
Marek Papszun: Szkoda wyniku
13.09.2026 21:00
(akt. 14.09.2026 00:01)
Wypowiedzi z Canal+.
– Nie sprawia mi to dużej radości, że nie przegrywamy, bo jednak mamy cztery remisy. Gdyby zamienić dwa z tych remisów w zwycięstwa, to na ten moment byłaby pełnia szczęścia. Ale doceniam ten wynik, bo wiemy, jaka jest sytuacja Legii Warszawa i gdzie byliśmy jeszcze kilka miesięcy temu. Jak ja to mówię – w życiu wszystko musi mieć swoją kolej. Nie można być też zbyt pazernym, bo to, co za łatwo przychodzi, można też łatwo stracić.
Kto najbardziej dokuczał w drużynie Widzewa? Fornalczyk i Álvarez to były takie postacie, które kreowały największe zagrożenie?
– Tego się spodziewaliśmy, bo Fornalczyk jest w bardzo dobrej dyspozycji, uważam, że takiej życiowej. On ciągnął ten Widzew i mocno spodziewałem się tego, co dzisiaj zobaczyłem. Taka zmiana trenera – i nie chodzi o to, że „Vuko” źle prowadził zespół – zawsze jest dobrym impulsem dla drużyny. Zawodnicy muszą pokazać się nowemu trenerowi, wykrzesać z siebie więcej. Mecz był dobry pod tym kątem. Przyjeżdżasz na Legię, gdzie ostatnio wygrała Korona 1 lutego, więc tylko możesz wygrać. Zdawałem sobie sprawę, że to nie będzie łatwy mecz. I taki też był, choć mam niedosyt i trochę mieszane uczucia.
Uprzedzając kolejne pytania, uważam, że stworzyliśmy sobie trzy takie sytuacje, które musimy wykorzystać. Bez względu na to, co dalej działo się w tych polach karnych, bo sytuacji było bardzo dużo. Tak na szybko wyliczyłem ich 14 – Widzew miał około ośmiu, my sześć. Ale mieliśmy takie stuprocentowe, dwustuprocentowe okazje. Na takim poziomie, jak sytuacja Augustyniaka z poprzeczką czy Jana Kuchty, musimy to zmieścić i wygrać mecz. Jednocześnie Widzew był bardzo groźny, bo doszedł do ośmiu takich półszans, w których my kapitalnie blokowaliśmy niektóre sytuacje. To było ultra groźne, więc ten mecz oczywiście mógł pójść w dwie strony.
Strzał Frana Álvareza zatrzymany przez Augustyniaka to sytuacja z drugiej połowy, a w pierwszej była jeszcze świetna akcja, po której Álvarez trafił w słupek.
– To nie były takie proste sytuacje, ale szczególnie w drugiej połowie były przynajmniej dwie sytuacje bramkowe, które powstrzymaliśmy. Nie wiem, czy Otto by to wybronił. Kapitalne interwencje Urbańskiego, Piątkowskiego i Augustyniaka. Z tego jestem bardzo zadowolony, bo drużyna pokazuje charakter i broni do końca również w takich ekstremalnych sytuacjach.
Powiedział pan, że spodziewał się zagrożenia ze strony Fornalczyka, który jest w dobrej formie. Zastanawiam się jednak, co dla was w sztabie oznaczała czwartkowa zmiana trenera Widzewa. Przecież do czwartku przygotowywaliście się na drużynę grającą w określony sposób. Co dzieje się od piątku? Wertujecie materiały dotyczące Motoru z poprzedniego sezonu, odświeżacie notatki? Jakich zmian spodziewaliście się dzisiaj na boisku w wykonaniu Widzewa?
– Nie no, idziemy po prostu na treningi i oglądamy, nie? Treningi Widzewa i wszystko. Wszystko wiemy. Przecież to jest dopuszczalne. To jest powszechne. To jest proste. A mówiąc zupełnie poważnie, znam Mateusza i jego podejście do piłki. Wiem też, jak grał Widzew, bo Widzew grał 4-3-3 i struktura wyjściowa była taka sama. Nie zakładałem, że Mateusz to zmieni, bo będzie chciał budować na tym, co zastał. To jest rozsądny chłopak. Sądziłem, że nie będzie chciał robić jakiejś rewolucji, bo tej drużynie nie było to potrzebne. Ta drużyna nie grała fatalnie. Po prostu nie punktowała w niektórych meczach, w których mogła zapunktować. Tak jak mówię, czasami idzie to w dwie strony. Więc tutaj zupełnie niczym nas nie zaskoczyli.
Dla mnie ten mecz wyglądał tak, jak miał wyglądać. Oczywiście nie możemy tyle razy dopuszczać do tych faz przejściowych. Tu musimy być lepsi, bardziej zdecydowani w takich działaniach. Tak jak robiliśmy to w pierwszej połowie, bo na niewiele pozwoliliśmy Widzewowi. Sami też mieliśmy kapitalne sytuacje, bo mieliśmy te dwie „dwusetki”. Natomiast później, od około 75. minuty, ten mecz trochę nam uciekał. Chyba uciekł obu zespołom, bo intensywność już siadła. Ale trzeba przyznać, że dawno nie widziałem takiego meczu jak do 75. minuty. Dla mnie intensywność była szalona. To było jak w meczach w Europie, pamiętam takie spotkania z najlepszymi zespołami. Takie było tempo. Ale było widać, że około 75. minuty to światło zgasło. Dla mnie trochę martwiące jest to, że zrobiliśmy zmiany. Byłem przekonany, że tymi zmianami napędzimy zespół i końcówka znowu będzie nasza. A tego finalnie zabrakło mi przy wyniku 1:1.
