

Zmierzy się pan z mitami o sukcesach Rakowa? Pierwszy - Papszun kupował kogo chciał, zawodnicy byli przepłacani, drugi Raków wydawał mnóstwo na transfery - zyski były niewielkie, a koszty bardzo duże.
- Na początku wcale nie było tam dużych pieniędzy. Klub funkcjonował na normalnym, drugoligowym poziomie finansowym. Zawodnicy zarabiali stawki adekwatne do tamtej ligi. Nie było tak, że od początku sprowadzano masowo piłkarzy z Ekstraklasy. Kiedy ja objąłem zespół, sytuacja wyglądała odwrotnie – w kadrze było wielu zawodników z ekstraklasowym CV, z których zrezygnowaliśmy. To łatwo zweryfikować: Mielcarz, Pawlusiński, Klepczyński, Radler. Zaczęliśmy ściągać piłkarzy bez wielkich nazwisk, bez mocnego CV, ale z potencjałem do rozwoju. I to właśnie na tym zespół był budowany.
- Z czasem klub zaczął mieć środki, ale to jest naturalny proces. Wchodzisz na wyższy poziom sportowy, to musisz więcej wydawać, ale też masz większe przychody – to normalne. Im wyższa liga, tym większe koszty. Ale nadal trzeba jasno powiedzieć, że nawet wtedy skala finansowa była zupełnie inna niż dziś.
- Za mojej kadencji bilans transferowy wynosił około +9–10 milionów euro. To nie jest „wydawanie pieniędzy”, tylko zarabianie na transferach. Żeby jednak zarabiać, trzeba wcześniej zainwestować. Nie da się sprzedawać zawodników za miliony, dostając ich za darmo. Trzeba wyłożyć pieniądze – kupić piłkarza, by potem sprzedać go za znacznie więcej. Tak było choćby w przypadku Kovacevicia – kupiony za około 500 tysięcy, sprzedany za 5 milionów. Oczywiście nie zawsze są takie przebitki, ale generalnie tych nietrafionych gotówkowych transferów było niewiele, a jeśli już się zdarzały, to nie były bolesne finansowo. Oczywiście pomyłki się zdarzały – w każdym klubie się zdarzają – także ostatnio, choćby przy wypożyczeniach, ale wypożyczenie nie generuje dużych kosztów.
- Uważam jednak, że z tego okresu można było wycisnąć więcej mistrzostw. Moim zdaniem powinniśmy mieć z Rakowem o jedno więcej. Przez sześć lat trzy razy byliśmy wicemistrzem Polski, a tylko raz mistrzem. W poprzednich sezonach byliśmy wyraźnie słabsi kadrowo od Legii czy Lecha – tam różnice były bardzo duże. Natomiast w ostatnim roku takiej przepaści już nie było i właśnie wtedy to mistrzostwo było najbardziej do wzięcia. Dziś Raków ma już porównywalną kadrę z najlepszymi w lidze.
Jaki jest pana udział w procesie transferowym zawodnika do Legii?
- To dobre pytanie, bo wokół mojej roli w procesie transferowym narosło sporo mitów. W rzeczywistości wygląda to bardzo podobnie jak wcześniej w Rakowie. Tam funkcjonowała jasno określona struktura: dział skautingu, dyrektor sportowy, właściciel oraz trener. Dodatkowo ważną rolę pełnił Wojciech Cygan, który jako prezes i wcześniej przewodniczący rady nadzorczej również uczestniczył w kluczowych decyzjach transferowych.
- W Legii struktura jest niemal identyczna. Mamy prezesa, dyrektora sportowego, szefa operacji piłkarskich i szefa skautingu oraz mnie jako trenera. Właściciel podejmuje decyzje strategiczne, ale nie uczestniczy bezpośrednio w codziennym procesie transferowym. Każdy w tej strukturze ma swoje zadania i swoją odpowiedzialność. Każdy też może rekomendować zawodników – trener bramkarzy rekomenduje bramkarzy, specjaliści od danych czy skautingu wskazują swoich kandydatów, dyrektorzy sportowi formułują własne opinie, a ja jako trener i osoba zarządzająca sztabem również przedstawiam swoją ocenę.
