Marek Papszun
fot. Jan Szurek

Marek Papszun: Zdominowaliśmy przeciwnika

Redaktor Maciej Ziółkowski

Maciej Ziółkowski

Źródło: Legia.Net, Canal+

14.08.2026 23:05

(akt. 17.08.2026 13:27)

Legia Warszawa wygrała u siebie aż 5:0 z Radomiakiem Radom. Trener Wojskowych, Marek Papszun, zabrał głos po domowym spotkaniu ligowym.

– Jesteśmy bardzo zadowoleni. Zrealizowaliśmy dużo celów i zadowoliliśmy naszych kibiców. Stadion był wypełniony po brzegi. Zdobyliśmy pięć bramek i stworzyliśmy fajne widowisko. Dobrze oglądało się ten mecz, który zagraliśmy na naszych warunkach. Zdominowaliśmy przeciwnika, szczególnie w 30 minutach, strzelając szybko trzy gole po naszych kompleksowych sytuacjach – z fazy przejściowej, ataku pozycyjnej i stałego fragmentu. Cieszymy się, bo wiemy, że wcześniej straciliśmy dwie bramki po stałych, a było to trochę niewymierne. Dużo pracujemy nad tym elementem. Cieszę się, że tym razem było odwrotnie i trafiliśmy po stałym. Zadebiutowało trzech zawodników, w tym piłkarz akademii. Sporo się zgadzało.

– Zrealizowaliśmy cel średnioterminowy. Założyliśmy sobie 10 punktów w czterech meczach. Fajny wieczór. Duże gratulacje dla zawodników i sztabu. Zasłużyli na to codzienną pracą – to nie dzieje się przypadkowo. Ma być to dodatkowy bodziec dla nas, by iść dalej i odpocząć.

– Mamy teraz troszkę dłuższy mikrocykl. Trzeba dobrze przygotować się do Piasta i z całych sił walczyć o trzy punkty.

Mówił pan przed tym spotkaniem: „Jeśli po czterech meczach będziemy mieli w dorobku 10 punktów, to będę zadowolony”. Wydaje się, że po meczu takim jak ten, to zadowolenie to jeszcze za mało, bo wygrana to jedno, ale styl, w jakim zrobili to pańscy piłkarze, powinien do tego zadowolenia dodać jeszcze co nieco. Czy będzie pan, tak jak Bartek Kapustka, mówił o niedosycie?

– Nie można być aż tak pazernym, ale też nie zasłużyliśmy chyba na więcej. Trzeba się cieszyć z tych pięciu bramek, bo to duży wyczyn w Ekstraklasie. Chyba Legia, z tego, co mi na szybko przekazano, od 2019 roku nie wygrała pięcioma bramkami, więc bardzo cenię sobie ten wynik, bo kilka sezonów minęło. Dzisiaj w Ekstraklasie nie jest prosto wygrać mecz, co dopiero pięcioma bramkami.

Miał pan nosa do personaliów. Michalem Sevcikiem trochę nas pan zaskoczył – tym, że zagrał od pierwszej minuty i tym, że dość szybko jednak z tego boiska zniknął.

– Na pewno debiut taki nieoczywisty dla kibiców, dla ekspertów, bo nie dostał minut w pierwszych trzech spotkaniach, a tu nagle wychodzi w pierwszym składzie. Ale spokojnie przygotowywaliśmy go, żeby ten debiut był udany, i tak było. Uznałem, że 45 minut wystarczy tych emocji, ale też ta zmiana była podyktowana tym, że Kuba Żewłakow zasłużył, żeby grać. Staram się być sprawiedliwy, na ile mogę. Nie jestem w stanie zadowolić wszystkich graczy, ale jak pojawiają się przestrzenie, to chciałem, żeby Kuba też pograł i żeby odczuł to, że dobrze pracował w tym okresie przygotowawczym.

Czy Żewłakow to naprawdę będzie „dziewiątka”? Zobaczymy, jak my też będziemy grali, jak nasza sytuacja kadrowa będzie wyglądała, bo dzisiaj trzeba przyznać, że na pozycji numer dziewięć mamy dobrą rywalizację.

Może nawet za dobrą?

– Nigdy nie jest tak dobrze, żeby nie mogło być lepiej, ale jest okej. Myślę, że to pozwoli tym chłopakom jeszcze zrobić krok do przodu, a drużynie po prostu być skuteczną, bo to na koniec jest najważniejsze.

Czy pan o grze na dwóch napastników mówi: lubię to, ale boję się?