Właśnie miałem zapytać o pana zegarek. Czy po 75. minucie jest tam jakiś szczególny sygnał, że zaczyna się „Papszun time” i musicie wtedy przycisnąć gaz do dechy? Bo tak to wyglądało w tym sezonie. Pięć goli strzelonych po tym czasie i tylko jeden stracony. Pamiętamy chociażby końcówkę sprzed tygodnia, kiedy odwróciliście wynik w doliczonym czasie gry.
– Tak, bo dla nas takim kluczowym zawodnikiem jest dzisiaj Bartek Kapustka w środku pola. Kiedy Bartek zszedł, wydaje mi się, że straciliśmy trochę kontrolę. Nie mogliśmy już tak łatwo wchodzić do trzeciej tercji. W trakcie tego meczu mieliśmy 22 wejścia w pole karne, a z Motorem mieliśmy 7. To jest kolosalna różnica. Mimo tego myślę, że od 75. minuty tych wejść było już mało. Straciliśmy rytm i kontrolę nad meczem. Popełnialiśmy też proste błędy. Zbyt łatwo oddawaliśmy piłkę w środku pola i to również napędzało Widzew. Do tego te nierozważne faule przy linii. To nas wytrącało. Zanim ustawisz się przy faulu, stoperzy idą w pole karne, później bomba… I ten mecz wymknął nam się spod kontroli.
Powiedział pan, że bardzo ważnym graczem jest dla was Bartosz Kapustka. Kapustka generalnie nie jest ulubieńcem kibiców. Z czego, według pana, wynika to niezrozumienie jego roli albo inne oceny kibiców niż sztabu? Bo tak jak pan powiedział – Kapustka jest kluczowym zawodnikiem dla Legii.
– Odpowiedź jest prosta: historia. Jeżeli nie ma wyników, to piłkarze są winni tej sytuacji. I z reguły dotyczy to piłkarzy wiodących. Kapitana drużyny, wicekapitana. To na nich spoczywa ten ciężar i odpowiedzialność. Oni o tym wiedzą. Rafał Augustyniak czy Bartek Kapustka wiedzą, że tę odpowiedzialność muszą wziąć. Podeszli do tego spokojnie. Nie jest tajemnicą, że mocno zabiegałem o to, żeby tych dwóch graczy utrzymać w zespole. Presja społeczna była dość duża, żeby oczywiście tych kontraktów nie przedłużać. A dzisiaj są to dla nas nieocenieni gracze. To są trochę architekci tych wyników Legii Warszawa, dzisiaj generalnie utrzymania w Ekstraklasie. To są dla mnie obecnie kluczowi gracze. Oczywiście jest wielu innych. Dyspozycja poszczególnych zawodników też jest różna. Ale tak jak powiedziałem – Bartek w środku pola jest dzisiaj dla nas kluczową postacią.
Jan Kuchta powinien wykorzystać tę sytuację?
– Tak, Jano powinien to strzelić. Miał taką prostą sytuację. Myślę, że wynika to z dużej chęci strzelenia tej bramki, a to często trochę nie pomaga w tak banalnych sytuacjach. Myślę, że pierwszą bramkę musi strzelić z trochę trudniejszej sytuacji.
Pięknie dograł mu w tej sytuacji Kamil Piątkowski. To nie pierwszy raz, kiedy popisuje się taką asystą, bo zdaje się, że w Kielcach też dorzucał do Zjawińskiego, jeśli mnie pamięć nie myli. Ale Kamil Piątkowski nie dokończył tego meczu, bo coś zakuło go w nodze.
– Tak, i zapomniałem o tym wcześniej powiedzieć. Oczywiście zszedł „Piona”, a on w tych końcówkach podwaja nam prawą stronę. Tutaj z Pawłem Wszołkiem, czy kiedy gra Chodyna, czy Ruben, gdy zmieniamy stronę, generujemy sytuacje. Tak było ze Śląskiem, stąd poszła akcja na 1:1. Z Motorem było to samo. Zapomniałem więc wspomnieć o bardzo ważnej dla nas postaci, czyli Kamilu Piątkowskim. On tego meczu nie dograł i to też było po prostu istotne.
Mam nadzieję, że to nic poważnego. Jeszcze musi przejść diagnozę, więc na razie nie wiem. Natomiast Kamil zszedł trochę na własną prośbę. Zdawaliśmy sobie sprawę, że może być problem z tym urazem, dlatego Arek Reca przez cały mecz był w takiej gotowości do wejścia.
Właśnie się nad tym zastanawiam, bo sam pan powiedział na konferencji prasowej, że pozostawanie na rundę z czterema nominalnymi stoperami jest sporym ryzykiem. Zwłaszcza w sytuacji, kiedy może przytrafić się uraz albo mogą pojawić się kartki. Rozumiem, że jeżeli chodzi o półlewego stopera, spogląda pan w kierunku Arka Recy, a jeśli chodzi o półprawego lub centralnego obrońcę, jest Rafał Augustyniak. A kto dalej? Są Lauryn i Korżyński, prawda?
– No tak. To są młodzi zawodnicy, którzy dzisiaj muszą łapać minuty. To już czas na pracę i również na popełnianie błędów, bo nie możemy sobie dzisiaj pozwolić na to, żeby oni robili to na tym poziomie.
Oni w zasadzie dopiero wchodzą do poważnej piłki, dlatego chcemy ich rozwijać, ale to jeszcze nie jest ten moment. Sytuacja nie jest łatwa, mówiłem już o tym. Z drugiej strony, cóż, to musi powodować, że będę szukał nowych rozwiązań, ale przede wszystkim przygotowywał tych graczy do występów na trochę innych pozycjach. Tak jak Rafała Augustyniaka na pozycji centralnego obrońcy czy teraz Arka Recę, który z konieczności może zagrać na stoperze. Tak wygląda dzisiaj nasza rzeczywistość i trzeba ją przyjąć. Okienko transferowe się zamknęło. Mamy taką kadrę, jaką mamy. Będziemy walczyć w każdym meczu, tak jak dzisiaj, o to, żeby wygrać.