- Kluczowe jest jednak to, że decyzje są podejmowane kolegialnie. Zawsze pada pytanie: czy dany zawodnik jest odpowiednią jakością w stosunku do ceny, czy warunki finansowe są do udźwignięcia przez klub i czy całość ma sens sportowy oraz organizacyjny. Ostateczna decyzja – zwłaszcza finansowa – należy do prezesa.
- Tak samo było w Rakowie. Oczywiście nie jest tajemnicą, że wielu zawodników trafiło tam z mojej rekomendacji. Ale to zawsze była tylko rekomendacja. Później uruchamiana była normalna procedura: raporty skautingowe, analizy, opinie dyrektorów i wspólna decyzja. Nigdy nie było tak, że dzwoniłem do właściciela i mówiłem: „bierzemy tego zawodnika” – bez żadnej weryfikacji. Zdarzało się też, że zawodnik był rekomendowany przez skauting, przez prezesa albo nawet przez właściciela. I to jest zupełnie normalne. Kluczowe jest jednak to, że procedura zawsze musi być taka sama, niezależnie od tego, kto zgłasza danego piłkarza. Różni się tylko źródło rekomendacji, a nie sposób podejmowania decyzji.
- Często rośnie narracja, że „trener sobie zażyczył zawodnika”. Trener może zawodnika rekomendować – i nic więcej. Gdyby było inaczej, byłoby to nieprofesjonalne i nieodpowiedzialne ze strony klubu. Trener dziś jest, jutro go nie ma, a klub zostaje z kontraktami i konsekwencjami tych decyzji. Dlatego właśnie tak ważne jest, aby proces był uporządkowany, wspólny i oparty na stałych zasadach, a nie na jednostkowych decyzjach.
- Rekomendacja to jedno, ale za nią muszą iść konkretne raporty: motoryczne, środowiskowe, mentalne. W Rakowie mieliśmy Pawła Frelika, który dziś pracuje w Legii - on rozmawia z zawodnikami, przeprowadzane są testy, zbierane są opinie. Ja sam bardzo często również rozmawiam z piłkarzem jeszcze przed transferem, żeby poznać go nie tylko jako zawodnika, ale przede wszystkim jako człowieka. To jest niezwykle istotne.
- Zdarzają się transfery realizowane w trybie pilnym, gdzie decyzje trzeba podejmować szybko i wtedy – w drodze wyjątku – niektóre etapy mogą zostać pominięte. Trzeba jednak jasno powiedzieć, że to zawsze wiąże się z większym ryzykiem. W takich przypadkach łatwiej o nietrafiony transfer. Od dawna powtarzam, że zbyt rzadko wierzymy w takich zawodników: może nie wybitnie utalentowanych, ale solidnych, pracowitych i gotowych się rozwijać.
Skoro jesteśmy przy transferach - kluczowe jest teraz pozyskanie napastnika.
- Tak, to się musi stać, chcemy mieć możliwość zmiany systemu na taki z dwójką napastników, a więc nie możemy mieć tylko dwóch napastników w kadrze. I dlatego potrzebny nam napastnik, a nie dlatego, że obecni się nie nadają. Jak w nich wierzę, ale potrzeba jest cierpliwości. Moim zdaniem do Polski praktycznie nie da się sprowadzić napastnika, który od pierwszego dnia będzie gwarantował dwadzieścia bramek w sezonie. Jeżeli już taki piłkarz się pojawia, to wymaga odpowiedniego prowadzenia, rozwoju i wsparcia całego zespołu. Przykładowo Rajović może dojść do tego poziomu, może zdobyć dwadzieścia bramek, ale to jest proces. Napastnik nie funkcjonuje w próżni. Żeby strzelać gole, musi mieć zespół, który gra dobrze, generuje sytuacje i pracuje na jego sukces.
- Ja wierzę tak w Rajovicia jak i Colaka. Zarówno jeden, jak i drugi ma potencjał, żeby grać w Legii i odnosić tu sukcesy. Oczywiście będą musieli to udowodnić na boisku, ale z mojej strony nie ma żadnego „ciśnienia”, żeby któregoś z nich wymieniać czy skreślać. To nie jest kierunek myślenia.
Natomiast nie możemy zostać tylko z dwoma napastnikami. To jest zbyt duże ryzyko. Wystarczy jeden uraz – i nagle nie mamy zmiennika. A to automatycznie zamyka nas na granie dwoma napastnikami w systemie. Przy kontuzji jednego trzeba by przestawiać kogoś z innej pozycji, a to wymaga czasu, którego my zwyczajnie nie mamy.
