Lech Poznań - Legia Warszawa 4:0
fot. Marcin Szymczyk

Michał Żyro: Powrót na Łazienkowską będzie dla mnie wyjątkowym momentem

Redaktor Karol Tyniec

Karol Tyniec

Źródło: Legia.Net

30.08.2026 08:10

(akt. 01.09.2026 08:25)

Już 6 września na Łazienkowskiej 3 odbędzie się specjalny mecz z okazji 110-lecia Legii Warszawa. Jedną z zaproszonych postaci będzie Michał Żyro, który barw Wojskowych bronił w latach 2009-2015. Z byłym piłkarzem stołecznego klubu porozmawialiśmy o wspomnieniach związanych z Legią, trudnych momentach kariery oraz o jego spojrzeniu na obecny stan stołecznej drużyny.

Co u ciebie słychać? Jak udało Ci się odnaleźć w nowej roli?

- Dziękuję, u mnie wszystko ma się bardzo dobrze. Jest dużo pracy i nowych wyzwań, ale robię to, co lubię. Jeżdżę po wielu pięknych miejscach, stadionach, komentuję spotkania i oglądam dużo piłki więc dalej w tym siedzę i cieszę się, że dostałem taką szansę oraz pracuję w fajnym miejscu.

Ucieszyła cię wiadomość, że będzie możliwość powrotu na Ł3 w roli piłkarza?

- Tak, bardzo mnie ucieszyła ta wiadomość. Gdy tylko dowiedziałem się, że taki mecz będzie organizowany, moje serce mocniej zabiło. Nie mówię tego, żeby się podlizać kibicom, bo to wydarzenie będzie ważne nie tylko dla mnie, ale też dla całej mojej rodziny. Moje dzieciaki nie pamiętają moich legijnych czasów i nigdy nie były na żywo na Legii. Ten okres w Warszawie był dla mnie bardzo ważnym momentem w życiu, więc na pewno będzie to powrót do przeszłości. Fajnie, że w nowym życiu będę mógł wystąpić na tym stadionie z moją rodziną u boku. To będzie dla mnie wyjątkowy moment. 

- Oprócz tego ważne będzie dla mnie spotkanie z chłopakami, z którymi dzieliłem najlepsze lata swojej kariery ale także historii tego klubu. Gdy byliśmy w Legii, ta miała pasmo sukcesów. Ostatnie czasy diametralnie to zmieniły względem tego, co było kiedyś, ale teraz drużyna idzie w dobrą stronę. Gdy rozmawiałem z organizatorami, byli wręcz zdziwieni, jak wielu byłych piłkarzy chce pojawić się na Ł3 i brać czynny udział w spotkaniach z kibicami. To pokazuje, jak ważne jest dla nich to zaangażowanie. Dlatego zaproszenie na takie wydarzenie było czymś wyjątkowym.

Do Legii trafiłeś w wieku 13 lat i byłeś wówczas częścią bardzo zdolnego rocznika. Jak wspominasz tamten czas? Czy byłeś wówczas wyróżniającą się postacią?

- My byliśmy drugim rocznikiem Młodych Wilków. Pierwszy to był rocznik '91, my byliśmy '92. Nikt wtedy nie myślał, że będzie z tego zaciąg do pierwszej drużyny. To wszystko wtedy raczkowało. Mieliśmy wówczas jedno boisko, z którego korzystała pierwsza drużyna i my. Mimo to dawaliśmy radę. Mieliśmy złoty rocznik – warto zwrócić uwagę, ilu piłkarzy z rocznika '92 grało potem w reprezentacji. To był dobry czas, choć nie wiem, czy wówczas trenerzy myśleli o nas w długiej perspektywie. Pewnie kiedy nadeszły czasy Młodej Ekstraklasy i mieliśmy drugą drużynę, ktoś mógł o nas pomyśleć jako o piłkarzach aspirujących do pierwszego zespołu.

- Mieliśmy też szczęście, że trafiliśmy na Jana Urbana. On miał już styczność z młodymi piłkarzami w Hiszpanii. Dzięki temu że pracował Osasunie i wprowadzał tam młodzież, miał wizję oraz pomysł, jak wprowadzać i wykorzystywać młodych piłkarzy w Legii. Często najlepsze kluby zarabiają na wychowankach – w porównaniu z sytuacją, gdy musisz kogoś kupić i dać mu wysoką pensję, wychowanka szkolisz znacznie taniej. Na wychowanku można bardzo dużo zarobić, jeśli ktoś wyróżnia się grą w pierwszym składzie i jest piłkarzem, który może zaistnieć dalej. Dzięki Janowi Urbanowi stołeczna drużyna miała wizję, jak wprowadzać tych młodych zawodników, i mogła być w tej kwestii pionierem.

