fot. Marcin Szymczyk

Oficjalnie. Jean-Pierre Nsame w Pogoni Szczecin

Redaktor Marcin Szymczyk

Marcin Szymczyk

Źródło: Legia Warszawa, Legia.Net

23.06.2026 16:42

(akt. 25.06.2026 14:34)

Jeana-Pierre'a Nsame opuszcza Łazienkowską. Umowa kameruńskiego napastnika z Legią Warszawa po dwóch latach dobiega końca. Doświadczony piłkarz dołączył do Pogoni Szczecin, podpisując roczny kontrakt, z opcją jej przedłużenia o kolejne dwanaście miesięcy. Nsame przyszedł do Legii w lipcu 2023 roku, z włoskiego Como 1907. Zdobył Puchar Polski i Superpuchar Polski w 2025 roku. Łącznie rozegrał 28 meczów, zdobył 12 bramek i miał asystę.

Kameruńczyk trafiał na Łazienkowską mając wypracowaną markę, Nsame był trzykrotnym królem strzelców ligi szwajcarskiej w barwach Young Boys. Miał za sobą nieudany pobyt w Como – półroczne wypożyczenie i raptem 180 minut w 8 meczach, jedna asysta. W Warszawie miał się odbudować, ale początkowo nic nie poukładało się po jego myśli. Na treningach wyglądał słabo, wcale nie był skuteczny, poruszał się ociężale. W dodatku nie był ulubieńcem trenera Goncalo Feio. Poważną szansę otrzymał w starciach z Rakowem Częstochowa i Pogonią Szczecin. W obu meczach zagrał przez 90 minut, gola nie strzelił, a drużyna oba spotkania przegrała 0:1. Do tego doszła sprzeczka z Rubenem Vinagre, która przeniosła się później do szatni. Feio odesłał go do rezerw, później przywrócił. 

Ale trenera już do siebie nie przekonał, na boisku pojawił się już tylko raz – w listopadzie w meczu z Widzewem Łódź. Zmienił Marca Guala na kwadrans przed końcem spotkania. Feio jasno dał do zrozumienia, że nie widzi dla niego miejsca w zespole i Kameruńczyk został wypożyczony do ligi szwajcarskiej, w której przez lata odnosił największe sukcesy. W St Gallen w 13 meczach zdobył dwie bramki, obie w meczu z FC Zurich, choć na murawie był tylko przez 25 minut. Później w pięciu kolejnych spotkaniach grał po 90 minut, ale do siatki nie trafił, aż doznał urazu. Wrócił do gry w maju, tuż przed końcem sezonu, wystąpił w trzech meczach, wchodził na końcówki. W sumie przez półtora roku, w trzech różnych klubach, zagrał w 31 meczach, na boisku przebywał przez 1172 minuty (średnio blisko 38 minut na mecz), strzelił 5 goli. Wracał do Warszawy, gdzie nikt sobie po nim wiele nie obiecywał. Były plany by rozmawiać z nim o rozwiązaniu umowy za porozumieniem stron. Ale zmienił się trener. A Edward Iordanescu pamiętał go z najlepszych czasów, czyli gry z Young Boys. Gdy prowadził Cluj przegrał ze szawajcarską drużyną 1:2, a Nsame, strzelił wtedy gola w doliczonym czasie gry, otrzymał też czerwoną kartkę. Rumun chciał go obejrzeć na zgrupowaniu i przekonać się czy potrafi go odbudować. 

Początki wcale nie były optymistyczne, przegrywał rywalizację z Gualem i Ilją Szkurinem, słabo wyglądał w analizach wszelkich parametrów podczas sparingów, ale widać było przemianę. Poza boiskiem był duszą towarzystwa, wsparciem dla innych, cieszył się z każdego podania jakie otrzymywał, dziękował kolegom z zespołu za zaufanie, pocieszał innych, gdy coś im nie wychodziło. A na treningach było widać zmianę nastawienia – dużo większe zaangażowanie, ale i chęć do pracy, a skuteczność na zajeciach była niemal stuprocentowa. Co wpłynęło na przemianę? Trudno powiedzieć – na pewno wpływ miała zmiany osoby trenera, ale z pewnością nie tylko. Zapytany o to przed kamerami Canal+ dyrektor sportowy Michał Żewłakow powiedział, że trudno wskazać jeden powód przemiany, że na wszystko złożyło się wiele czynników, że na sprawę trzeba patrzeć wielopłaszczyznowo.

