
Miroslav Radović: Legia będzie walczyć o najwyższe cele
05.09.2026 12:15
(akt. 06.09.2026 10:00)
Co słychać u pana na co dzień? Czym zajmuje się pan po zakończeniu kariery?
- Odejście od piłki w moim wypadku wcale nie oznaczało więcej wolnego czasu. Mam naprawdę dużo pracy i różnych zajęć. Obecnie działam w branży budowlanej, buduję apartamenty. Powstaje właśnie czwarty budynek, w którego powstawaniu mam swój udział. Prowadzimy też z partnerem biznesowym restaurację w Belgradzie przy bardzo popularnej ulicy Skadarlija. To miejsce mocno turystyczne, odwiedza nas mnóstwo ludzi, którzy chcą poznać nasze kilmaty.
Dwa lata temu wspominał pan również o próbach pracy w roli agenta piłkarskiego. Jak rozwinął się ten temat?
- Początkowo myślałem, że praca menedżera będzie moim głównym zajęciem po zawieszeniu butów na kołku. Jednak im głębiej wszedłem w to środowisko i zobaczyłem skalę jego zepsucia, tym szybciej podjąłem decyzję o wycofaniu się. Owszem, jeśli pojawia się młody piłkarz, któremu trzeba pomóc i go ukierunkować – nie odmówię. Nie chcę być jednak w stu procentach zaangażowany w tak brudną pracę. Nie oznacza to oczywiście, że nie śledzę piłki. Futbol to wciąż moja wielka pasja i oglądam mecze bardzo regularnie.
Ta rzeczywistość menedżerska faktycznie bywa bezwzględna. Pokazała to w Polsce chociażby niedawna głośna sprawa transferu Marcela Reguły.
- To jest bardzo brudne i brutalne środowisko. Dopóki sam grałem na boisku, nie zdawałem sobie z tego aż tak sprawy. Gdy zaczynasz obserwować to z innej perspektywy, dociera do ciebie, że to często nie ma nic wspólnego ze sportem i dobrem zawodnika. Dziwię się menedżerom, jak funkcjonują na co dzień w takim środowisku. Ja sam po prostu nie potrafiłbym przebywać w takim otoczeniu, a tym bardziej w nim pracować.
Ucieszyła pana wiadomość, że pojawi się okazja, by ponownie zagrać przy Łazienkowskiej?
- Bardzo! Mam ogromną nadzieję, że na trybunach pojawi się komplet kibiców. Wyjątkową sprawą będzie dla mnie powrót do miejsca, w którym spędziłem najważniejsze lata swojej kariery i ponowne wybiegnięcie na ten znakomity obiekt.
Do Legii trafił pan ponad 20 lat temu. Jak wspomina pan te początki?
- Uczciwie trzeba powiedzieć, że było różnie. Graliśmy wówczas jeszcze na starym stadionie, a do klubu wchodził nowy właściciel - śp. Mariusz Walter. Zaczął bardzo mocno inwestować w piłkę i klub powoli wchodził na właściwe tory. Później wybudowano nowy obiekt. Byłem naocznym świadkiem tego, jak budowała się wówczas potęga Legii.
Po kilku latach, po różnych zawirowaniach, był pan blisko odejścia ze stołecznej drużyny ale ostatecznie został i wskoczył na kapitalny poziom. Co wtedy najbardziej pomogło?
- Z początku sam nie planowałem zostawać w Warszawie na tak długo. Poczułem się tu jednak na tyle dobrze, że całkowicie zmieniłem optykę. Nie chciałem szukać na siłę zmian tylko po to, by zmienić otoczenie. W Warszawie czułem się ceniony, miałem ogromną motywację do pracy. A to, że spędziłem tu najlepsze lata w karierze, mówi samo za siebie.
Kiedy nastąpił ten przełomowy moment, w którym poczuł pan, że Warszawa to drugi dom?
- To nie jest myśl, która przychodzi z dnia na dzień. Po prostu w pewnym momencie to czujesz. Żeby to zrozumieć, musisz z tym klubem bardzo dużo przeżyć. Ja miałem w Warszawie chwile kapitalne, ale też bardzo trudne momenty. Uważam jednak, że tych pięknych było znacznie więcej, dlatego zostałem na Łazienkowskiej na tak długo.
Jedną z tych słabszych chwil była ta sytuacja z Ljuboją.
- Owszem, była to jedna z takich chwil. Dalej pamiętam dobrze tę sytuację – wówczas wybraliśmy z Ljuboją słaby moment i zostaliśmy ukarani. Człowiek, dopóki żyje, cały czas uczy się na błędach, a nasze posunięcie było zdecydowanie złym ruchem. Ale stało się to, co się stało. Czasu już nie cofniemy i niczego nie zmienimy.
Sezon 2013/14 był dla pana najlepszy pod względem statystyk, ale czy również pod względem czysto piłkarskim?
