
Rafał Adamski: Najważniejsza jest głowa. Jak grasz dobrze w I lidze, poradzisz sobie w Ekstraklasie
09.07.2026 15:00
(akt. 10.07.2026 12:38)
Do Legii trafiłeś zimą, kiedy klub przechodził bardzo trudny okres. Jak z perspektywy czasu oceniasz swoje pierwsze pół roku przy Łazienkowskiej?
- Miałem takie wrażenie, że nie odczuwałem tego kryzysu aż tak mocno, bo w Legii przegrałem tylko jeden mecz – z Lechem. W całym sezonie miałem sześć porażek, więc nie czułem tej burzy w takim stopniu jak pozostali. Przyszedłem z dużym luzem. Było widać, że w chłopakach siedzi to, co wydarzyło się wcześniej, ale do mnie aż tak nie docierało, w jakim miejscu znalazła się wtedy Legia.
Wiele osób podkreśla, że zrobiłeś ogromny postęp w ciągu kilku miesięcy. Sam spodziewałeś się, że wszystko potoczy się tak dobrze?
- Powiem szczerze, że chyba wiele osób było zaskoczonych. Nie uważam jednak, że w te pół roku zrobiłem coś niesamowitego. W innych klubach zarówno w II, jak i III lidze, pokazywałem już, że potrafię strzelać gole. Nie udało mi się tego wcześniej pokazać na poziomie pierwszej ligi, dlatego trafiłem na wypożyczenie do Warty Poznań. Nie chciałem już grać w rezerwach – chciałem udowodnić, że potrafię zdobywać bramki wyżej. Tam jednak nic nie wyszło.
Dopiero u trenera Piotra Stokowca dostałem zaufanie i pewność siebie. Drużyna grała ofensywnie, pod moje atuty. W każdym meczu miałem dwie lub trzy sytuacje, z których mogłem zdobyć bramkę. Rok wcześniej w Warcie jedna okazja zdarzała się raz na trzy czy cztery mecze. Trudno wtedy oczekiwać wielu goli.

Przychodząc do Legii, niewiele osób wierzyło, że tak szybko odnajdziesz się na poziomie Ekstraklasy. Ty od początku byłeś spokojny?
- Uważam, że ocenianie zawodnika przez pryzmat tego, czy to „poziom Legii”, „poziom Barcelony” czy jakiegokolwiek innego klubu, nie ma większego sensu. Jeżeli ktoś potrafi grać w piłkę w niższych ligach, to odnajdzie się także wyżej. Umiejętności nie znikają tylko dlatego, że trafiasz do Ekstraklasy.
Największą rolę odgrywa głowa. Wielu zawodników nie wytrzymuje presji. Ja jestem osobą, która dziś naprawdę niewiele rzeczy bierze do siebie. Kiedyś czytałem wszystko, co pisano na mój temat. Teraz już mnie to nie interesuje. Wychodzę na boisko po to, żeby dobrze się bawić. Jeżeli ja będę czerpał z tego radość, to kibice również będą mieli przyjemność z oglądania mojej gry.
Michał Żewłakow powiedział, że twoim największym atutem jest właśnie mentalność – nie myślisz o wszystkim wokół, nie rozpamiętujesz błędów i od razu skupiasz się na kolejnej akcji.
- Coś w tym jest. Mam taki styl gry, choć staram się go trochę udoskonalać. Potrafiłem w jednym meczu siedem czy osiem razy stracić piłkę, ale za dziewiątym razem zrobić akcję, która kończyła się golem albo asystą. Dzisiaj pracuję nad tym, żeby ograniczyć taką niechlujność i prostsze straty. Nigdy jednak nie przejmowałem się pojedynczymi błędami. Najlepsi piłkarze świata też je popełniają. Piłka nożna to gra błędów. Dlatego uważam, że głowa ma ogromne znaczenie.

