Marek Saganowski
fot. Marcin Szymczyk

Marek Saganowski: Chciałbym kiedyś wrócić na Łazienkowską jako trener Legii

Redaktor Karol Tyniec

Karol Tyniec

Źródło: Legia.Net

02.09.2026 11:15

(akt. 02.09.2026 11:18)

Już 6 września na Łazienkowskiej 3 odbędzie się specjalny mecz z okazji 110-lecia Legii Warszawa. Jedną z zaproszonych postaci będzie Marek Saganowski – były piłkarz stołecznego klubu, który barwy "Wojskowych" reprezentował w latach 2002–2005 oraz 2012–2016. Z tej okazji porozmawialiśmy z nim o jego obecnym zajęciu, karierze w Legii i późniejszej pracy trenerskiej.

Co obecnie u pana słychać, czym się pan zajmuje?

- Obecnie prowadzę Stowarzyszenie Marek Saganowski Sport Evolution, które zajmuje się różnego rodzaju projektami związanymi z profilaktyką i walką z hejtem. Jeździmy po szkołach i rozmawiamy o tym, czym jest hejt oraz jak skutecznie z nim walczyć. Mamy w swoim zespole psychologów oraz byłych policjantów z wydziału do walki z cyberprzestępczością, z którymi prowadzimy warsztaty dla młodzieży. Oprócz tego w piątek zakończyliśmy warsztaty dla dzieci z kilku gmin w województwie lubelskim. Na początku wakacji organizowaliśmy warsztaty piłkarskie w Rykach i Janowie Lubelskim, a ostatnie tygodnie spędziliśmy w Kraśniku i Bełżycach, więc pracy jest naprawdę sporo.

Skąd pomysł na założenie takiego stowarzyszenia?

- Z obserwacji tego, co dzieje się w świecie, w szkołach czy w akademiach piłkarskich. Założenie początkowo było takie, że mieliśmy współpracować głównie z akademiami i rozmawiać z rodzicami, aby nie wypalali swoich dzieci i nie nakładali na nie nadmiernej presji. Potem dostaliśmy jedno czy dwa zaproszenia ze szkół, by porozmawiać o presji i odpowiedzialności u dzieci. Praktycznie z miesiąca na miesiąc dostawaliśmy coraz więcej zapytań i tak to naturalnie ruszyło na większą skalę.

Ucieszyła pana możliwość powrotu na Łazienkowską 3 w roli piłkarza przy okazji meczu jubileuszowego?                                                                                           

- Tak, zaproszenie było bardzo przyjemną wiadomością i cieszę się, że będę mógł pojawić się na tym wydarzeniu. Aczkolwiek chciałbym kiedyś wrócić na Łazienkowską nie tylko w roli emerytowanego piłkarza, ale również jako trener pierwszego zespołu.

Jak wspomina pan swoje pierwsze początki w Legii?

- Moje początki były bardzo przyjemne. Byłem dość mocno ustawiony do pionu i uświadomiony przez trenera Dragomira Okukę, że muszę wywalczyć swoje, żeby w ogóle zaistnieć w Legii. Mnie taka rola odpowiadała, bo zawsze lubiłem być ostatni w kolejce i przepychać się poprzez własne umiejętności do przodu – co mi się wówczas udało.

Jak wspomina pan trenera Okukę i tamtą szatnię? Z kim miał pan najlepsze relacje?

- Trener Okuka był zawsze szkoleniowcem sprawiedliwym, ale i bardzo wymagającym, jeśli chodzi o treningi. To człowiek, który miał konkretną wizję danego zespołu i każdego zawodnika, co trzeba umieć docenić. W tamtej szatni najlepiej rozumiałem się z Łukaszem Surmą, który trafił do Legii w tym samym czasie co ja. Nasza relacja trwa do dnia dzisiejszego.

Kiedy nadszedł moment, w którym poczuł pan, że jest gotowy na kolejny krok i wyjazd za granicę?