„Jędza” jeszcze nie rozwiązał kontraktu. Jest do dyspozycji?
– Tak, „Jędza” dzisiaj tutaj się kręcił. Chyba też oglądał ten wywiad czy konferencję. Podejdę do trenera, zagadam, co jest grane. Mówię mu: „Dawaj, wpadaj, trenuj”. Trochę by wpłynął na rywalizację.
Jakie są pana ambicje w obecnej sytuacji klubu, który chwali się, że w tym okienku transferowym włączył tryb oszczędnościowy?
– O to już trzeba byłoby zapytać włodarzy. Moje ambicje zawsze będą najwyższe. Będę chciał wygrywać bez względu na okoliczności. Oczywiście nie jest łatwo w takiej sytuacji. Jednocześnie staram się zrozumieć sytuację klubu, że dzisiaj jest ona taka, a nie inna, i chcę temu klubowi pomóc. Wiadomo, co ten klub dla mnie znaczy. Dlatego podchodzę do tego ze spokojem. Nie jest to łatwe. To jest taka walka z własną głową. Czasami jak u nałogowca, żeby się uspokoić. Ale okej, naprawdę. Mamy bardzo dobre warunki. Mamy fajną drużynę i chłopaków, którzy są chętni do pracy.
To, co Kamil powiedział – może brakuje nam automatyzmów i jeszcze czegoś więcej. Uważam jednak, że z czasem to przyjdzie u niektórych graczy, szczególnie tych, którzy do nas dołączyli. Czy mówimy o Ševciku, Kuchcie czy Wjunnyku, który na pewno nie jest jakimś spektakularnym zawodnikiem, ale wierzę, że też nam pomoże. Że po prostu będzie pasował do naszej układanki.
Najważniejsze dla mnie – i myślę, że mój sposób myślenia wpisuje się również w sposób myślenia naszych kibiców – jest to, że musimy być taką drużyną, z którą będą chcieli się utożsamiać. Drużyną, która nawet jeśli ma słabsze momenty, tak jak dzisiaj, potrafi je przetrwać. Walczy do końca o zwycięstwo. Tak jak z Motorem czy w wielu innych wcześniejszych meczach. Potrafi odwrócić wynik i nigdy się nie poddaje. To jest istotne.
Oczywiście chciałoby się dodawać do tego więcej jakości. Myślę, że dzisiaj sporo jej pokazaliśmy. Słusznie zauważyliście, że nie było tylu dośrodkowań. Chcemy bowiem grać inną piłkę, nie tylko opartą na dośrodkowaniach i wbijaniu piłki w pole karne. Oczywiście do tego potrzebujemy trochę czasu. W przyszłości na pewno również jakości, bo jesteśmy w takim procesie transformacji. Musimy tę Legię przeprowadzić na spokojne wody.
Ostatnia rzecz, która mnie jeszcze w tym studiu intryguje. Czy pan albo pana sztab analizowaliście to, co działo się z Legią mniej więcej w tym okresie sezonu w poprzednich trzech latach? Zna pan tę korelację dotyczącą września i października?
– Nie, absolutnie nie.
To króciutko panu opowiem. W sezonie 2023/24, za Kosty Runjaicia, mniej więcej we wrześniu i październiku zaczyna się kryzys. Legia przegrywa cztery mecze z rzędu. Później, w sezonie 2024/25, we wrześniu – wtedy Legia równocześnie grała w Lidze Konferencji – również zaczynają się problemy. Dwa punkty zdobyte w czterech meczach. Później także w Lidze Konferencji pojawiły się gorsze wyniki w samej końcówce rundy. W poprzednim sezonie z kolei w październiku – i to już pan będzie doskonale pamiętał – zaczyna się seria dziesięciu meczów bez zwycięstwa. Pan przychodzi i wreszcie wygrywacie pierwszy mecz, ale to było już w następnym roku. Wygląda więc na to, że październik, listopad i grudzień były najtrudniejszymi miesiącami dla Legii w trzech ostatnich latach. Wyciąga pan z tego jakiś wniosek? Czy oddzielamy to grubą kreską, bo nie ma to większego znaczenia?
– Myślę, że musimy to oddzielić. Przede wszystkim dlatego, że Legia grała w europejskich pucharach. To jest inna gra. My mamy ten kapitał, że możemy się przygotowywać. Pracujemy systemowo, pracujemy codziennie. Każdy dzień jest dla nas ważny i staramy się wykorzystać go na maksa. Doszli też nowi zawodnicy. Właściwie większość z nich dołączyła już w trakcie sezonu. Ci, których dzisiaj wymieniliśmy – Kuchta, Sevcík, Wjunnyk – oni przyszli właściwie przed chwilą. Też potrzebują czasu na adaptację. Fukuda również do nas dołączył, a wczoraj zagrał cały mecz w drugim zespole.
Potencjalnie czas będzie więc pracował na naszą korzyść. Mamy też bardzo dużo młodych graczy. Wojtek Urbański rozegrał dzisiaj, moim zdaniem, kolejny bardzo dobry mecz. Wojtek jest w Legii już jakiś czas, ale gdyby ktoś z was miał jeszcze niedawno coś o nim powiedzieć, to nie wiem, co by dzisiaj powiedział. Że okej, gdzieś tam utalentowany…
Chimeryczny.