Masz świadomość, że twoje gole miały ogromny wpływ na utrzymanie Legii?
- To na pewno daje dużą satysfakcję. Sam czasami wracałem do domu i śmiałem się z niektórych zdobytych bramek. Kiedyś mówiło się, że lepiej być mądrze ustawionym niż głupio biegać. Trzeba wiedzieć, gdzie znaleźć się w polu karnym. Do tej pory często zdobywałem efektowne bramki i śmialiśmy się z chłopakami, że inni tylko dostawiają nogę z dwóch metrów, a ja zawsze muszę się napracować. Tutaj trener od początku zwracał mi uwagę, żebym częściej zostawał w polu karnym, nie schodził zbyt daleko od bramki. W sparingu z rezerwami Bayernu zdobyłem właśnie takiego gola – prostego, bo znalazłem się tam, gdzie powinienem. Ale gol to gol. Za pięć lat nikt nie będzie pamiętał, czy piłka wpadła z trzydziestu metrów, czy z dwóch.
Wyróżniałeś się także ogromną pracą bez piłki.
- Bieganie nigdy nie było dla mnie problemem. Potrafię przebiec jedenaście czy dwanaście kilometrów w meczu. Chodziłem do Szkoły Mistrzostwa Sportowego, mieliśmy zajęcia z lekkoatletyki. Wtedy narzekałem na bieganie o siódmej rano czy kilometrówki na czas, ale dziś widzę, jak bardzo mi to pomaga.
W Pogoni również dużo biegałem, choć jako typowa „dziewiątka” miałem mniej obowiązków w defensywie. W Legii moja rola była trochę inna. Pamiętam mecz z Wisłą Płock – wróciłem do domu i długo nie mogłem zasnąć. Organizm był tak zmęczony, że nogi trzęsły mi się jeszcze kilka godzin po spotkaniu. To był chyba pierwszy raz w życiu, kiedy czułem się aż tak wyczerpany po meczu. Wtedy wykręciłem maxa.
Pół roku temu wyobrażałeś sobie, że obok Otto Hindricha i Patryka Kuna będziesz wiosną naklepszym graczem Legii?
- Nie. Kiedy przechodziłem do Pogoni, mówiłem trenerowi Piotrowi Stokowcowi, że traktuję ten klub jako miejsce, w którym chcę się odbudować i wrócić do Ekstraklasy. Nie przypuszczałem jednak, że tak szybko trafię do Legii. Samo przyjście do tego klubu jest ogromnym wyróżnieniem, a jeszcze większym jest to, że w krótkim czasie mogłem stać się w miarę ważną częścią drużyny w rundzie wiosennej.

Grałeś jako wiosną jako dziewiątka, za napastnikiem i blisko linii bocznej. Gdzie czujesz się najlepiej?
- Najlepszą rundę w karierze rozegrałem jako „dziewiątka” i to jest pozycja, na której czuję się najlepiej. Z drugiej strony lubię schodzić do bocznych sektorów, grać jeden na jednego i uczestniczyć w rozegraniu. Mimo że mam 198 centymetrów wzrostu, dobrze odnajduję się również z piłką przy nodze. Dlatego rola podwieszonego napastnika też bardzo mi odpowiada.
Przez pół roku trenowałeś z Nsame – to napastnik, który w przeszłości zdobywał seryjnie tytuł króla strzelców i na tle naszej ligi wyróżniał się niesamowitym wykończeniem. Udało się coś od niego podpatrzeć?
- Na pewno. Ma świetne warunki fizyczne, bardzo dobrą technikę i niezwykle rzadko traci piłkę. Najbardziej imponowało mi jednak jego zachowanie w polu karnym. Miał ogromny spokój przy wykończeniu akcji na jeden lub dwa kontakty. Nigdy nie uderzał na siłę. Zawsze potrafił znaleźć chwilę, żeby spojrzeć na bramkarza i poszukać odpowiedniego miejsca. To coś, czego cały czas się uczę. Myślę, że sporo od niego wyniosłem.
Do Legii trafił również Łukasz Zjawiński. Jest szansa na duet napastników z I ligi? Będziecie straszyć bramkarzy w ekstraklasie?
- Rywalizacja rozwija każdego zawodnika. Kiedy czujesz, że ktoś czeka na twoje miejsce, pracujesz jeszcze ciężej. Ze „Zjawką” od początku złapaliśmy bardzo dobry kontakt. Już na pierwszych treningach dobrze nam się współpracowało i mam nadzieję, że będzie to korzystne dla nas obu.
Mówiłeś, że starasz się nie słuchać opinii z zewnątrz, ale zakładam, że czasem coś do ciebie dociera. Po odejściu kilku ważnych zawodników wiele osób uważa, że Legia jest dziś słabsza. Jak na to patrzysz?
- Mam wrażenie, że ludzie bardzo często oceniają drużyny przez pryzmat nazwisk i CV zawodników. Jeżeli w składzie nie ma kilku rozpoznawalnych piłkarzy, od razu mówi się, że zespół jest słabszy. Tymczasem nazwisko nie gra. Reputację buduje się latami, ale to nie oznacza, że zawodnik z mniej znanym nazwiskiem będzie gorszy. Ostatecznie wszystko weryfikuje boisko.