- Liczbowo na pewno tak. Myślę jednak, że miałem też wiele innych, lepszych sezonów, w których ciągnąłem ten wózek i wziąłem na siebie pełną odpowiedzialność lidera. W mojej legijnej karierze zdarzały się słabsze momenty, ale taka jest codzienność piłkarza. Nawet Cristiano Ronaldo w swoim najlepszym okresie nie grał każdego spotkania na kosmicznym poziomie.
Czy przed lukratywną ofertą wyjazdu do Chin pojawiały się inne propozycje z Europy?
- Mogłem w nich wybierać. Pojawiały się regularnie, gdy zaczęliśmy grać w europejskich pucharach u trenerów Skorży, Urbana i Berga, a ja pokazywałem się z bardzo dobrej strony. Były zapytania, telefony, propozycje z Turcji czy Rosji. Gdybym miał wskazać najbardziej renomowany klub, który się po mnie zgłosił, była to oferta z AS Monaco.
Nie obawiał się pan reakcji kibiców po powrocie do Warszawy?
- Absolutnie nie, a dlaczego miałbym się obawiać? Wiedziałem, że kibice doskonale rozumieją, iż kariera piłkarza jest krótka i trzeba wykorzystywać swoje szanse. Leo Messi całe życie był związany z Barceloną, a przeszedł do PSG. Podobnych przykładów są dziesiątki. Z mojej perspektywy najbardziej żałuję tylko tego, że nie mogłem zagrać w tamtym meczu z Ajaksem. Kto wie, jak potoczyłaby się wówczas ta rywalizacja. Piłka jednak bywa nieprzewidywalna.
Jak wspomina pan historyczny sezon 2016/17 i grę w Lidze Mistrzów?
- To był fantastyczny czas. Legia grała w fazie grupowej Champions League, a my mieliśmy naprawdę mocną drużynę naszpikowaną jakością. Pod wodzą świętej pamięci Jacka Magiery graliśmy bardzo efektowną, ofensywną piłkę. Ten styl po prostu przyciągał ludzi na trybuny.
Co było kluczem do tamtego sukcesu?
- Przede wszystkim balanse w kadrowej jakości. Mieliśmy zawodników odpowiedzialnych za kreację, za grę zespołową, ale i indywidualności. Moim zdaniem była to najlepsza Legia w XXI wieku. Mieliśmy 3–4 piłkarzy, którzy swoimi indywidualnościami potrafili wykreować stuprocentową sytuację. A przede wszystkim stworzyliśmy kapitalną atmosferę w szatni. Trener Magiera poukładał to perfekcyjnie. To był wyjątkowy człowiek – jeden z najlepszych, jakich spotkałem w polskim środowisku piłkarskim.
Trener Magiera odegrał jedną z najważniejszych ról w pana karierze?
- Wzajemnie się szanowaliśmy i czuliśmy do siebie respekt. Nawet po zakończeniu mojej kariery staraliśmy się utrzymywać kontakt. To był bardzo dobry człowiek i mam z nim same dobre wspomnienia.
Jakie ma pan Najlepsze wspomnienie z tamtej edycji Ligi Mistrzów?
- Pierwsza do głowy przychodzi mi oczywiście bramka strzelona na Santiago Bernab3u w Madrycie. Cudowny był też zremisowany 3:3 mecz z Realem w Warszawie czy ten szalony pojedynek w Dortmundzie (4:8). Byliśmy wtedy w takiej dyspozycji, że niezależnie od rywala potrafiliśmy zdobywać bramki przeciwko każdemu rywalowi.
Które mistrzostwo Polski zdobyte z Legią smakowało najlepiej?
- To pierwsze, wywalczone pod wodzą Jana Urbana w sezonie 2012/13. Bardzo długo czekaliśmy wtedy na tytuł. Pamiętam, jak świętowaliśmy ten sukces na Starówce - niezapomniane przeżycie.
Po 2017 roku coś się zacięło...
- PESEL-u nie oszukasz. Problemy z kolanem miały ogromny wpływ na moją dynamikę i szybkość. To po prostu nie było to, czego sam od siebie oczekiwałem i czego oczekiwali kibice.
Z kim miał pan podczas pobytu w Legii najlepszą relację?
- Grałem z wieloma świetnymi chłopakami. Gdybym miał wybierać najbliższych, na pierwszym miejscu wskazuję Ivicę Vrdoljaka, z którym kontakt mam do teraz. Bardzo dobrze wspominam też Łukasza Brozia, Kubę Rzeźniczaka, Artura Jędrzejczyka czy Daniela Ljuboję. Miałem dobre relacje z naprawdę wieloma zawodnikami.
A najlepszy trener, z jakim pracował pan w Warszawie?
- Trudno mi powskazywać jedno nazwisko, bo kapitalnie współpracowało mi się zarówno z Janem Urbanem, Jackiem Magierą, Henningiem Bergiem, jak i Maciejem Skorżą. Z większością szkoleniowców było mi po drodze. Najdłużej pracowałem z Urbanem – w jego pierwszej kadencji bywało między nami różnie, ale podczas drugiej nasza współpraca układała się wzorowo.
