
Spóźnieni FC - czyli rok błędnych i opóźnionych decyzji
29.12.2025 18:30
(akt. 30.12.2025 15:35)
Jaki początek roku, taki cały rok
Tuż przed świętami Bożego Narodzenia w 2024 roku klub ogłosił, że od 1 stycznia Jacek Zieliński przestaje pełnić obowiązki dyrektora sportowego oraz, że niebawem pojawi się nowy szef pionu sportowego. Bezkrólewie na jednym z absolutnie kluczowych stanowisk trwało jednak długo, zbyt długo. Michał Żewłakow przejął zadania „Zielka” dopiero pod koniec marca, poszukiwania trwały więc trzy miesiące.
To spowodowało, że za zimowe okienko transferowe odpowiadali wiceprezes zarządzajacy klubem Marcin Herra oraz młody i będący pierwszy rok trenerem w Ekstraklasie Goncalo Feio. Błędy były więc nieuniknione, choć oczywiście łatwiej jest je oceniać z perspektywy czasu - analiza wsteczna jest zawsze skuteczna. Szybko zapadła decyzja o tym, że należy wzmocnić obsadę bramki. Wybór padł na Vladana Kovacivicia - bramkarza ogranego w naszej lidze, który grając w Rakowie dał się zapamiętać z jak najlepszej strony. Tyle, że aby go wypożyczyć ze Sportingu (o wykupie nie było mowy), to trzeba było wykupić wypożyczonego z klubu z Lizbony Rubena Vinagre - Sporting przekroczyłby w innym przypadku limit wypożyczonych graczy. Cała transakcja okazała się bardzo kosztowna - tak dla budżetu transferowego jak i płacowego. Niestety nie przełożyło się to na jakość na boisku - Kovacević szybko stanął w bramce, ale zawalał mecz za meczem, aż do bramki w końcu wrócił Kacper Tobiasz. Vladana już w klubie nie ma, pozostał za to na wysokim kontrakcie Vinagre - tyle, że od roku poszukuje formy, którą zaimponował środowisku w Polsce.
Dość długo trwało też poszukiwanie wymarzonego napastnika. Ostatecznie wybór padł na Ilię Szkurina - było to już po terminie zgłaszania piłkarzy do fazy pucharowej Ligi Konferencji. Białorusin nie mógł więc pomóc w starciach z Molde i Chelsea, a kosztował 1,3 mln euro. Strzelił kilka ważnych goli - m.in. w finale Pucharu Polski czy w Superpucharze Polski, ale nie był w typie kolejnego trenera, Edwarda Iordanescu, miał też kłopoty paszportowe - nie do każdego kraju mógł wjechać i dziś już go w klubie nie ma. Został sprzedany do GKS-u Katowice za o wiele niższą sumę od tej, za którą był pozyskany.
Te wydarzenia miały wpływ przede wszystkim na rundę wiosenną i zakończenie ubiegłego sezonu, ale były początkiem spóźnionych i błędnych decyzji w całym 2025 roku.
Wybór trenera
25 maja podjęto decyzję o nieprzedłużeniu kontraktu z Goncalo Feio. Początkowo klub chciał kontynuować współpracę z Portugalczykiem, jednak jego żądania dotyczące wpływu na sztab szkoleniowy oraz pozbycia się pięciu zawodników (Igora Strzałka, Miguela Alfareli, Marco Burcha, Jeana-Pierre’a Nsame oraz Jordana Majchrzaka) sprawiły, że strony nie doszły do porozumienia. Czas pokazał, że to Feio miał sporo racji. Pomylił się jedynie w ocenie Nsame, choć nie był w tym odosobniony. Przez kolejne 22 dni klub pilnie szukał następcy Portugalczyka, ponieważ nie posiadał gotowego rozwiązania na wypadek fiaska negocjacji. To było o tyle dziwne, że od października ubiegłegpo roku posada Feio wisiała na włosku.
Pierwszym pomysłem Żewłakowa było zatrudnienie Aleksandara Vukovicia, jednak na ten ruch nie zgodził się Dariusz Mioduski. Z każdym kolejnym dniem poszukiwania następcy coraz bardziej się przeciągały, a presja ze strony kibiców rosła, ponieważ nieuchronnie zbliżał się termin powrotu drużyny do treningów. Ostatecznie, po 22 dniach od pożegnania Feio, podjęto decyzję o zatrudnieniu Edwarda Iordanescu. Co ciekawe, pół roku wcześniej Rumun był rozpatrywany jako kandydat przez poprzedni pion sportowy, kierowany przez Jacka Zielińskiego. Wówczas został odrzucony i otrzymał opinię trenera słabego taktycznie. Mimo to kilka miesięcy później nowy pion sportowy wskazał go jako szkoleniowca Legii. Nowy szkoleniowiec przejął zespół tuż przed zgrupowaniem, większość transferów miała się dopiero wydarzyć. To wszystko powodowało problemy - na wprowadzanie nowych graczy nie było czasu, trzeba to było robić z marszu. Zmiany miały być kosmetyczne, a wydarzyła się prawdziwa rewolucja.