- Jeśli chodzi o konkretne nazwiska – nie, nie rozmawiałem jeszcze z żadnym napastnikiem, który miałby być blisko dołączenia. Na ten moment nie jesteśmy blisko żadnego transferu. Był temat jednego Hiszpana, którego rozważaliśmy, ale on już podpisał kontrakt gdzie indziej. Piotr Zasada i dział skautingu cały czas pracują, analizują kolejne nazwiska, ale trzeba pamiętać, że zimą pozyskanie napastnika jest wyjątkowo trudne. I też nie chciałbym, żebyśmy działali na zasadzie „bierzemy kogokolwiek”. Ten transfer musi mieć sens sportowy, pasować do zespołu i do tego, co chcemy budować.
- Ostatnio analizowałem rynek i np. napastnik Barnabas Varga, rocznik 1994, bez wybitnego CV, w wieku 32 lat przeszedł z Ferencvarosu do AEK Ateny za 5 milionów euro. To pokazuje, jak trudny i drogi jest rynek napastników. A mówimy o piłkarzu, który nie był żadnym fenomenem. Dlatego moim zdaniem kluczowe jest celowanie w zawodników z potencjałem. Takich, których można rozwinąć. Oczywiście zawsze jest ryzyko – nigdy nie masz stuprocentowej gwarancji, że to się uda – ale bez tego nie da się funkcjonować rozsądnie. Idealnym rozwiązaniem jest sytuacja podobna do tej z Brunesem: wypożyczenie z opcją wykupu. Widzisz potencjał, sprawdzasz zawodnika w praktyce, a jeśli „odpali”, wykupujesz go. To najlepszy możliwy scenariusz.

Wspomniał pan o Piotrze Zasadzie. Jak ważna jest dla pana współpraca z działem skautingu?
- Moim zdaniem to jest obszar kluczowy. Skauting i transfery – zarówno w kontekście zawodników, jak i członków sztabu – mają fundamentalne znaczenie. Materiał, jakim dysponujesz, jest absolutnie decydujący. Nawet najlepiej poukładany proces szkoleniowy nie wystarczy, jeśli jakość tego materiału będzie zbyt niska, szczególnie na najwyższym poziomie rywalizacji. Dlatego pozyskiwanie odpowiednich ludzi – piłkarzy i członków sztabu – musi opierać się na mocnym, wieloetapowym procesie, a nie na decyzjach jednej osoby. To musi być system, który działa w wielu obszarach jednocześnie: analitycznym, motorycznym, mentalnym i środowiskowym. I tutaj muszę powiedzieć, że jestem zadowolony z tego co zastałem.
- Piotra znałem wcześniej jako trenera, a dziś pełni on rolę szefa skautingu. Uważam, że to jest naprawdę bardzo wysoki poziom. Mam duże doświadczenie we współpracy z dyrektorami sportowymi, szefami skautingu i samymi skautami, więc wiem, o czym mówię. Ten obszar funkcjonuje bardzo dobrze, choć oczywiście zawsze można go jeszcze „dokręcić”. Naszym zadaniem jako sztabu jest wspierać ten proces i wspólnie go rozwijać, tak aby w przyszłości klub mógł regularnie pozyskiwać jak najlepszych zawodników. To będzie jeden z kluczowych elementów dalszego rozwoju Legii.
Po mitach dotyczących transferów i decyzyjności pojawił się kolejny, który dziś bardzo mocno funkcjonuje w przestrzeni medialnej. Co chwilę można przeczytać, że trener „robi porządki”, że kolejni zawodnicy są skreślani, że pojawiają się listy piłkarzy rzekomo niechcianych.
- Ja nazywam to po prostu alternatywną rzeczywistością medialną – ale trzeba przyznać, że ona dobrze się sprzedaje. Został zbudowany taki mit mojej osoby jako „zamordysty”, który wchodzi do klubu i wszystkich ustawia po kątach. To jest nośna historia, media chętnie ją podkręcają: „przyjdzie, zrobi czystki, zrobi porządek”. Tyle że w praktyce nie było tu żadnych spektakularnych porządków do robienia. Wystarczyło wprowadzić podstawowe zasady – organizację i dyscyplinę – do których wszyscy bardzo szybko się dostosowali. Dla mnie są to rzeczy oczywiste, ułatwiające pracę, tak jak w każdej innej profesji.