– Tak, tak, dokładnie. A dzisiaj widzę powtarzalność w jego grze. Widać, że budujemy tego zawodnika. Doszedł Deziel. To też jest chłopak, który przyszedł z niższej ligi. Wiadomo, że popełnia swoje błędy, ale już w tym momencie nam pomaga. Każdy mecz jest dla niego kolejnym doświadczeniem. Szczepan – drugi mecz w pierwszym składzie, wychowanek. Dużo tych młodych chłopaków się dzisiaj pojawia. Już nie mówię o wcześniejszych debiutach Kovacika czy Mikanowicza. Gros tych młodych zawodników wprowadzamy i chcemy to robić. Ale też, jak mówię, na wszystko potrzeba czasu i trzeba podchodzić do tego ze spokojem. Jednocześnie jesteśmy w Legii i tutaj do każdego meczu musisz podejść tak, żeby zrobić wszystko, aby wygrać. Nie ma tutaj innej drogi.
Brakuje Wam gwiazdy, kogoś jakościowego w środku pola.
- Nie trzeba mieć jednej gwiazdy. Oczywiście wtedy sprzeda się więcej koszulek i biznesowo będzie się to opłacało, ale można też wygrywać za pomocą zespołu. Rozumiem ten sposób myślenia i też chciałbym mieć taką jedną, dwie, trzy gwiazdy.
Álvarez na przykład?
– Trudno mi powiedzieć, kto dzisiaj by do nas pasował. Nie zastanawiałem się nad tym, bo nasza sytuacja jest taka, że po prostu nie ściągniemy w tej chwili takich graczy. Nie ma co się oszukiwać. Widzimy dzisiaj, jakie kwoty krążą na rynku i jakie pensje wchodzą w grę. To jest dla nas w tej chwili nierealne. Rozumiem, że Legia jest dużym klubem, kibice oczekują zwycięstw i do tego będziemy dążyć. Pokazujemy to również wynikami, bo jesteśmy jedyną drużyną w Ekstraklasie, która nie przegrała. Co ma dzisiaj powiedzieć Jagiellonia Białystok czy, powiedzmy, Widzew, który ma jedno zwycięstwo w siedmiu meczach? Daj Boże, żeby każdy kryzys tak wyglądał jak nasz teraz.
Powiedzmy, że dzisiaj Legia ustępuje niektórym zespołom pod względem szerokości kadry, być może również jakości. Czy ten dystans można zmniejszyć albo nawet zniwelować tożsamością, dziedzictwem klubu i zespołowością? Takie rzeczy wchodzą w grę?
– Oczywiście, że można, bo liczy się zespół. To właśnie zespół eksponuje najlepsze wartości i talenty każdego gracza. Każdy z nich ma jakiś talent i każdy jest w stanie coś tej drużynie dać. Oczywiście chodzi trochę o ukrycie słabszych stron i wyeksponowanie tych mocnych. Od tego jestem ja, od tego jest sztab. Przede wszystkim chodzi jednak o zbudowanie takiej jedności. Choć właściwie nie musimy jej budować od zera, bo fundament stworzyliśmy już po poprzednim, bardzo trudnym dla nas sezonie. Zahartowaliśmy się wtedy.
Dzisiaj chcemy na tym fundamencie dalej budować i myślę, że widać już DNA Legii – ten wysoki pressing, tę intensywność. Chcemy do tego dodawać i dokładać coraz więcej jakości, o której tutaj rozmawiamy.
Ale tak jak wiecie, po drugiej stronie jest Widzew, który ma bardzo dobrych piłkarzy. Musisz się z nim mierzyć. Nie grasz z powietrzem, tylko z Widzewem.
---------------------------------------------------------------
Wypowiedzi z konferencji prasowej
– Przede wszystkim chciałem podziękować kibicom. Wiedzieliśmy, jakie to jest dla nich spotkanie, ale każdy mecz na Łazienkowskiej to „petarda” i kibice zawsze stają na wysokości zadania. Dzisiaj było podobnie. Chcemy za tym nadążać, żeby poziom kibicowania towarzyszył również drużynie i żeby między zespołem a trybunami była ta synergia.
– Wydaje mi się, że dzisiaj zobaczyliśmy dobre widowisko piłkarskie. Przeciwnik był trudny, było sporo sytuacji bramkowych i emocji. Do 75. minuty intensywność była bardzo wysoka. Później tempo trochę spadło, ale do tego momentu było ono na poziomie europejskim.
– Na pewno szkoda tego wyniku, bo był to mecz, który miał różne fazy i momenty. Widzew miał szczególnie w drugiej połowie sporo groźnych sytuacji – sześć takich akcji w naszym polu karnym, z czego przy trzech bardzo dobrze się broniliśmy, wykazując się dużą determinacją. Natomiast my mieliśmy trzy sytuacje, w których po prostu musimy strzelić gola. Mamy takich zawodników jak Kuchta czy Sevcik, a także sytuację Augustyniaka po stałym fragmencie. To są okazje, które musimy wykorzystać – przynajmniej dwie z tych trzech.
– Widzew nie miał, może poza Alvarezem, tak czystej sytuacji jak nasze, ale miał siedem czy osiem bardzo groźnych akcji. Bramka również była trochę przypadkowa, jeśli wliczyć do tego rzut wolny. Powinniśmy zamknąć ten mecz po przerwie i strzelić gola, bo mieliśmy dwie pierwsze sytuacje. Wtedy łatwiej byłoby nam kontrolować fazy przejściowe. Chcieliśmy iść po kolejne bramki, ale czasami trochę nam tego brakowało.
– Oczywiście w końcówce musimy wycisnąć więcej. Jesteśmy znani z tego, że gramy do końca i tworzymy sytuacje, tymczasem po 75. minucie żadna z drużyn nie stworzyła już sobie dobrej okazji. Mecz stał się brzydki – było sporo fauli, stałych fragmentów i przepychanek. Straciliśmy trochę z tego, co wcześniej było w tym spotkaniu.