- Moment nadszedł wtedy, gdy udało mi się w pełni określić moje priorytety i odzyskać pełnię umiejętności po tym strasznym wypadku z 1998 roku. Zawsze powtarzałem, że w ŁKS-ie się urodziłem, a w Legii odrodziłem. Przyszedł czas, kiedy krok po kroku wróciłem do reprezentacji Polski, a potem pojawiły się oferty i postanowiłem skorzystać z propozycji portugalskiej Vittorii Guimaraes. Patrząc przez pryzmat mojej historii sprzed wypadku – gdy jako nastolatek byłem w Hamburgu czy Feyenoordzie – mentalnie jako młody człowiek nie byłem wówczas przygotowany do tego, by grać za granicą. Wiedziałem jednak doskonale, że zrobię wszystko, aby ponownie wyjechać z kraju i spróbować sił w innych ligach.

Wtedy wyjazd za granicę w tak młodym wieku, to była odważna decyzja.

- To prawda, jednak wówczas obowiązywały też zupełnie inne zasady dotyczące wyjazdów zawodników, przez co koniunktura na polskiego piłkarza była słabsza niż obecnie. Wyjazd do takich klubów jak HSV Hamburg czy Feyenoord to było coś wielkiego. Ja wówczas byłem najbardziej utalentowanym zawodnikiem w polskiej lidze – miałem 17 lat, gdy debiutowałem w Ekstraklasie i reprezentacji Polski. Na wszystkich testach za granicą robiłem piekielne wrażenie i trenerzy bardzo chcieli, abym podpisał kontrakt. Moim głównym problemem była wówczas mentalność, bo bardzo tęskniłem za Łodzią i rodziną.

Gdzie pobyt za granicą wspomina pan najlepiej?

- W większości miejsc spotkało mnie coś pięknego. Będąc w Vítórii Guimarães, miałem okazję rozgrywać bardzo dobre mecze w Pucharze UEFA. Potem przyszło rozczarowanie, bo nie pojechałem na Mistrzostwa Świata w Niemczech, ale miałem bardzo dobry sezon w Portugalii i byłem blisko przejścia do FC Porto. Rozmawiałem wówczas z nieżyjącym już prezydentem Porto, który praktycznie witał mnie w klubie, jednak na ostatniej prostej coś się wysypało. Później, jeśli chodzi o Anglię, Southampton okazał się super wyborem. Co prawda marzyłem o grze w Premier League i to się nie udało, ale zagrałem w Championship, wystąpiłem m.in. w finale baraży o awans i przeżyłem masę pięknych chwil. Potem odszedłem do Danii, gdzie z Aalborgiem grałem w Lidze Mistrzów. Na zakończenie zagranicznego etapu była Grecja, w której zaznałem pięknej pogody i spokoju życia, zagrałem też w finale Pucharu Grecji z Atromitosem. Wszystkie te kraje, w których występowałem, naprawdę dobrze wspominam.

A jak wspomina pan Euro 2008?

- Cudownie. Pojechałem tam jako zawodnik rezerwowy, potem zagrałem w końcówce meczu z Niemcami, gdzie nieźle wypadłem. Z Austrią wyszedłem w podstawowym składzie na prawej pomocy, choć to nie była moja nominalna pozycja – było to spowodowane kontuzjami Kuby Błaszczykowskiego i Łukasza Piszczka. Miałem duży wpływ na akcję, po której Roger Guerreiro strzelił historyczną, pierwszą bramkę dla Polski na mistrzostwach Europy.

Powrót do ŁKS-u Łódź miał być pana „last dance” w domu?

- Tak, zawsze chciałem zakończyć karierę w Łodzi, w ŁKS-ie. Nie był to jednak dobry moment dla łódzkiego klubu, bo to był czas, kiedy pod względem organizacyjnym wszystko tam padało. Spadliśmy wtedy z ligi i trener Jan Urban zaproponował mi, abym na rok przeszedł do Legii.