- Uważam, że ludzie generalnie lubią porządek. Lubią wiedzieć, co mają robić, jak mają to robić, za co odpowiadają i z czego są rozliczani. Chaos i bałagan mogą być atrakcyjne przez chwilę, ale w dłuższej perspektywie nikt tego nie chce. Dotyczy to również piłkarzy. Oczywiście lubią luz, ale gdy zaczynają widzieć, że brak organizacji i dyscypliny przekłada się na problemy na boisku, sami zaczynają domagać się porządku. Wiedzą bowiem, że finalnie im się to opłaci – tak samo jak każdemu z nas w pracy.
- To trochę jak w szkole – po latach najczęściej najlepiej wspomina się nauczyciela wymagającego, surowego, ale takiego, który naprawdę potrafił nauczyć i trzymał wszystko w ryzach. Może było mniej śmiechu, ale coś z tego zostało. A te lekcje, gdzie był tylko luz i zabawa? Z nich często nie zostaje nic. Tak to działa nie tylko w sporcie, ale w wielu dziedzinach życia. Oczywiście kluczowy jest balans – musi być miejsce na luz, na oddech, na integrację.
W Legii od dawna nie było psychologa. Teraz jest Paweł Frelik. Możemy coś więcej powiedzieć o jego roli?
- Jest wyraźna różnica pomiędzy psychologiem a trenerem mentalnym. Psycholog zajmuje się przede wszystkim szeroko pojętym funkcjonowaniem człowieka – mechanizmami psychiki, emocjami, zachowaniami, kwestiami, które mają charakter bardziej ogólny i często również medyczny. Natomiast trener mentalny to specjalista stricte dedykowany pracy sportowej, w naszym przypadku piłce nożnej. To osoba, która od wielu lat funkcjonuje w tej branży i pracowała z ogromną liczbą sportowców – nie tylko piłkarzy, ale również zawodników innych dyscyplin. Ta wiedza o specyfice sportu, realiach rywalizacji, presji i codziennej pracy jest tutaj absolutnie kluczowa.
- Zakres jego działań jest bardzo szeroki i wielopłaszczyznowy. Mówiliśmy już o skautingu, ale on pracuje nie tylko z zawodnikami – jego wsparciem objęty jest również cały sztab szkoleniowy. Przykładowo analizuje każdą moją odprawę oraz odprawy innych trenerów. Daje nam szczegółowy feedback dotyczący komunikacji, sposobu przekazywania informacji zawodnikom, tego, co można poprawić, co zmienić, jak lepiej dotrzeć z przekazem. Oprócz tego prowadzi indywidualną pracę z piłkarzami. To nie jest wyłącznie praca nad radzeniem sobie ze stresem, co najczęściej kojarzy się z treningiem mentalnym. Często dotyczy też profesjonalizmu, organizacji, planowania, wdrażania nowych informacji, szybkiego przyswajania założeń taktycznych czy skutecznego funkcjonowania na boisku.
- Są też działania doraźne – ktoś gra, ktoś nie gra, ktoś jest w lepszym lub gorszym momencie. Jak poradzić sobie z taką sytuacją? Jak zachować właściwe nastawienie? To również element jego pracy. Do tego dochodzą działania grupowe. Staramy się raczej wpływać na ich świadomość w różnych obszarach w sposób praktyczny i dopasowany do realiów. Trener mentalny odpowiada również za działania integracyjne i team buildingowe. Organizujemy je w różnych formach – zarówno na zewnątrz, jak i wewnątrz klubu. Bywają to wyjścia, elementy survivalu, ale też gry zespołowe. Obecnie aranżujemy specjalny pokój gier – na co dzień jest tam kilka stanowisk, odbywa się rywalizacja, organizowane są turnieje. To luźniejsza forma integracji, ale bardzo skuteczna w budowaniu zespołu. Są też aktywności bardziej kreatywne – jak wspólne budowanie czegoś, choćby to domino, które widzieliście. Cała drużyna razem coś tworzy, działa zespołowo.