– Nie ukrywam, że nie zakładałem zmiany Bartka Kapustki i Kamila Piątkowskiego, którzy są dla nas kluczowymi zawodnikami. Na pewno miało to wpływ na tę końcówkę. Dla Legii Warszawa są to podstawowi gracze i trochę ich w końcowych minutach zabrakło.
Wspomniał Pan, że nie chciał Pan zdejmować Bartka Kapustki i Kamila Piątkowskiego. Co się z nimi stało, że musieli przedwcześnie opuścić boisko?
– Jeżeli chodzi o Kamila Piątkowskiego, to borykał się z urazem. Reca był gotowy od początku meczu, bo taka sytuacja mogła się wydarzyć już w pierwszej czy dwudziestej piątej minucie. Szacunek dla niego, że dotrwał aż tak długo. Mam nadzieję, że nic poważnego się nie stało.
Bartek natomiast był już mocno, mówiąc kolokwialnie, zajechany. Poprosił o zmianę, ponieważ czuł duże zmęczenie i napięcie mięśni, żeby nie przerodziło się to w uraz.
Uważam, że były to mądre decyzje z obu stron. Doświadczeni zawodnicy znają swój organizm. W takiej sytuacji nie można iść po bandzie – lepiej, żeby wszedł świeży zawodnik i zastąpił tego, który jest zmęczony albo ma mikrouraz, jak w tych dwóch przypadkach.
Na pewno spodziewałem się więcej, ale sam przebieg meczu mnie nie zaskoczył. Znaliśmy mocne i słabe strony przeciwnika i te słabsze elementy staraliśmy się wykorzystać. Natomiast nie do końca przeciwstawiliśmy się mocnym stronom Fornalczyka, szczególnie kontratakom. Kilka razy musimy zachować się zdecydowanie lepiej. Ogólnie jednak oceniam ten mecz pozytywnie.
Widzew ani nie grał, ani nie będzie grał tak, jak wskazuje jego obecna zdobycz punktowa. Dla mnie jest to oczywista sprawa. Mają bardzo dobrych zawodników i jest to bardzo dobry zespół. Myślę, że przy zachowaniu większego spokoju i racjonalnym podejściu do tematu Widzew będzie rywalem, który będzie punktował. Dzisiaj powiedziałem drużynie po meczu, że remis z Widzewem i remis ze Śląskiem to zupełnie dwa różne remisy. Niczego oczywiście nie ujmując Śląskowi, bo zagrali u nas dobry mecz, ale my wtedy zagraliśmy na zbyt niskim poziomie, szczególnie w pierwszej połowie. Dzisiaj rywal był trochę z innej półki.
Nie zmienia to faktu, że oczywiście nie jesteśmy zadowoleni z remisu. Drużyna pokazała to również w szatni i to jest bardzo ważne. W Legii, niezależnie od tego, co się dzieje, nie możesz być zadowolony z remisu – gdziekolwiek i z kimkolwiek grasz. Musisz dążyć do zwycięstwa i zrobić wszystko, żeby wygrać. Dzisiaj zrobiliśmy sporo. Szkoda tych sytuacji, bo były to kapitalne okazje po świetnych akcjach. To nie były przypadkowe sytuacje, tylko wypracowane akcje. Myślę, że dzisiaj nikt już nam nie zarzuci, że wykonaliśmy 200 dośrodkowań. Wszystkie te akcje powstawały właściwie w obrębie pola karnego i ze stref bezpośrednio przed nim. To jest element, który poprawiliśmy, ale oczywiście wiąże się to również ze strukturą, zawodnikami, których wystawiłem, oraz ich profilami. To wszystko jest ze sobą ściśle związane.
Dlaczego Kuchta, a nie na przykład Adamski albo Zjawiński? Czy nie kusiło Pana, żeby wystawić Żewłakowa od pierwszej minuty lub wcześniej wpuścić go na boisko?
– Tutaj nie było dużych rozterek. Zjawiński jest kontuzjowany. Oczywiście był na ławce i zakładaliśmy taki wariant, że jeśli w końcówce będziemy musieli gonić wynik, to może pojawić się na boisku. Ma jednak mikrouraz i właśnie wahałem się, czy zrobić zmianę Zjawy, czy Wjunnyka. Poszedłem jednak w Bohdana, ponieważ mimo że dopiero dołączył do zespołu, jest zdrowy. Nie chciałem ryzykować zdrowia Zjawy, ponieważ przed przerwą reprezentacyjną mamy jeszcze bardzo ważny mecz z Jagiellonią. Myślę, że do tego momentu postawimy go na nogi.
W przypadku Żewłakowa sytuacja była podobna. Przed meczem z Motorem był kontuzjowany, potem cały czas odczuwał ból. Musieliśmy więc zrobić krok w tył i po prostu nie był gotowy do takiego spotkania. Wiedziałem, że będzie to mecz o dużej intensywności, dlatego zdecydowałem się wystawić zawodników, którzy są w pełni zdrowi i pozostają w odpowiednim rytmie meczowym.
Jak widzieliście, wyszła ta sama jedenastka, która grała z Motorem Lublin. Przetrenowaliśmy cały mikrocykl i do 75. minuty ten rytm był bardzo dobry. Jeśli chodzi o zmiany, Adamski i Kuba byli przewidziani do wejścia. Te trzy zmiany były trochę planowe. Zarządzanie meczem utrudniły mi jednak sytuacje z Bartkiem i Pioną, bo obaj są dla nas kluczowymi zawodnikami. Ich zmiany były przymusowe, co ograniczyło nam trochę inne możliwości.