Najważniejsza będzie więc drużyna i atmosfera w niej?
- Zdecydowanie. Nad tym właśnie pracujemy. Chcemy zbudować jedność i atmosferę, dzięki której na boisku będzie widać, że stanowimy jedną drużynę. Wystarczy spojrzeć na przykład PSG. Wielu mówiło, że po odejściu Mbappé będzie słabsze, a trener Luis Enrique stworzył świetnie funkcjonujący zespół. Piłka nożna to nie tenis. Tutaj gra jedenastu zawodników, a nie jedna gwiazda. Nawet na mundialu widać, że same nazwiska nie wygrywają meczów. Liczą się umiejętności i zespół.
Śledzisz mistrzostwa świata?
- Tak, oglądam, kiedy mam czas. Mecze są późno, ale staram się być na bieżąco.
Masz swojego faworyta?
- Kibicuję Argentynie. Chciałbym, żeby Messi zdobył jeszcze ten tytuł. To, co pokazuje w swoim wieku, jest po prostu niesamowite. Kiedy patrzysz na jego statystyki biegowe, możesz pomyśleć, że niewiele się rusza, ale kiedy dostaje piłkę, wszystko się zmienia. To jest po prostu inny poziom. Patrząc na niego śmiejemy się, że uprawiamy inny sport. Gość strzelił w pierwszym meczu hat-tricka a przebiegł 6,7 kilometra z czego 50 metrów w szybkim biegu – to jest ewenement.
Mówiłeś, że Pogoń miała być przystankiem, a Legia jest dla ciebie przystankiem w drodze do silniejszej ligi?
- Nie wybiegam tak daleko w przyszłość. Sama gra w Legii jest dla mnie spełnieniem marzeń. Oczywiście chciałbym kiedyś sprawdzić się w jednej z pięciu najmocniejszych lig Europy i przekonać się, czy dałbym sobie tam radę. Będę do tego dążył, ale jednocześnie wiem, jak szybko można spaść z wysokiego poziomu.
Dlatego bardzo doceniam miejsce, w którym jestem. Chcę regularnie grać, łapać kolejne minuty i rozwijać się tutaj. Dopiero później będzie można myśleć o kolejnych krokach. Sam mam doświadczenie zarówno z momentów, gdy wszystko szło świetnie, jak i z czasu, kiedy trenowałem na orliku. To uczy pokory.
Myślisz, że Ekstraklasa znów będzie tak wyrównana jak w poprzednim sezonie?
- Myślę, że z roku na rok ta liga jest coraz bardziej wyrównana. Dzisiaj naprawdę każdy może wygrać z każdym. Nie ma już sytuacji, że jedziesz do zespołu z końca tabeli i dopisujesz sobie trzy punkty przed pierwszym gwizdkiem. Czasami nawet będąc lepszą drużyną, trzeba mocno cierpieć na boisku. Ostatecznie jednak liczy się tylko zwycięstwo.


Raków odsunął gracza za brak zaangażowania

Sabah Baku z Puchaczem pokonuje Aarhus i walczy o Ligę Mistrzów

PZPN potwierdza błąd sędziów, który zaważył na wyniku meczu Pogoń...

Atalanta finalizuje transfer Kristensena za 25 mln euro

Juventus szykuje hitowy ruch transferowy. Gabriel Martinelli na radarze

Regulamin:
Punktacja rankingu:
Za każdy nowy komentarz użytkownik dostaje 1 punkt. Jednak, gdy narusza on nasze zasady i zostanie dezaktywowany, użytkownik straci 2 punkty. W przypadku częstych naruszeń zastrzegamy sobie możliwość nakładania wyższych kar punktowych, a nawet tymczasowych i permanentnych banów.