– Jakbym się bał, to byśmy nie grali na dwóch. Nie wycofaliśmy żadnego z nich, tylko obu wymieniliśmy. Jeszcze wszedł Kuba Żewłakow, który tak naprawdę jest takim hybrydowym zawodnikiem, też może grać w napadzie. Graliśmy ultraofensywnie do końca. Nie chcieliśmy zwalniać tempa, grać na utrzymanie i dowiezienie. Gramy raz w tygodniu, więc nie widzę powodu, żebyśmy kalkulowali. Jak jest mecz u siebie, a mamy ich tylko 17, więć musimy pełną parą iść od początku do końca.

Na boisko wpuścił pan także Miletę Rajovicia. Nie mam wrażenia ani przekonania, że to były gwizdy celowe, ale dokładnie w tym momencie, w którym Mileta wszedł na boisko, usłyszeliśmy stadion, który gwiżdże. Jak pan to odczytuje? Czy to jest może jeden z argumentów, żeby pomyśleć, że to być może nie jest miejsce dla niego i on musi zmienić środowisko, bo został przyjęty tak, jak został, i to nic dobrego nie zbuduje?

– Nie jest to komfortowa sytuacja, dlatego prosiłem kibiców o wstrzemięźliwość. Mileta jest naszym zawodnikiem i się stara. Ta sytuacja źle wpływa na kibiców, tak to nazwijmy. Ja to rozumiem, ale trzeba zachować w tym umiar. Czy to są jakieś sygnały? Trudno powiedzieć, bo to nie są proste tematy.

Bartosz Kapustka – to jego wybraliśmy supergraczem meczu. Podpisze się pan, panie trenerze, pod naszym wyborem?

– Myślę, że cały zespół zasłużył na piątkę, ale Kapi rzeczywiście – te dwie bramki, szczególnie pierwsza, kapitalne uderzenie, prawa, lewa noga – pokazał to, z czego jest znany. W zeszłym sezonie o takie bramki było trudno z wiadomych względów – mental był na takim dość niskim poziomie, brakowało pewności siebie.

Ale tak jak mówiłem, zapadły decyzje i udało się przedłużyć kontrakt. Wierzę w niego – tak samo w Augustyniaka, bo wiemy, że opinie i ocenianie gry były różne. Cieszę się, że oni są dzisiaj wiodącymi postaciami tego zespołu.

Jak się panu żyje bez Elitima?

– To jest dobre pytanie, bo oczywiście mamy zawodników w środku pola, ale, będąc szczerym, Eli był naszym najlepszym zawodnikiem w poprzedniej rundzie. Tak go sklasyfikowaliśmy z naszych wewnętrznych ocen comeczowych. Był po prostu najlepszym piłkarzem. Nie da się pewnych piłkarzy tak zastąpić z dnia na dzień.

Oczywiście Szymański czy Arreiol wchodzą trochę w te buty, ale Eli był tutaj kluczowym zawodnikiem, więc na pewno szkoda. Ale dajmy czas, żeby zawodnicy się ograli na tej pozycji. Elitim bardzo komfortowo się czuł w tej drużynie. Mieliśmy bardzo dobre relacje, dlatego szkoda, ale życie toczy się dalej i musimy sobie radzić bez Eliego.

Czy Marek Papszun mieszka w Legia Training Center?

– Nie do końca. Czasem tak, chociaż jestem warszawiakiem, więc nie musiałbym tego robić, ale czasami zostaję, bo korki w Warszawie są potężne i nie opłaca się wracać. Ale teraz częściej nocuję w domu.

Już pan czuje, że ten zespół jest taki, jaki chciałby pan mieć? I drugie pytanie, trochę wynikające z tego: czy po przyjściu Kuchty liczy pan jeszcze na jakiś transfer, czy ta kadra jest już dla pana wystarczająca?

– Myślę, że nigdy nie jest tak, jakby się chciało do końca. Zawsze jest coś do poprawy, ale to dobrze, bo gdyby wszystko było idealnie, spadałaby motywacja do analizowania, dociekania, wyciągania wniosków i refleksji.

Dzisiaj też myślę, że doszukamy się mankamentów w naszej grze. Pod koniec pierwszej połowy oddaliśmy inicjatywę, ale trzeba też pamiętać, że po drugiej stronie jest przeciwnik z Ekstraklasy.