Tak czasami wygląda mecz – trener nie zawsze może zarządzać nim dokładnie tak, jak sobie wcześniej zaplanował. Zawsze mam przygotowane różne scenariusze tego, co może się wydarzyć, ale niestety nie jesteśmy w stanie wszystkiego przewidzieć. Trzeba reagować na bieżąco. Być może mogłem zrobić coś lepiej, ale muszę to jeszcze przeanalizować. Mam takie wrażenie, patrząc na ostatnie 15 minut i na liczby, że po 75. minucie już niewiele się działo. Właściwie nie widziałem wtedy sytuacji bramkowych. Legia również ich nie miała.
Mówi Pan o przygotowaniach i założeniach, które może mieć trener. Jak wpłynęła na Was zmiana szkoleniowca w Widzewie? Czy przyjeżdżający dzisiaj Widzew zaskoczył Was czymś nowym, czego się nie spodziewaliście?
– Znam Mateusza Stolarskiego bardzo dobrze. Uważam go za jednego ze zdolniejszych trenerów młodego pokolenia. Znam jego spojrzenie na futbol, sposób pracy i strategię. Tak jak ja mam swoją strategię, on zna ją, a ja znam jego. Oczywiście nie mieliśmy możliwości zobaczyć jego pracy w Widzewie w meczu o stawkę, ale wcześniej była próba w Motorze.
Widzew również grał w strukturze 4-3-3, więc tutaj nie było wielkich zmian. Nie zakładałem, że te zmiany będą rewolucyjne. Spodziewaliśmy się, że Papanikolaou będzie schodził na „szóstkę” i że Widzew może bronić w ustawieniu 5-4-1. Wcześniej boczny pomocnik schodził niżej, więc strukturalnie wyglądało to podobnie. Zakładaliśmy, że będą wychodzić do pressingu i wypychać nas do określonych stref. Robili to dokładnie tak, jak się spodziewaliśmy. Natomiast oczekiwaliśmy, że będą chcieli więcej grać przez środek, mocniej nas tam wciągać i otwierać przestrzeń. I rzeczywiście tak było. Byliśmy na to mocno przygotowani. Dzięki temu mieliśmy odbiory, a po nich również sytuacje bramkowe. Już w pierwszej połowie była choćby sytuacja, którą miał Jan, kiedy nie wiem, czy mógł uderzać, ale piłka poszła wzdłuż bramki i została wybita na rzut rożny. To była sytuacja po wysokim odbiorze. Te czyste sytuacje również tworzyliśmy po odbiorach piłki. Zakładaliśmy, że może być ich więcej, ponieważ Widzew ma bardzo dobrych zawodników. I rzeczywiście to pokazał – czasami potrafił złamać nasz pressing, szczególnie w drugiej połowie, kiedy nie doskakiwaliśmy już tak szybko i byliśmy trochę spóźnieni.
W pierwszej połowie, kiedy trzymaliśmy tempo i dobrze funkcjonowaliśmy jako zespół, Widzew nie mógł się za bardzo przebić. Mieli właściwie jedną banalną sytuację między Wszołkiem a Piątkowskim, kiedy Fornalczyk wszedł w wolną przestrzeń i dograł do Alvareza. To był jedyny większy błąd w pierwszej połowie. Bramka była zupełnie przypadkowa, więc poza tą sytuacją Widzew właściwie niczego nie stworzył.
W drugiej połowie trochę puściły nam lejce i Widzew miał więcej sytuacji. Było to również związane z jakością jego zawodników. Fornal dwa razy złamał nasz pressing w środku boiska, a przy takiej jakości trudno jest to zawsze zatrzymać.
Tak samo Świderski potrafił utrzymać się przy piłce, zagrać na ścianę i dzięki temu Widzew mógł już wyżej poprowadzić akcję. To naprawdę są klasowi zawodnicy. Tak jak powiedziałem na wstępie – to był po prostu dobry mecz. Spotkanie stało na wysokim poziomie intensywności, było kilka jakościowych akcji z obu stron i kilkanaście sytuacji bramkowych. Tych okazji rzeczywiście było sporo.
Zbliża się Wasz mecz z Jagiellonią, która w środę gra w Europie. Jak bardzo jej występy w europejskich pucharach wpływają na przygotowania do tego spotkania? Czy planujecie to jakoś wykorzystać, czy plan gry pozostaje podobny?
– Mamy swój standard pracy i swoją strategię, którą szlifujemy bez względu na to, czy gramy z drużyną występującą w Europie, czy z zespołem, który rozgrywa mecze co trzy dni, tak jak teraz Jagiellonia.
Niestety wypadliśmy z Pucharu Polski, więc ten problem nas już nie dotyczy. Przygotowujemy się jednak podobnie. Oczywiście analizujemy przeciwnika i jego grę, ale najważniejsza jest nasza strategia. Chcemy ją rozwijać i każdego dnia być lepsi.
Chciałbym wrócić do tematu Kamila Piątkowskiego. Czy według Pana będzie gotowy na mecz z Jagiellonią, czy zakłada Pan scenariusz, w którym trzeba będzie szukać alternatywnych rozwiązań?
– Trudno mi dzisiaj odpowiedzieć na to pytanie. Musimy najpierw zrobić diagnostykę. Oczywiście chciałbym, żeby Piona był gotowy. To dla nas bardzo ważny zawodnik, a w ostatnich meczach jest w bardzo dobrej formie. Jest jednym z filarów tego zespołu. Jak mówiłem, trochę brakowało mi go w końcówce spotkania, bo zawsze daje nam przewagę jako środkowy obrońca i potrafi stworzyć przewagę również w trzeciej tercji.
To podanie do Kuchty było kapitalne i pokazuje jego powtarzalność w takich zagraniach – z półprzestrzeni. Szkoda, że nie padła z tego bramka, bo w identyczny sposób zdobyliśmy bramkę w Kielcach, gdzie Zjawiński strzelił głową z dokładnie tego samego miejsca.