- Bardzo wierzę w takie działania, bo one scalają zespół, budują atmosferę i więzi. I nie chodzi tylko o relacje pomiędzy zawodnikami, ale również między zawodnikami a sztabem, bo wszystko robimy razem. Rola trenera mentalnego jest więc bardzo szeroka i wszechstronna. On również przygotowuje swoje spostrzeżenia po meczach, pisze obserwacje i raporty – dokładnie tak jak każdy członek sztabu.

Jak trener zdiagnozował problemy jesienne Legii? Czy to właśnie były kwestie mentalne, taktyczne, motoryczne, czy właśnie ta cała organizacja, dyscyplina?
- Nie skupiałem się przesadnie na szczegółowej diagnozie problemów z rundy jesiennej. Oczywiście oglądałem mecze na bieżąco, analizowałem je, a w okresie świąteczno-noworocznym spisałem bardzo dużo wniosków. Nie dzieliłem się jednak tymi analizami. Rozpamiętywanie tamtego okresu nic by nam nie dało. Dziś musimy patrzeć do przodu.
- Faktem jest natomiast to, że na boisku wiele rzeczy po prostu nie funkcjonowało. Brakowało organizacji, dyscypliny w grze i przede wszystkim powtarzalności. To powodowało problemy w dynamice spotkań, zwłaszcza w fazach przejściowych. Zespół nie miał wystarczającej liczby jasno określonych zasad, które mogłyby go „obronić” nawet wtedy, gdy forma była słabsza. Dla mnie właśnie to jest fundament.
- Najpierw zespół musi być solidny w obronie. Na tym buduje się wszystko dalej. To jest bardzo proste porównanie, ale prawdziwe: domu nie buduje się od dachu. Zaczyna się od fundamentów, a dopiero potem idzie się w górę. Dobra organizacja defensywna, odpowiednie przygotowanie motoryczne i mentalne – na tym dopiero można budować jakość w ofensywie. A umiejętności piłkarskich tym zawodnikom na pewno nie brakuje. Strategia jest przygotowana, jest dość szczegółowa i ma im w tym pomóc. Natomiast wiem, że będzie nam znacznie łatwiej realizować ją w praktyce, jeśli te podstawy będą solidnie zbudowane. Pewność siebie musi się na czymś opierać – na doświadczeniu, umiejętnościach, ale przede wszystkim na codziennej pracy.
- Duży nacisk kładziemy także na aspekt mentalny. Ten jesienny okres był dla zawodników bardzo trudny – wyniki, atmosfera medialna, presja. To są ambitni ludzie, którzy chcą wygrywać i sami bardzo mocno nakładają na siebie presję.
- W rozmowach z nimi zobaczyłem coś, co bardzo mi się spodobało – nie było szukania winnych na zewnątrz. Nie było przerzucania odpowiedzialności na klub, sztab czy okoliczności. Wręcz przeciwnie – zawodnicy mieli świadomość, że jako piłkarze również zawiedli i chcieli wziąć odpowiedzialność na siebie. To jest bardzo dobry punkt wyjścia do pracy i do wyjścia z tego dołka, bo widać, że naprawdę chcą się podnieść i coś zmienić.
Mówiliśmy o skupianiu się tylko na wygraniu kolejnego meczu, ale na pewno myślał pan o tym, co Legia jeszcze może ugrać w tym sezonie.
- Jeżeli chodzi o cele sportowe, to nigdy nie wybiegam daleko w przyszłość. Jestem bardzo pragmatyczny. Nie buduję narracji na marzeniach. Przyszedłem do Legii, klubu absolutnie wyjątkowego. Gdyby to nie była Legia, ten scenariusz nigdy by się nie wydarzył. W każdym sezonie będę chciał walczyć o wszystko. Tak po prostu jestem skonstruowany. Moje ambicje, moja energia są ogromne. Ale jednocześnie mam świadomość, że ja jestem „tylko i aż” trenerem. Bo ostatecznie na boisku grają zawodnicy. Kluczowe będzie to, jak wspólnie udźwigniemy presję. Czy poradzimy sobie mentalnie. O przygotowanie fizyczne i taktyczne jestem spokojny – tu nie mam wątpliwości. Natomiast wszystko rozegra się w głowie. Jeżeli mentalnie to udźwigniemy, to będziemy w stanie pójść do przodu. Jeśli nie – pojawi się nerwowość, presja, reakcje mediów, kibiców i cała spirala, która w takich klubach uruchamia się bardzo szybko.