Wszyscy wiemy i mówimy tutaj jednym głosem, że Ekstraklasa jest bardzo wyrównana i wygrać mecz nie jest łatwo. Wygrać 5:0 – Legia chyba ostatni raz zrobiła to w 2019 roku. Doceniam wysiłek drużyny i to, co dzisiaj zaprezentowała. Krótki odpoczynek i ruszamy dalej. Nic się tutaj nie zmienia. Analiza, kolejny mikrocykl, bo pewnie mecz z Piastem będzie trudniejszy i musimy po prostu iść dalej.

Co do transferów – okienko jest otwarte, więc jakieś ruchy są możliwe. Oczywiście jako trener widzę pewne luki, natomiast wszyscy wiemy, jaka jest sytuacja Legii. Ona się nie zmieniła i jest dość skomplikowana.

Tak jak wielokrotnie powtarzałem, zawsze pracuję z zawodnikami, których mam, wierzę w nich i na tym się skupiam. Oczywiście biorę udział w procesie transferowym, ale nigdy nie naciskałem na jakieś transfery i nie stawiałem klubu pod ścianą, że musi przyjść konkretny zawodnik, bo inaczej nie wiadomo, co będzie.

To nie jest moja strategia. Wierzę w pracę systemową i przede wszystkim w budowanie drużyny, jej jedności. Mamy dwudziestu kilku zawodników i jesteśmy już taką drużyną. Może jeszcze nie przez wielkie „D”, ale myślę, że tę jedność już widać. I to jest dzisiaj dla mnie najważniejsze, bo widziałem zespół, który idzie, gra.

Nawet jeśli coś się nie udaje, intensywność nie spada. Nie lekceważymy kibiców, w żadnym momencie nie odpuszczamy, tylko biegamy i walczymy do końca. Tak to zawsze musi wyglądać w Legii Warszawa, bez względu na wynik, sytuację i moment, w którym jesteśmy.

Czy wszystkie elementy, które szlifowaliście podczas okresu przygotowawczego, widzi pan już w grze zespołu? Czy są jeszcze rzeczy, które warto poprawić albo wdrożyć, nad którymi pracowaliście podczas przygotowań?

– Tak, to pytanie trochę pokrywa się z tym, co już powiedziałem. My pracujemy kompleksowo, nad wszystkimi fazami i subfazami gry, w każdym tygodniu.

W piątek nasze bramki były bardzo różnorodne – były po wysokim pressingu, po ataku pozycyjnym, po odbiorze w trzeciej tercji i kontynuacji ataku, a także po stałym fragmencie. Taką drużyną chcemy być: drużyną, która nie jest uzależniona od jednej fazy czy subfazy, od określonego sposobu wejścia do trzeciej tercji, tworzenia sytuacji i zdobywania bramek.

Jednocześnie chcemy być zespołem skutecznym, dobrze broniącym i dobrze działającym w fazach przejściowych. Oczywiście naszą ideą jest wysoki pressing, ale potrafimy też bronić nisko, kiedy jest taka potrzeba. Dzisiaj trochę brakowało nam cierpliwości w tym niskim bronieniu, ale rozumiem zespół. Takiej aktywności, chęci odbioru piłki, bycia w posiadaniu i zdobywania kolejnych bramek na pewno nie będę hamował. Chciałbym, żeby właśnie tak Legia grała.

Jeszcze chciałbym zapytać o Puchar Polski. Zespół kilka dni temu poznał rywala w pierwszej rundzie – jest nim Motor Lublin. Co trener mógłby powiedzieć na temat tego losowania? Z pewnością mierzycie wysoko, jeśli chodzi o te rozgrywki.

– Losowanie oczywiście nie jest zbyt szczęśliwe. Jeśli w pierwszej rundzie trafiasz na ekstraklasowicza, do tego na wyjeździe i na dość mocną personalnie, już trochę obytą w bojach drużynę, to nie jest to łatwe losowanie.

Natomiast patrząc historycznie, bo troszeczkę tych rund w swojej przygodzie już przebrnąłem i nawet udało mi się coś wygrać w Pucharze Polski, wcześniej czy później musisz trafiać na porządne zespoły. Jeżeli chcesz wygrać trofeum, to bez względu na to, kto jest po drodze, musisz wygrywać.

Oczywiście ścieżka ma znaczenie. Tak samo jak teraz w europejskich pucharach patrzymy na polskie drużyny – kto ma trochę łaskawszy los, a kto trafia na ekipy, które są bardzo trudne. Z drugiej strony Jagiellonia pokazała, że nie będąc faworytem, też można wygrać.