Przygotowania do sezonu
Po wyborze trenera Legia mogła na dobre rozpocząć przygotowania do nowego sezonu. Zaczęły się one od sparingu w LTC z Wisłą Płock. Następnie drużyna udała się na obóz do Austrii, gdzie rozegrano dwa mecze. W tamtym momencie było jednak wyjątkowo cicho w kwestii wzmocnień. Pierwszym transferem było darmowe pozyskanie 1 lipca Petera Stojanovicia. Słoweniec nie pojechał jednak na obóz do Austrii i przygotowania rozpoczął dopiero po powrocie drużyny do LTC. Na kolejne ruchy transferowe kibice musieli chwilę poczekać, ale w końcu one nadeszły - i od razu działały na wyobraźnię. 15 lipca poinformowano o zakupie Milety Rajovicia z Watfordu za 3 miliony euro, co było w tamtym momencie rekordem transferowym Ekstraklasy.
W kolejnych tygodniach na Łazienkowską trafili: Arkadiusz Reca (Spezia), Damian Szymański (AEK Ateny), Henrique Arrielol (Sporting) oraz Antonio Colak (Spezia), który został pozyskany awaryjnie po kontuzji Nsame. Cała czwórka trafiła do Warszawy na zasadzie transferów bezgotówkowych. Na wypożyczenie do Legii dołączyli natomiast Noah Weisshaupt z Freiburga oraz Ermal Krasniqi ze Sparty Praga. Ten drugi został sprowadzony na wyraźną prośbę Iordanescu. Ponadto klub zdecydował się na dwa kolejne transfery gotówkowe. Do zespołu dołączyli Kamil Piątkowski z RB Salzburg za 1,5 mln euro oraz Kacper Urbański z Bolonii za 800 tys. euro. Szczególnie ten drugi ruch wzbudził duże uznanie, bo niewielu spodziewało się, że zawodnik tej klasy trafi do polskiego klubu.
Ruchów wychodzących również było sporo. Klub opuścili:. Maxi Oyedele (Strasbourg, 6 mln euro - 40% dla Legii), Jan Ziółkowski (AS Roma, 6 mln), Ryoya Morishita (Blackburn, 2,5 mln), Marc Gual (Rio Ave, 250 tys.), Miguel Alfarela (Aris, 700 tys.) oraz Ilja Szkurin (GKS Katowice, 400 tys.). Po zamknięciu okienka większość ekspertów i kibiców była zgodna, że pion sportowy Legii wykonał świetną pracę. Z perspektywy czasu kilka z nich można ocenić inaczej - zwłaszcza na pozycji napastnika. Problemem od początku wydawało się to, że zespół opuściło trzech najlepiej punktujących graczy poprzedniefo sezonu - poza wspominanymi Gualem i Morishitą, nie zdecydowano się na wykup Luquinhasa. Ta trójka w minionym sezonie miała 75 punktów w klasyfikacji kanadyjskiej (gole i asysty). Zastapienie tej trójki w tak krótkim czasie wydawało się problematyczne, a ostatecznie okazało się niemożliwe.
Ocena ruchów transferowych
Ruchów przychodzących nie należy oceniać jednoznacznie z jednego powodu. Zapaść, która dotknęła całą drużynę, miała niewątpliwy wpływ na nowych piłkarzy, którzy, mimo że na początku prezentowali się nieźle, jak choćby Kamil Piątkowski, Damian Szymański czy Mileta Rajović, który strzelał gole w meczach z Larnaką czy Cracovią - później doznali wyraźnego regresu formy. Na uczciwą ocenę transferów przyjdzie czas po zakończeniu sezonu, po tym, jak piłkarze przepracują cały okres z trenerem Markiem Papszunem.