Jak zmieniła się Legia od czasu pana pierwszego pobytu?

- Kiedy pierwszy raz przychodziłem do Legii, klub mimo zdobycia mistrzostwa miał duże problemy finansowe – to był czas, gdy grupa ITI przejmowała kontrolę. Kiedy wróciłem po latach, stołeczna drużyna miała już piękny stadium i silny marketing. Legia była największym klubem w Polsce i wchodziła na poziom europejski, a ja byłem świadkiem tego, jak prezes Bogusław Leśnodorski, a wcześniej władze ITI, budowali tę markę.

Jak wspomina pan ten drugi okres w Warszawie po transferze?

- Przychodziłem do Warszawy w wieku 34 lat i pojawiała się wówczas masa głosów sceptycznych: „po co taki wypalony zawodnik przychodzi” itd. Okazało się, że po powrocie zdobyłem 3 mistrzostwa i 3 Puchary Polski, z czego jestem niesamowicie dumny – zwłaszcza że w zdobyciu dwóch mistrzostw i pucharów miałem bardzo duży udział

W pewnym momencie pana karierę przerwała poważna kontuzja po starciu z Jakubem Tosikiem.

- Mając 35 lat, zaraz po tym starciu, gdy schodziłem pod rękę z lekarzami, przeszła mi przez głowę myśl, że to mogą być moje ostatnie chwile w profesjonalnym futbolu. Wydawało się wtedy, że nie ma już sensu walczyć. Samo zachowanie Tosika było bardzo niefortunne i słabe, ale to było w ferworze walki i później wszystko sobie wyjaśniliśmy. Dzięki pomocy trenera Urbana i władz klubu udało mi się wrócić na boisko, strzelić trochę bramek i dołożyć do gabloty kolejne trofea. Wsparcie od zespołu i całego klubu bardzo mi pomogło. Motywacją była również chęć udowodnienia, że można. Ja nigdy się nie poddawałem i broni nie składałem – zawsze wierzyłem w swoje umiejętności jako zawodnik i trener.

Jaka postać na pana legijnej drodze była najważniejsza?

- Paradoksalnie najważniejszą postacią wcale nie był żaden trener, a dyrektor sportowy Janusz Olędzki. On znał mnie już wcześniej i był wielkim zwolennikiem mojego pierwszego transferu. Nawet kiedyś mi powiedział: „Ja cię w Legii najbardziej chciałem, bo trener Okuka na początku nie był przekonany do tego transferu”. Dyrektor Olędzki najbardziej we mnie uwierzył. Trener Okuka na dzień dobry powiedział mi, że jestem 5. wyborem do ataku – przed tobą są Kucharski, Włodarczyk, Solnica i Svitlica, więc walcz. Potem jego katorżnicze treningi bardzo dobrze na mnie wpłynęły i pozwoliły mi stawać się lepszym piłkarzem.

Pójście w trenerkę było dla pana naturalną drogą? Kto wyszedł z tą propozycją?

- Tutaj Aleksandar Vuković wyszedł z inicjatywą zorganizowania przyspieszonego kursu dla byłych reprezentantów Polski. Zbierała się grupa piłkarzy i udało się to przeprowadzić. W tym czasie rozmawiałem z Bogusławem Leśnodorskim, który powiedział mi, że jak skończę kurs, widzi mnie w roli trenera w akademii, a z czasem może wyżej. To wszystko zaczęło się w Legii i powiem szczerze, że jadąc na kurs UEFA B+A chciałem uzyskać odpowiedź, czy w ogóle chcę to robić. Okazało się, że tak.

Jak wspomina pan pracę w akademii Legii?

- Bardzo dobrze – wszystko było świetnie zaplanowane. W pół roku przeszedłem przez każdy rocznik w akademii, spędzając po 2–3 tygodnie przy danej drużynie, aż dotarłem do rezerw, gdzie miałem przyjemność współpracować m.in. z Łukaszem Zjawińskim.