Nsame sezon zaczynał jako napastnik numer trzy w hierarchii. W starciu z Aktobe w Warszawie nie podniósł się z ławki rezerwowych – grali Gual i Szkurin. W meczu o Superpuchar z Lechem Poznań wszedł na ostatnie 5 minut zmieniając Szkurina. W starciu wyjazdowym z Aktobe wszedł na pół godziny za Guala (Szkurin do Aktobe nie poleciał, nie miał ważnego paszportu). Wobec słabej formy Hiszpana i Białorusina, trener coraz chętniej dawał szansę Kameruńczykowi. Przełom nastąpił w Ostrawie z Banikiem – wszedł na ostatnie pół godziny i tuż przed końcowym gwizdkiem trafił do siatki, dał remis zespołowi. To był niezwykle ważny gol – on uwierzył w siebie, trener i zespół w pełni uwierzyli w niego. Od tego momentu Nsame stał się kluczową postacią drużyny. Na boisku dawał tak dużą jakość, że szybko polubili go kibice, a ofensywę Legii bez Nsame coraz trudniej było sobie wyobrazić. Zdobył bramkę z Koroną Kielce, strzelił wyrównującego gola w rewanżu z Banikiem u siebie. Do siatki trafiał trzykrotnie, ale dwa razy sędziowie uznali, że był spalony. W Larnace pokonał bramkarz już w pierwszej minucie, ale sędzia ponownie gola nie uznał, Nsame nie załamał się jednak, trafił na 1:1. W rewanżu w Warszawie trafił na 2:0. Z Hibernianem miał gola i przepięknej urody asystę do Pawła Wszołka i na tym zatrzymał się jego licznik w Legii jesienią. Trzeba jasno sobie powiedzieć, że bez „DzejPi” o awans do fazy ligowej Ligi Konferencji byłoby o wiele trudniej, bez jego goli legioniści mogliby odpaść już w rywalizacji z Banikiem. 

W 79. minucie meczu z "Pasami" trener Iordanescu chcąc gonić wynik posłał do boju swojego najlepszego strzelca, czyli właśnie Nsame. Niestety 10 minut później, a więc minutę przed końcem regulaminowego czasu gry, Nsame upadł na murawę bez kontaktu z rywalem. Złapał się za Achillesa, sprawiał wrażenie, że wie co się stało. Miał łzy w oczach, pamiętał ten ból, już raz zerwał ścięgno Achillesa, tylko w drugiej nodze. A jak usłyszeliśmy od lekarzy, sportowcy którzy zerwą raz ścięgno Achillesa, są mocno narażeni na to, że dojdzie do podobnego zdarzenia w drugiej nodze, że to uwarunkowania biologiczne. 

Kameruńczyk po kontuzji wrócił do gry dopiero w połowie marca, zaliczając 26 minut w starciu z Radomiakiem. Już w kolejnym meczu 33-latek strzelił gola, ratując w Częstochowie cenny punkt w rywalizacji z Rakowem (1:1). Potem były słabsze mecze, aż nastąpił przełom - bramka zdobyta przeciwko Lechii (2:1) oraz dublet w starciu z Motorem (4:0) świadczyły o tym, że Kameruńczyk w końcu odzyskał formę sprzed kontuzji. Od strony sportowj był najlepszym napastnikiem Legii. Ale przy Łazienkowskiej już nie zagra. 

Komentarze (684)

Odśwież

Dodając komentarz zobowiązujesz się do przestrzegania

Komentarze osób niezalogowanych, a także zalogowanych, którzy zarejestrowali konto w ostatnich 3 dniach wymagają akceptacji administratora.

Uwaga!

Teraz komentarze są ukryte, aby poprawić komfort korzystania z serwisu Legia.Net. Kliknij przycisk „Zobacz komentarze”, aby je wyświetlić i dołączyć do dyskusji.