Patrząc na rolę Urbana w Legii, dziwi, że dziś przylgnęła do niego łatka „betonowego Jasia”.

- Ja zupełnie się z tym nie zgadzam i nie mam takiego odczucia, patrząc na jego pracę. Trener Jan Urban traktuje reprezentację inaczej niż klub. Poziom poprzeczki, który ustanowił, aby dany zawodnik mógł zagrać w reprezentacji, jest tak wysoko zawieszony, że ciężko wprowadzać nowych, młodych piłkarzy. O to najbardziej chodzi – inaczej jest w klubie, gdzie tych meczów jest zdecydowanie więcej i kadra jest na tyle szeroka, że ci piłkarze mogą wchodzić i łapać minuty. W reprezentacji nie ma miejsca na to, żeby młody piłkarz się ogrywał. Tam muszą być gracze, którzy są w pełni na to gotowi i na już muszą pokazać swoje umiejętności. Często przytaczano przykład chociażby Oskara Pietuszewskiego, ale on w momencie tych kontrowersji gdy grał w Jadze nie był wystarczająco regularny. Trenerowi zależało na tym, żeby go nie spalić. Nie zapominajmy, że jest jeszcze kadra U-21, gdzie trzeba się wyróżniać, aby być branym pod uwagę. Trener po prostu tak to poustawiał - jego wizja polega na twardym stąpaniu po ziemi.

Wróćmy do czasów akademii. Jak wówczas wyglądała twoja codzienność?

- Nasze treningi były uzależnione od szkoły. Uczęszczałem do gimnazjum, gdzie była klasa legijna. Musieliśmy dostosowywać plan treningowy do zajęć szkolnych. Jeśli zajęcia zaczynały się np. o 11:45, to o 8:00 był trening. Ja zawsze z tatą jeździłem z Piaseczna na trening, a następnie do szkoły. Potem sam wracałem do domu. Jeśli szkoła była rano, popołudniami mieliśmy treningi. To były zajęcia codzienne i mój tydzień wyglądał tak: szkoła, trening, powrót do domu, lekcje. I tak w koło. Ale to dawało namastkę profesjonalizmu i poczucie, że trenujesz po to, aby zaistnieć w piłce. To nie były treningi 3 razy w tygodniu jako zajęcia dodatkowe, tylko ciągła praca. W weekendy zawsze mieliśmy mecze plus czas na jakieś hobby czy spotkania ze znajomymi.

- Najtrudniejszym czasem była zima, gdy musieliśmy jeździć na Bemowo. Miałem jednak to szczęście, że autobus, który jeździł z Legii, woził nas ze szkoły na Bemowo, a potem z Bemowa do Piaseczna, bo kierowca mieszkał blisko. Około 20:00 byliśmy w domu. W autokarze odrabiałem lekcje, zaraz do spania i zaczynał się kolejny dzień. 

Debiut podczas derbów musiał być dla 17-latka dużym wydarzeniem?

- Już sam wyjazd na mecz i informacja, że znajduję się w kadrze meczowej, była dla mnie ogromnym wydarzeniem. Debiut na boisku to już co innego, bo wiesz, że musisz wejść i pieklisz się do tego. Mam same pozytywne wspomnienia z tamtego meczu. Wynik był sprawą drugorzędną. Sam występ był dla mnie najważniejszy, by utrzymać miejsce w drużynie, a nie odcinać kupony z samego faktu debiutu. Chciałem udowodnić, że zasłużyłem na to miejsce.

Kiedy poczułeś się ważnym piłkarzem pierwszej jedenastki?

- Potem zagrałem jeszcze w Pucharze Polski i długo, długo czekałem na kolejne szanse. Trener Jan Urban zrozumiał, że mój debiut był za szybko. Zawsze miałem swoiste etapy z każdym trenerem. Urban dał mi szansę na debiut i możliwość pokazania się w Ekstraklasie. Potem grałem więcej w drugiej drużynie i trenowałem. Następnie trener Maciej Skorża zaczął mi dawać większe szanse i wprowadzać mnie do pierwszej jedenastki. Od każdego trenera wziąłem jego zbiór wartości, który dał mi bardzo wiele.