Mówił Pan o bardzo dużej intensywności tego spotkania i rzeczywiście szczególnie w pierwszej połowie było to bardzo widoczne. Miałem jednak wrażenie, że był to mecz nawet na 4:4. To chyba nie do końca jest zgodne z Pańską ideą gry. Trener Stolarski powiedział nam zresztą, że wzoruje się na Panu w różnych aspektach, między innymi jeśli chodzi o dążenie za wszelką cenę do zwycięstwa. Jak Pan to skomentuje?
– Tak jak mówiłem, to nie jest przypadek, bo u takich trenerów jak Mateusz przede wszystkim bliski jest mi ich system wartości. Ja od tego zaczynam. Żeby zdobyć moją sympatię i szacunek, przede wszystkim trzeba być porządnym człowiekiem. Ja patrzę na Mateusza właśnie jak na porządnego, młodego człowieka. Mieliśmy ze sobą sporo kontaktu i wiele razy rozmawialiśmy, więc mogłem poznać go od tej ludzkiej strony. Nie chodzi o to, czy jest trenerem i czy gra 4-3-3. To można sobie zobaczyć i przeanalizować. Poznanie człowieka to zupełnie co innego.
My razem nie pracowaliśmy, ale wiadomo, że przez Goncalo Feio jest pewna ścieżka moich wychowanków pośrednich. Bezpośrednio pracowali ze mną między innymi Feio, Dawid Szwarga, Dawid Kroczek i Artur Węska. To są ci trenerzy, których mogę nazwać bezpośrednimi wychowankami. Później oni idą dalej i trochę te myśli, wartości, strategię czy sposób pracy przekazują kolejnym osobom. Myślę, że Mateusz może z tego coś wykorzystać, ale on oczywiście buduje też swój własny sposób pracy. Nawet nie chodzi tylko o samo granie, bo gra to jedno. Trzeba mieć swój standard pracy i sposób zarządzania – nie tylko drużyną, ale również sztabem. To jest dzisiaj najważniejsze.
Sama taktyka i to, co widzimy na boisku, nie wymagają już dzisiaj obecności pierwszego trenera przy każdym szczególe. W sztabach są naprawdę wysokiej klasy trenerzy od piłki nożnej. Kluczowe jest to, żeby ktoś tym wszystkim odpowiednio zarządzał.
I właśnie o tym, co pan powiedział – dążeniu do zwycięstwa za wszelką cenę – trzeba pamiętać. Niektórzy źle to trochę interpretują. Chodzi oczywiście o działanie w ramach dozwolonych reguł. Nie „po trupach”, tylko w granicach określonych przez grę i wartości, które powinny jej towarzyszyć. Bardziej chodzi o charakter, poświęcenie, determinację i walkę do końca. W sporcie są to rzeczy kluczowe. Tylko że wykształcenie takiej determinacji na poziomie zespołu piłkarskiego w dzisiejszych czasach nie jest proste. Młodzi ludzie są wychowywani głównie w dobrobycie, w komforcie życia. Mówimy tutaj o Europie. Skąd więc ma wynikać ta determinacja? To dzisiaj nie jest proste.
Chodzi o automotywację. Widzę młodych zawodników w akademiach i uważam, że jest to obecnie jeden z największych problemów – właśnie automotywacja. Motywacja zewnętrzna nigdy nie przewyższy tej wewnętrznej. To jest dzisiaj wyzwanie dla nas wszystkich dorosłych. I nie mówię tylko o sporcie, ale generalnie o wychowaniu. Można być sportowcem, ale można być też księgowym, informatykiem czy wykonywać jakikolwiek inny zawód. Pytanie brzmi: czy będzie ci się chciało iść do pracy? O to właśnie chodzi. W sporcie trzeba jeszcze walczyć. Nie wystarczy wymyślić programu i na tym skończyć. Trzeba wyjść na boisko i rywalizować. Trzeba tę rywalizację podjąć. Myślę, że to jest dzisiaj jedno z największych wyzwań dla trenerów – żeby zbudować jedność, wspólny cel i odpowiedzialność zawodników. I nie chodzi tylko o zawodników. W sztabach również pracują młodzi ludzie. To są już kolejne pokolenia. Chodzi o to, żeby w całym zespole była obecna etyka pracy, odpowiedzialność i poświęcenie dla grupy.
Uważam, że na poziomie całego klubu, strategicznie, powinno się patrzeć na to szerzej. Nie ograniczać tego wyłącznie do trenera, sztabu czy pierwszego zespołu, ale budować to jako element tożsamości klubu. Chciałbym, żeby Legia Warszawa była klubem, który jest wizytówką takiej postawy – który gra na całego, z pełnym poświęceniem, do końca i zawsze walczy o zwycięstwo. To właśnie nas charakteryzuje. Dlatego odwracamy mecze, mamy przygotowane różne plany – dotyczące zmian, zarządzania spotkaniem czy ewentualnej zmiany struktury na inną, jeśli ma nas to przybliżyć do zwycięstwa. Oczywiście to wszystko trenujemy. Ale najważniejszy jest mental. Trzeba mieć przekonanie, że nie ma sytuacji bez wyjścia i że jesteś w stanie przechylić szalę na swoją korzyść. Nie zawsze się to uda. Ale ważny jest bilans. Jeśli policzymy na przestrzeni całego sezonu, ile razy nam się udało, a ile razy nie, zobaczymy rzeczywistą skuteczność tych działań.
Ostatnie dni są bardzo gorące w kontekście kwestii sędziowskich. W dniu meczu odpowiadał Pan również na pytanie TVP Sport dotyczące kontaktów z sędziami, mówiąc o akcjach charytatywnych. Później zabrał Pan głos w sprawie meczu z sezonu 2024/25, co wywołało szeroką dyskusję. Czy po ludzku jest Panu żal Adriana Siemieńca, trenera bardzo zdolnego, młodego pokolenia, który jest obecnie przedmiotem bardzo zdecydowanego hejtu?