W kwestii ruchów wychodzących jedyną pretensję można mieć do obsady pozycji numer dziewięć. 30 sierpnia kontuzji doznał Nsame, 2 września ściągnięto Colaka, 6 września pożegnano Szkurina, a sześć dni później Alfarelę. Wcześniej klub opuścił także Gual, o którym trener Iordanescu mówił tak - „Marc Gual to piłkarz o dużej jakości i bardzo go szanuję, ale w systemie, w którym gramy, potrzebuję klasycznej dziewiątki”
Szkurin również nie do końca miał pasować do koncepcji i dodatkowo jego pozostanie było problematyczne ze względu na kwestie paszportowe. Alfarela natomiast chciał odejść, ponieważ obiecywano mu grę na dwóch napastników i jej nie dotrzymano. Należało porozumieć się ze Szkurinem, aby pozostał przynajmniej do końca roku i dopiero wtedy szukać innych opcji. A tak Legia została tylko z dwoma zdrowymi napastnikami, z czego jeden ostatnią bramkę zdobył 10 listopada 2024 roku. Naprawdę źle została rozwiazana obsada pozycji napastnika na rundę jesienną.
Cypryjska tragedia
W trakcie transferowej rewolucji drużyna Edwarda Iordanescu radziła sobie na krajowym i europejskim podwórku całkiem solidnie. Do pewnego momentu... Poczatkowo Legia nie przegrywała i grała pragmatycznie, czyli zgodnie z wizją trenera. Po sześciu meczach bez porażki Wojskowi trafili jednak na AEK Larnaka w 3 rundzie eliminacji do Ligi Europy. Na Cyprze wszystko zmieniło się o 180 stopni. Taktyka przygotowana na ten mecz kompletnie się nie sprawdziła. Wysoki pressing, wysoko ustawiona linia obrony i agresywne wyjścia stoperów sprawiły, że po godzinie gry legioniści wyglądali na skrajnie wyczerpanych. Ogromna wilgotność i upał tylko pogłębiły problem. Ostatecznie Legia przegrała 1:4. Po tym spotkaniu w drużynie rozpoczęła się powolna korozja.
Równia pochyła
Porażka w Larnace rozpoczęła ciąg złych zdarzeń, które doprowadziły Legię do obecnego miejsca. Najpierw był przegrany dwumecz z AEK. Stołeczna drużyna w rewanżu prowadziła już po 15 minutach 2:0 i brakowało jej jednego gola do odrobienia strat. Wtedy trener cypryjskiej drużyny przeprowadził zmiany taktyczne, które zatrzymały pochód legionistów. Pokazały one także słabość taktyczną Iordanescu, który nie potrafił odnaleźć się w innej sytuacji i przygotował zespół tylko na jeden wariant. Ostatecznie tamto spotkanie zakończyło się wynikiem 2:1 i pożegnaniem "Wojskowych" z marzeniami o Lidze Europy. Później w europejskich pucharach Legia miała do rozegrania ostatni dwumecz z Hibernianem w IV rundzie Ligi Konferencji. W pierwszym spotkaniu bezproblemowo pokonała Szkotów. Niestety w rewanżu piłkarze stołecznej drużyny zafundowali kibicom horror i gdyby nie szczęście, warszawski zespół pożegnałaby się z Europą.
W lidze stołeczna drużyna przegrała z beniaminkiem Wisłą Płock oraz Cracovią. Po powrocie z wrześniowej przerwy wydawało się, że gra Wojskowych uległa poprawie. Najpierw Legia pokonała Radomiak 4:1. Następnie w spotkaniach z Jagiellonią i Rakowem była stroną dominującą, jednak przez niedziałającą ofensywę, a także błedy sędziowskie, nie udało jej się wygrać. Wszystko załamało się w dwóch ostatnich meczach września - z Samsunsporem i Górnikiem Zabrze.
W pierwszym z nich Iordanescu wystawił rezerwowy skład, wymienił wszystkich graczy z pola. O dziwo na boisku ten skład sprawiał lepsze wrażenie od Turków. Niestety jednak przez brak przygotowania taktycznego i zgrania Legia przegrała. W kolejnym meczu zagrał znów inny skład - zbliżony do optymalnego, ale sytuacja się powtórzyła. Schematy taktyczne nie działały, a i chęci do gry wyraźnie ubyło. Górnik więc wypunktował Wojskowych wygrywając 3:1. Spotkanie rozegrane 30 września było jasnym sygnałem, że koncepcje Iordanescu przestały funkcjonować i pion sportowy powinien zacząć szukać nowego trenera. Tym bardziej, że decyzja o wymianie całego składu na mecz w europejskich pucharach, a o które zespół walczył cały poprzedni sezon, nie przypadła do gustu szatni.