A po zakończeniu kariery nie było tematu pozostania w Legii na przykład w roli trenera?
- Prowadziłem wstępne rozmowy na ten temat z Radosławem Kucharskim i Tomaszem Kiełbowiczem, ale nie otrzymałem od nich żadnych konkretów i temat naturalnie upadł. Po odejściu z klubu chciałem wrócić do Serbii. Dzieci szły do szkoły, więc dla mnie i żony była to naturalna decyzja. Obecnie mieszkamy na stałe w Belgradzie. Dzieci uprawiają sport, najstarszy syn gra w piłkę nożną. Zobaczymy, czy kiedyś dogoni tatusia.
Śledzi pan regularnie mecze Legii?
- Staram się oglądać większość meczów. Nie wiem, czy ktoś się ze mną zgodzi, ale uważam, że w tym sezonie możemy coś ugrać. Puchar co prawda jest już stracony, ale czuję, że trener Papszun wie, co robi i Legia będzie walczyła o najwyższe cele.
A jak pan ocenia obecną sytuację w stołecznej drużynie?
- W obecnej Legii brakuje jednego lidera. Nie mamy zawodników z odpowiednim charakterem i brakuje zdecydowanie kreatywności. W ostatnich latach straciliśmy ten gen fantazji. Jest pełno motoryki, fizyki i biegania, a mało kreatywności, dobrych podań czy dryblingów. Gdzieś się to zgubiło, ale to nie jest problem tylko Legii. Obserwując inne kraje, widzę, że tam również tego brakuje, a główny nacisk kładzie się teraz na kwestie szybkościowe i motoryczne. To jest moje zdanie, nie wiem - być może się mylę.
Brakuje lidera, który przyciągałby ludzi na stadion.
- Tak. Takiej osoby brakuje również w trudnych momentach – kogoś, kto potrafi wziąć na siebie odpowiedzialność, żeby kibice zobaczyli, że to jest prawdziwy lider. Być może w najbliższych miesiacach objawi się taki zawodnik.
Ostatnio taki zawodnik zakończył karierę.
- Widziałem ten mecz. Kibice przygotowali mu piękną oprawę i pożegnanie, na które w pełni zasłużył. Artur to bardzo fajny chłopak. Nie wiem, jakie są plany, ale mam nadzieję, że zostanie w strukturach Legii, bo taka postać na to zasługuje.
A jest piłkarz któerego by pan wyróżnił?
- Trudno mi powiedzieć. Na pewno doceniam Pawła Wszołka – myślę, że gdyby nie kontuzje, to mógłby w swojej karierze osiągnąć dużo więcej. Poza Wszołkiem trudno mi wskazać inne nazwisko.
A na co według pana stać Legię Papszuna?
- Pachnie mi to pierwszą trójką i myślę, że Legia będzie walczyć o mistrzostwo. Mam nadzieję, że tak będzie i głęboko wierzę, że po tak długim okresie uda nam się to zdobyć. Pamiętam, jak około 2–3 lata temu mówiłem, że większość tamtych zawodników nie nadaje się na Legię. Jacek Zieliński wtedy powiedział, że „Pan Rado nie zna się na matematyce”, a jak potem było – wszyscy pamiętamy. Po tylu latach wierzę, że Legia skończy w czołówce.
Widzieliśmy to też szczególnie po ostatnim okienku, po sprowadzeniu dziesięciu graczy, dwóch się obroniło.
- Dziś obcokrajowiec z zagranicy, który jest na średnim poziomie, zarabia 150–200 tysięcy euro. W moich czasach tyle zarabiali najlepsi piłkarze w lidze, pokroju Vadisa. To świadczy o tym, w jakim kierunku zmierza cały świat futbolu i niestety my tego nie zmienimy. Dlatego chciałbym, żeby więcej Polaków grało w stołecznej drużynie. Widać, że trener Papszun idzie tą drogą i ja go w tym wspieram. Jeśli do Legii ma przyjść obcokrajowiec, to musi robić różnicę.
Czego życzy pan Legii?
- Przede wszystkim tego, żeby drużyna utrzymała jak najlepszą formę sportową. Mam nadzieję, że na koniec sezonu będziemy mogli świętować sukces.
Multimedia

Wisła Kraków blisko przedłużenia kontraktu z Marko Božiciem. Negocjacje...

Torino chce Daniela Mikołajewskiego. Klub celuje w zimowy transfer

Świątek wyprzedziła Serenę Williams w klasyfikacji zwycięstw w turniejach...

Michael Gorzynski zapłacił 50 milionów euro za 40 procent akcji Legii...

UOKiK stawia zarzuty Canal+ Polska. Chodzi o dostęp do Ligi Mistrzów



Regulamin:
Punktacja rankingu:
Za każdy nowy komentarz użytkownik dostaje 1 punkt. Jednak, gdy narusza on nasze zasady i zostanie dezaktywowany, użytkownik straci 2 punkty. W przypadku częstych naruszeń zastrzegamy sobie możliwość nakładania wyższych kar punktowych, a nawet tymczasowych i permanentnych banów.