- To właśnie ten aspekt mentalny będzie kluczowy. Jeśli „odpalimy” od razu, będzie nam po prostu łatwiej. Jeśli nie - trzeba będzie wykazać się jeszcze większą odpornością. I to jest dziś największe wyzwanie.

Co w Legii jest jeszcze do poprawy poza omówionymi już tematami?
- W wielu obszarach organizacyjnych widzimy przestrzeń do dalszego rozwoju. Chcemy wycisnąć jeszcze więcej. Dotyczy to chociażby zgrupowań – warunki są dobre, ale uważam, że nadal można je lepiej wykorzystać. To są detale, ale na tym poziomie właśnie detale robią różnicę.
- Jeśli chodzi o dobór ludzi do sztabu, to oczywiście trener ma tutaj istotną rolę, bo najlepiej zna specyfikę pracy, wymagania oraz to, kto i co może wnieść do zespołu. Natomiast z mojej perspektywy kluczowe jest coś innego: klub jako organizacja powinien mieć rozeznanie na każdej pozycji – i nie dotyczy to wyłącznie trenerów. Mówimy tu o bardzo szerokim zakresie ról: od trenerów przygotowania motorycznego, przez Head of Performance, fizjoterapeutów, dział organizacyjny, aż po kluczowe osoby zarządzające procesami. Kontrakty się kończą, ludzie odchodzą. Klub musi być na to przygotowany i mieć gotowe alternatywy.
- Dlatego uważam, że scouting pracowników – nie tylko piłkarzy – jest dziś absolutnie kluczowy. To coś, co robiłem od lat. Zawsze miałem rozeznanie, listę nazwisk, kontakty. Przyszedłem do klubu tuż przed świętami i miałem w zasadzie tydzień–dziesięć dni, żeby domknąć temat. Finalnie udało się skompletować sztab między Świętami a Nowym Rokiem, ale tylko dlatego, że wcześniej miałem już rozeznanie i pozostawała kwestia wyboru konkretnych osób.
Ale na razie nie potrzeba nowych ludzi w sztabie?
- Na dziś nie widzę potrzeby dodatkowych wzmocnień w sztabie. Uważam, że jest on na bardzo wysokim poziomie. Oczywiście wciąż się poznajemy i docieramy, ale widzę dużą otwartość, chęć współpracy i odpowiedzialne podejście do swoich ról. Zostaliśmy dobrze przyjęci, ale to jest dopiero początek. Później liczy się już tylko jakość codziennej pracy. Zawsze powtarzam: w sporcie wynagrodzenia są za wygrywanie. Sama obecność w pracy i wykonywanie podstawowych obowiązków nie wystarczy. Jeśli wygrywasz – wszystko funkcjonuje. Jeśli nie wygrywasz – zaczynają się problemy. Taka jest rzeczywistość piłki nożnej i wszyscy musimy o tym pamiętać.
- Wejść na szczyt jest trudno, ale jeszcze trudniej jest się na nim utrzymać. Tam wieje najmocniej i wymagania są największe. Kluczem nie jest żadna magia ani tajemna metoda, tylko systemowa, logicznie zaplanowana praca – spójna we wszystkich obszarach. Trening jest najważniejszym elementem dnia, ale wokół niego jest ogrom działań organizacyjnych, meczowych, analitycznych i mentalnych. Dziś, jeśli ktoś potrafi to wszystko poukładać, ma odpowiedni materiał ludzki i konsekwentnie realizuje proces, ma realną szansę na sukces. Wierzę, że właśnie w tym kierunku idzie Legia.

Będzie wielki powrót do Interu po latach?

Harry Maguire skazany w Grecji na prawie 2 lata w zawieszeniu!

Decyzja w sprawie Alvaro Arbeloi dopiero po sezonie

Młody Fletcher zawieszony na 6 meczów za obraźliwe słowa. Manchester...

Rodrigo Castillo najdroższym transferem Fluminense

Regulamin:
Punktacja rankingu:
Za każdy nowy komentarz użytkownik dostaje 1 punkt. Jednak, gdy narusza on nasze zasady i zostanie dezaktywowany, użytkownik straci 2 punkty. W przypadku częstych naruszeń zastrzegamy sobie możliwość nakładania wyższych kar punktowych, a nawet tymczasowych i permanentnych banów.