Skąd pojawił się pomysł dołączenia do sztabu pierwszego zespołu?

- Z inicjatywą wyszedł Aleksandar Vuković, który obserwował moją pracę i chciał mnie w swoim sztabie, gdy objął funkcję pierwszego trenera po Ricardo Sa Pinto. Dokończyliśmy tamten sezon zdobywając wicemistrzostwo, a w kolejnym sięgnęliśmy po mistrzostwo Polski.

Czy po nieuadnym pobycie w Zagłębiu Sosnowiec, które jest specyficznym środowiskiem, miał pan propozycje powrotu do pracy trenerskiej?

- Nie mogę się zgodzić z tezą, że pobyt w Zagłębiu był nieudany. Uważam, że z tamtym zespołem i pracą, jaką wykonaliśmy, sosnowiecki klub mógłby być dziś w zupełnie innym miejscu, gdyby nie decyzje zarządu. Zostałem zwolniony za wcześnie – wypadłem z miejsca barażowego mając tylko 1–2 punkty straty niego. Nie zostałem zwolniony przez pryzmat wyników sportowych, tylko z powodu interesów ludzi, którzy byli wtedy w klubie. Co do ofert: tak, miałem kilka propozycji z klubów 2. i 3. ligi. Jednak ze względu na to, że zajmujemy się teraz stowarzyszeniem, które bardzo mocno się rozwija i realizujemy ważne projekty z Ministerstwem Edukacji Narodowej, na dziś musiałem odmówić.

Jak ocenia pan obecną sytuację w Legii? Na co stać tę drużynę?

- Ten zespół stać na bardzo dużo i widać w nim już rękę Marka Papszuna. Cieszy mnie, że z przodu gra Zjawiński z Adamskim i są oni filarami ataku stołecznego klubu. To wskazuje pewien słuszny nurt: nie trzeba szukać niezbyt skutecznych napastników poza granicami Polski i wydawać na nich fortuny. Kiedy byłem trenerem w niższych ligach, zawsze mówiłem, że w Polsce są fajni zawodnicy z niezłą skutecznością i warto dać im szansę wyżej. Bardzo ważne, że Zjawiński i Adamski to potwierdzają. To gracze głodni gry, dumni z występów dla Legii i stanowiący kapitał, na którym klub może w przyszłości dużo zarobić.

Jako były napastnik, co sądzi pan o sytuacji wokół Milety Rajovicia?

- Widać jak na dłoni jego brak skuteczności. Warto jednak zwrócić uwagę, że nie tylko w Legii miał takie problemy. z tego co kojarzę, w poprzednich klubach tylko raz,  5 lat temu, jego dorobek bramkowy przekroczył 15 goli w sezonie. To nie jest dobra skuteczność jak na napastnika i dla mnie zawsze pytaniem pozostaje: kto takich zawodników sprowadza i po co? Warto dać szansę chłopakom z Polski i wychowankom, takim jak „Zjawa”, bo oni dadzą klubowi znacznie więcej. Jestem przekonany, że Legia na pewno na Zjawińskim czy Adamskim będzie w stanie zarobić, a na Rajoviciu już nie.

Czego życzy pan Legii?

- Życzę, aby zdobyła Mistrzostwo Polski, co jest tutaj najważniejsze, a także sięgnęła po Puchar Polski.

Komentarze (26)

Odśwież

Dodając komentarz zobowiązujesz się do przestrzegania

Komentarze osób niezalogowanych, a także zalogowanych, którzy zarejestrowali konto w ostatnich 3 dniach wymagają akceptacji administratora.

Uwaga!

Teraz komentarze są ukryte, aby poprawić komfort korzystania z serwisu Legia.Net. Kliknij przycisk „Zobacz komentarze”, aby je wyświetlić i dołączyć do dyskusji.