- Największy postęp i regularność złapałem u trenera Heininga Berga, u którego nastąpiła zmiana pozycji z lewej pomocy na prawą. To był strzał w dziesiątkę i czułem się tam bardzo dobrze. Z perspektywy czasu widzę, że te odprawy indywidualne, które prowadził trener Kazimierz Sokołowski, dały mi bardzo dużo. Tego wcześniej nie miałem ani u Urbana, ani u Skorży – takiego indywidualnego podejścia do każdego treningu czy meczu. Trener Sokołowski robił w sztabie Berga dużą różnicę. Treningi na wideo z parametrami dawały mi wiele. W wieku 17–18 lat potrzebowałem czegoś innego, co dawał mi trener Kibu Vicuna czy Urban, a następnie każdy kolejny trener wnosił do mojej kariery coś pozytywnego. Więc takiego jednego momentu wejścia nie było, tylko to było naturalne stawanie się coraz lepszym i wchodzenie do tej pierwszej jedenastki.

Lata 2011–2015, kiedy wchodziłeś do drużyny, były pasmem sukcesów Legii. Jakie masz wspomnienia z tamtym czasem?

- Wtedy towarzyszyła nam zawsze myśl, że u siebie musimy wygrać. Drużyna, która przyjeżdżała na Ł3, zawsze miała strach przed Legią, bo my byliśmy na tyle silni, że wiedzieliśmy, że musimy zmiażdżyć przeciwnika. Inni piłkarze, którzy przyjeżdżali do Warszawy, wiedzieli, z czym będą się mierzyć i jak będzie ciężko. Podchodziliśmy do tego z dobrym nastawieniem i mieliśmy wielu piłkarzy z charakterem, więc wiedzieliśmy, że będzie dobrze. Z perspektywy czasu widzę również znaczenie charakterów, które mieliśmy w szatni. W wieku 18–20 lat tego nie doceniasz, bo jesteś na okrągło z tymi chłopakami w szatni i traktujesz ich jak kolegów, nie myśląc, jakimi są ludźmi. Z perspektywy czasu widzisz, że coś było potrzebne, a coś nie – ktoś gdzieś zrobił błąd, ktoś zachował się lepiej lub gorzej. Wtedy tego nie rozumiałeś, ale teraz wszystko rozumiesz. To jest takie doświadczenie po czasie. Teraz będziemy mieli dobrą okazję, aby spotkać się na Legii, żeby to wszystko przypomnieć, docenić i podziękować czasami niektórym za to, jak byłeś traktowany i że dostawałeś wsparcie. Każdy piłkarz w swoim wieku potrzebuje czegoś innego – ja to w stu procentach dostałem i wykorzystałem.

Co wówczas miała tamta szatnia, że osiągneła takie sukcesy?

- To zdecydowanie dzięki mocnemu kręgosłupowi drużyny. Był on oparty o Ivicę, Rado, Dusana, Inakiego, Tomka Kiełbowicza. To były charaktery, które wiedziały, gdzie są i jaka presja towarzyszy grze w Legii. To była presja, która nie spinała nóg, ale determinowała nas, aby w każdym treningu i meczu pokazać się z jak najlepszej strony. Tam nie było odpuszczania i było mało pamiętnych wpadek, które wynikały z faktu odpuszczenia. Jeśli przegrywaliśmy jakieś mecze, to przez fakt gry co trzy dni lub po prostu gdy mogło zabraknąć umiejętności. Ten charakter za każdym razem był. Ja będąc na trybunach za każdym razem słyszę, jak wiele osób teraz wspomina moje czasy. Już nie te Wojtka Kowalczyka czy Marka Jóźwiaka, ale nasze z Rado i spółki. To jest miłe, że ludzie to pamiętają i identyfikują się z tymi piłkarzami. To jest to, czego teraz nie ma, bo ciężko się z kimś zidentyfikować, a to jest dużą wartością po czasie, jak kibice pamiętają o tych piłkarzach, którzy grali w danym momencie.

Kto po kontuzji najbardziej pomógł w powrocie?