Bez względu na to, z kim grasz, musisz się dobrze przygotować i mieć taki mental, żeby wierzyć, że każdego przeciwnika możesz pokonać. Zawsze mówiłem: co przyniósł los, trzeba grać i walczyć o zwycięstwo.

Chciałbym zapytać o zawodników pozyskanych z pierwszej ligi, którzy stanowią o sile ofensywnej Legii Warszawa. Jak z pana perspektywy wygląda weryfikacja piłkarzy, którzy mają trafić do drużyny z tego poziomu rozgrywek? Czy śledzi pan rozgrywki pierwszej ligi, czy opiera się pan w stu procentach na analizie przygotowanej przez pion sportowy i dział skautingu?

– Jeżeli chodzi o skauting, to przyznam, że pierwszej ligi nie oglądam na co dzień. Głównie skupiam się na Ekstraklasie. Szczególnie na początku staram się oglądać to, co jest możliwe, żeby zobaczyć jak najwięcej.

Teraz są europejskie puchary i przyznam szczerze, że też patrzę, jak polskie drużyny sobie radzą. Nie ukrywam, że skoro gra Raków, to staram się oglądać każdy jego mecz. Oczywiście kibicuję wszystkim polskim drużynom w europejskich pucharach, a szczególnie Rakowowi. To zajmuje sporo czasu, ale staram się mieć rozeznanie, jacy wyróżniający się zawodnicy są w pierwszej lidze, żeby po prostu móc na nich spojrzeć. Tak to się odbyło z Rafałem Adamski czy Łukaszem Zjawińskim.

Oczywiście tutaj działa nasz skauting i to oni rekomendują zawodników z pierwszej ligi czy innych rozgrywek. Ja też, przez swoje znajomości i kontakty, rozmawiam z ludźmi, którzy funkcjonują na tym poziomie. Zawsze staram się podpytać, jakie są tam rodzynki, żeby ewentualnie mieć możliwość takiego chłopaka sprawdzić i zobaczyć, czy pasowałby do nas, czy widzimy w nim takie cechy, które mogłyby predysponować do rozwoju.

Adamski i Zjawiński dość szybko się zaaklimatyzowali, ale trzeba też patrzeć na nich jako na zawodników, którzy już byli w Ekstraklasie. To nie są zawodnicy, którzy dopiero przebijali się w niższych ligach albo grali wyłącznie w pierwszej lidze.

Zjawa i Adams funkcjonowali już na poziomie Ekstraklasy. Po prostu gdzieś tam zeszli niżej, Ekstraklasa ich nie widziała, nie miała na nich zapotrzebowania, a my po prostu do nich wróciliśmy. To też jest inna sytuacja niż w przypadku zawodnika, który jest typowo na poziomie pierwszej ligi.

Chciałbym spytać o Sevcika, bo zdaje się, że miał wymarzony debiut.

– Nie mogło być lepszego debiutu. Urodziny, następnego dnia debiut i bramka na 1:0. Bardzo dobrze się zachował, miał kilka takich zagrań, które nazwałbym klasowymi.

Z perspektywy trybun pewnie wydawało się, że zmiana jest dziwna. Oczywiście nie była podyktowana słabą grą. Uznałem, że 45 minut w debiucie wystarczy, bo te emocje były duże. Ale też chciałem dać szansę Kubie Żewłakowowi, bo bardzo dobrze przepracował ten okres. Już w zeszłej rundzie zrobił postęp, a teraz zrobił jeszcze większy i po prostu zasługiwał na te minuty. Stąd zmiana w przerwie.

Staram się być sprawiedliwy w stosunku do zawodników. Nie zawsze jest to możliwe, bo jest ich dużo i nie każdy może grać. Dobra drużyna czasami wygrywa, stawiając na innego zawodnika, niż wynikałoby to z czystej rywalizacji jeden na jednego. W konfiguracji całej drużyny bardziej liczy się jednak taktyka pod mecz, charakterystyka przeciwnika i wtedy nie są to proste tematy. Tutaj, przy wyniku 4:0, uznałem, że Kuba powinien wejść. Uważam, że to było w porządku.

Komentarze (61)

Odśwież

Dodając komentarz zobowiązujesz się do przestrzegania

Komentarze osób niezalogowanych, a także zalogowanych, którzy zarejestrowali konto w ostatnich 3 dniach wymagają akceptacji administratora.

Uwaga!

Teraz komentarze są ukryte, aby poprawić komfort korzystania z serwisu Legia.Net. Kliknij przycisk „Zobacz komentarze”, aby je wyświetlić i dołączyć do dyskusji.