– Po pierwsze muszę doprecyzować kilka kwestii. Zacznę od tej, która tutaj padła, bo nie możemy dać się zwariować i dojść do sytuacji, w której nie można odezwać się do sędziego. Jesteśmy ludźmi, funkcjonujemy w branży sportowej. Są różnego rodzaju wydarzenia, nawet Canal+ czy Ekstraklasa robią różne akcje. Nie popadajmy więc w skrajność, że nie można podać ręki czy zamienić słowa z sędzią. Są akcje charytatywne. To jest jednak jedna rzecz.
Druga, fundamentalna kwestia jest taka, że mam na koncie grubo ponad 600 meczów i nigdy, przenigdy nie zdarzyło się, żebym kontaktował się z sędziami prowadzącymi mecz przed spotkaniem. Cyfrowo? Nigdy. Przed meczem jest tylko kurtuazyjne spotkanie. Możemy nawiązać do jakiejś sytuacji, na przykład zapytać, jak sędzia ocenił wcześniej konkretny błąd czy zdarzenie. Wszystko odbywa się na spokojnie, bo po meczu są emocje i czasami dochodzi do nieprzyjemnych sytuacji. Niekiedy trzeba też później przeprosić za swoje zachowanie.
Różnie po meczach bywało, szczególnie kiedy byłem młodszy. Różne rzeczy się działy i wiadomo, że byłem też za to karany. To nie jest żadna tajemnica. Gorąca krew wtedy płynęła. Dzisiaj wygląda to już oczywiście inaczej. Nigdy jednak nie dochodziło do takich sytuacji, o jakich teraz rozmawiamy. Nie wyobrażam sobie tego.
Jeżeli chodzi o przytoczenie tamtego meczu, być może niepotrzebnie to powiedziałem. Natomiast chciałbym, żeby ktoś postawił się w mojej sytuacji. Nagle patrzysz na pewną konfigurację, odtwarzasz sobie ten mecz i widzisz taką liczbę zdarzeń, trochę w drugą stronę. Wtedy pojawiają się jakieś myśli. I żeby była jasność – ja nikogo nie oskarżam i nie chcę tutaj niczego insynuować. Po prostu wyraziłem swoją myśl, powiedziałem, co wtedy zaświtało mi w głowie. I na tym powinien się zakończyć ten temat.
To, co Adrian zrobił i co dzisiaj się dzieje, to jest jego sprawa. Oczywiście po ludzku jest mi go żal. Natomiast fundamentalna kwestia jest taka, że trzeba poczekać, aż ta sprawa zostanie zbadana. Jeżeli ktoś popełnia wykroczenie, trzeba przeprowadzić dochodzenie, a następnie wydać odpowiedni wyrok. Tak to funkcjonuje w państwie prawa. Poczekajmy więc na to, jakie materiały zbiorą odpowiednie organy i jak cała sprawa zostanie oceniona. Dopiero później powinien zapaść wyrok.
Dla mnie rzeczą absolutnie niedopuszczalną jest kontaktowanie się z sędzią w celu wpływania na wynik meczu. Cokolwiek byśmy tutaj powiedzieli, coś takiego nie może się wydarzyć. Bo równie dobrze można sobie wyobrazić sytuację, w której przed meczem ktoś kontaktuje się z sędzią i mówi: „Może będzie sytuacja stykowa, to zagwiżdżesz karnego, bo mamy mecz pucharowy”. To może pójść właśnie w takim kierunku. Dlatego w takich sytuacjach przed meczem trenerzy absolutnie nie powinni kontaktować się z sędziami.
Nie chodzi też o to, żeby nie popaść w paranoję. Nie może być tak, że nagle nie będę odzywał się do sędziów, bo będę się bał, że ktoś mnie oskarży o korupcję czy próbę wpływania na wynik. Trzeba to wszystko wyważyć.
Jeszcze raz podkreślam: poczekajmy. Nie palmy nikogo na stosie, bo mogą istnieć okoliczności, o których jeszcze nie wiemy. Dzisiaj mamy pewne informacje, które funkcjonują przede wszystkim jako fakty dziennikarskie czy internetowe. Nie słyszałem, żeby jakaś komisja czy organ, który jest za to odpowiedzialny, już się do tego jednoznacznie ustosunkował. Z tego, co słyszę, sprawa jest prowadzona. Trzeba więc poczekać.
Na pewno należy podejść do tego w sposób wstrzemięźliwy. Tak jak powiedziałem, nikogo absolutnie nie chciałem w ten sposób oskarżać ani nie chciałem być tak zrozumiany. Powiedziałem tylko, co pojawiło się w mojej głowie. Podzieliłem się swoimi odczuciami i nic więcej. Chciałbym, żeby nie wyciągać z tego daleko idących wniosków.
Multimedia

FIFA wynajmuje biuro w Trump Tower za prawie 4 mln dolarów. Szczegóły...

Wisła Kraków blisko przedłużenia kontraktu z Marko Božiciem. Negocjacje...

Torino chce Daniela Mikołajewskiego. Klub celuje w zimowy transfer

Świątek wyprzedziła Serenę Williams w klasyfikacji zwycięstw w turniejach...

Michael Gorzynski zapłacił 50 milionów euro za 40 procent akcji Legii...






Regulamin:
Punktacja rankingu:
Za każdy nowy komentarz użytkownik dostaje 1 punkt. Jednak, gdy narusza on nasze zasady i zostanie dezaktywowany, użytkownik straci 2 punkty. W przypadku częstych naruszeń zastrzegamy sobie możliwość nakładania wyższych kar punktowych, a nawet tymczasowych i permanentnych banów.