- Wszyscy. Od żony, przez znajomych i rodzine, którzy przyjeżdżali i mnie odwiedzali. Najbardziej oczywiście żona, która była najbliżej mnie i musiała słuchać różnych narzekań z mojej strony. Całe Wolverhampton również bardzo mi pomogło w sensie fizjo i całej pracy. Miałem szczęście, że trafiłem na dobrego doktora w Londynie, który mnie zoperował, a wcześniej dawał 50–60 procent szans na powrót do piłki. Zabieg był bardzo skomplikowany, ponieważ po otwarciu kolana wyszły poboczne rzeczy i mogłem mieć drugą operację, jednak na szczęście wszystko udało się załatwić za pierwszym razem. Cała opieka w Wolves była bardzo dobra. Rozumieli moją perspektywę, skąd jestem, że to był mój pierwszy wyjazd i czułem się tam szanowany i lubiany. Dalej mam kontakt z fizjoterapeutami z Wolves. Na nikogo stamtąd nie mógłbym powiedzieć złego słowa.

Przed powrotem do Polski miałeś jeszcze jakieś inne oferty?

- Byłem blisko podpisania kontraktu z holenderską drużyną, jednak ostatniego dnia okienka transferowego wysypał mi się ten transfer. Mimo zapewnień od agenta, że wszystko będzie w porządku, sytuacja się wysypała, bo mimo że wszyscy byli na tak, to prezes nie wyraził zgody. Wtedy trochę spanikowałem, bo nie chciałem grać w drugiej drużynie Wolves. Wówczas nie było dla mnie miejsca w pierwszym zespole i dostałem informację, że muszę sobie szukać klubu, a do tego czasu będę w drugiej drużynie. W Polsce miałem jeszcze oferty do Arki Gdynia, ale zdecydowałem się na Pogoń. Finalnie mój powrót do kraju nie wyszedł.

Pobyt w którym klubie po powrocie wspominasz najlepiej?

- Na pewno Wisła jest takim klubem, ponieważ tam udało mi się zdobyć kolejne trofeum. W Stali wywalczyliśmy awans, dobrze też wspominam pobyt w Piaście, gdzie było do pewnego momentu wręcz świetnie. Tam troszkę zabrakło wszystkim nam cierpliwości. Wtedy do Gliwic przyszedł taki napastnik Toril, który trafił tu po odejściu Świerczoka i niejako też za mnie. Dostałem wtedy informację, że chwilę nie będę grał, bo muszą go sprawdzić, i ja wówczas podjąłem decyzję o wyjeździe do Jagiellonii. Poza tym czuliśmy się tam super. W Gliwicach urodziła mi się druga córka i byliśmy tam otoczeni super ludźmi Odejście stamtąd było jednym ze słabszych wyborów w mojej karierze, bo powinienem zostać w Piaście. Po Jadze była Stal Mielec i Wisła, gdzie dokonaliśmy niesamowitej historii, zdobywając Puchar Polski jako pierwszoligowa ekipa.

Jak sobie radziłeś pod względem zdrowotnym?

- Kontuzje jako takie mi nie doskwierały, tylko wpływ miały te stare. Gdy zrywasz trzy więzadła jednocześnie, to ten organizm musiał to odbudowywać. Do dziś czuję to kolano i nie mogę zbyt dużo biegać. Staram się mimo to być aktywny – regularnie gram w padla, staram się robić inne rzeczy, które odciążają to kolano, żeby mięśniowo ono trzymało. Po mocniejszym wysiłku, gdy np. gram w piłkę, to kolano o sobie przypomina i wiem, że już więcej nie mógłbym grać na profesjonalnym poziomie. Granie na zastrzykach, jak to miało miejsce w Wiśle na koniec, nie miało już sensu, bo to było tylko męczenie organizmu.

Mimo tych trudności trudno było rozstać się z piłką?

- Tak, oczywiście, ale z drugiej strony patrząc na moją pracę, dalej jestem w tej piłce i nie tęsknię specjalnie za graniem. Zawsze bym pewnie żałował, że nie zobaczyłem wielu pięknych stadionów, a teraz mam na to szansę i dość często oglądam fajną piłkę na żywo. Bycie za kulisami ma inną presję niż bycie piłkarzem, ale jest również fajne i sprawia mi ogromną przyjemność.

Jak oceniasz obecną sytuację Legii, na co dziś stać tę drużynę? 

- Nie wiem, czy ją stać aż na mistrza. Niewiadomo, jak ta kadra będzie wyglądać w późniejszym czasie. Dużym plusem jest fakt, że Legia gra tylko na jednym froncie. W defensywie drużyna zna bardzo dobrze zasady. Martwię się o ofensywę. Stołeczna ekipa opiera ją o dośrodkowania i jest w tym naprawdę dobra. Obawiam się, że to jednak może być za mało i być może potrzeba czegoś więcej. Jednak np. Raków, który wyrwał ligę, grał podobnie – notował dużo dośrodkowań i w końcówkach wygrywał spotkania. Wojskowi teraz grają w podobnym stylu i myślę, że to da pierwszą trójkę. Na mistrza jednak wydaje się, że mamy za mało indywidualności.

Ostatni mecz z Piastem pokazał, że brakuje ich szczególnie w środku pola.

- Zgadzam się. Ja też po jednym z meczów, chyba z Zagłębiem, gdzie Legia grała mocno skrzydłami i to wychodziło, a środkiem praktycznie nie było gry, w pewnym momencie powiedziałem takie słowo: co będzie, jak drużyna przeciwna otworzy środek dla Legii i zamknie skrzydła? Wtedy pojawiłyby się pewnie problemy, a przez tę strefę jest przecież najbliższa droga do zdobycia bramki. Legia jednak gra wszystko bokami pod dośrodkowania. Być może trener powinien poszukać korekty, żeby bardziej z boku zagrać do środka i stamtąd strzelić, niż od razu lecieć na bok, żeby stamtąd strzelać.

Czy jest jeden piłkarz, którego szczególnie byś wyróżnił?

- Adamski, Zjawiński to piłkarze, którzy pokazali, że przychodząc z pierwszej ligi mogą zrobić różnicę. Ruben Vinagre – jego też warto wspomnieć. On nie tylko schodzi po skrzydle, ale potrafi prowadzić piłkę do środka pola i tam zrobić różnicę. No i oczywiście Otto Hindrich. Każdy bardzo dobry klub, który walczy o mistrza, musi mieć bardzo dobrego bramkarza. Widzimy to szczególnie po drużynach w Europie obie ekipy, które doszły ostatnio do finału LM, miały bardzo dobrych bramkarzy. Legia również takiego ma.

Czego życzysz Legii?

- Życzę Legii jak najlepiej. Przede wszystkim tego, żeby ustabilizowała daną wizję rozwoju, bo przez ostatnie lata ludzie w klubie zachłysnęli się sukcesami z poprzednich lat. Teraz znamy wizję trenera Papszuna, ale dalej nie wiemy, w jakim kierunku chce iść Legia.  Szczególnie trzymam kciuki żeby poprawiono akademię i sposób trenowania oraz usprawniono wejście do pierwszej drużyny – aby trafili tam zawodnicy, którzy zasłużyli na to dobrą grą, a nie wchodzili tylko na chwilę. Mi szczególnie szkoda Leszczyńskiego, który powinien wcześniej wejść do pierwszego składu i otrzymać więcej szans. Co prawda widzieliśmy też presję, aby grać o utrzymanie, a potem o puchary, jednak to był ewenement. Ci młodzi piłkarze powinni dostać szansę, jednak powinni na nią zapracować dobrą grą w drugiej drużynie i reprezentacjach młodzieżowych i pokazać się na treningach z świetnej strony. Ja pamiętam swoje czasy – grałem w większości kadr młodzieżowych, w kadrze wojewódzkiej Mazowsza. W Młodej Ekstraklasie robiliśmy dobre wyniki. Potem zadebiutowałem w Legii, zrobiliśmy potem świetne rzeczy. Wszystko krok po kroku prowadziło mnie do przyjścia w sposób zasłużony do pierwszej drużyny. Mam nadzieję, że kolejni zawodnicy podążą podobną drogą.

Komentarze (10)

Odśwież

Dodając komentarz zobowiązujesz się do przestrzegania

Komentarze osób niezalogowanych, a także zalogowanych, którzy zarejestrowali konto w ostatnich 3 dniach wymagają akceptacji administratora.

Uwaga!

Teraz komentarze są ukryte, aby poprawić komfort korzystania z serwisu Legia.Net. Kliknij przycisk „Zobacz komentarze”, aby je wyświetlić i dołączyć do dyskusji.