Koniec Iordanescu
Po październikowej przerwie regres tylko się pogłębił. Zawodnicy, którzy jeszcze we wrześniu wyglądali solidnie - jak Piątkowski czy Szymański - zanotowali wyraźny spadek formy. Spotkania z Zagłębiem i Lechem obnażyły nijakość drużyny i brak funkcjonujących założeń taktycznych. Do tego doszedł fizyczny spadek formy. Jeszcze kilka miesięcy wcześniej Legia potrafiła rywalizować jak równy z równym z Chelsea, a po pół roku ci sami piłkarze opadali z sił po 60 minutach ligowego meczu.
Te i inne składowe doprowadziły do sytuacji, w której cała drużyna popadała w coraz większy marazm. W pewnym momencie można było odnieść wrażenie, że sam Iordanescu jest w klubie trzymany siłą - mową ciała i częścią wypowioedzi (przynajmniej tych nieoficjalnych) dawał do zrozumienia, że ma dość i nie chce być przeszkodą dla klubu i drużyny. Ostatecznie koniec Edwarda Iordanescu nastąpił 30 października po odpadnięciu z Pucharu Polski z Pogonią Szczecin. Trudno powiedzieć, komu to zwolnienie przyniosło większą ulgę - Iordanescu czy Legii.
Kadencję Rumuna w stołecznej drużynie można ocenić jako jedno wielkie nieporozumienie. Iordanescu być może jest dobrym selekcjonerem reprezentacji, ale w realiach klubowych kompletnie się nie odnajduje, co pokazał zarówno w Legii, jak i w innych miejscach pracy gdzie był zatrudniany równie krótko, jak w Warszawie. Rumuński szkoleniowiec pozostawił "Wojskowych" na 10. miejscu w tabeli, ze stratą 6 punktów do strefy europejskich pucharów, w powiększajacym się kryzysie. Nowym tymczasowym trenerem został Inaki Astiz - miał być na chwilę, a został do końca roku.
Kadencja Astiza
Astiz przez cztery lata pracował w sztabach kolejnych trenerów Legii i nagle znalazł się w zupełnie nowej roli. Początkowo miał poprowadzić drużynę jedynie w dwóch - trzech spotkaniach. Trwały poszukiwania idealnego kandydata. Tak jak pierwszym latem wyborem Michała Żewłakowa był Vuković, tak teraz "Żewłak" chciał postawić na Macieja Skorżę. Ten jednak był nieosiągalny w tym momencie, a do klubu dotarła informacja, że Marek Papszun może w dowolnym momencie rozwiązać umowę. Zapisy w kontrakcie nie były jednak precyzyjne, okazało się szkoleniowca trzeba wykupić. Dodatkowo właściciel Rakowa nie chciał w trakcie sezonu zostać z niczym i nie zamierzał do końca roku rozstawać się z trenerem, z którym miał ważny kontrakt. Fiasko negocjacji z Rakowem oraz brak innej alternatywy sprawiły, że Hiszpan pełnił funkcję pierwszego trenera aż w dziesięciu meczach. Być może długoterminowo decyzja o tym, by poczekać na Papszuna okaże się słuszna, natomiast krótkoterminowo czyli w listopadzie i grudniu przyniosła klubowi same straty.
Stołeczny zespół po raz kolejny w momencie kryzysu powierzono szkoleniowcowi bez doświadczenia w tej roli. Po raz kolejny ten eksperyment się nie powiódł - Legia, podobnie jak cztery lata wcześniej, znalazła się w strefie spadkowej i odpadła z europejskich pucharów. Dodatkowo odpadła też z Pucharu Polski.
Trudno winić za tę sytuację Astiza. Hiszpan znalazł się w położeniu, w którym po prostu musiał przyjąć propozycję pracy. Zawodnicy Legii w tamtym momencie potrzebowali jednak bardziej trenera psychologa niż analityka, którym jest Astiz. Piłkarze popadali w coraz większą apatię. Legia z każdym meczem wrzucała coraz wyższy bieg w kierunku przepaści. Zespół z Inakim zwyciężył dopiero w ostatnim meczu w roku - w Lidze Konferencji Legia pokonała w meczu o pietruszkę 4:1 Lincoln Red Imps z Gibraltaru. Ale w lidze skończyło się na przedostatnim miejscu w tabeli.
Oni temu winni
Odpowiedzialność za to, co wydarzyło się w ciągu ostatniego półrocza, leży na barkach wielu osób. Przede wszystkim jednak na osobie, która może najwięcej - na prezesie i właścicielu, Dariuszu Mioduskim, który stworzył pion sportowy oparty na dwóch dyrektorach sportowych. Zakres obowiązków niby był tłumaczony, ale w praktyce często obaj po prostu dokonywali transferów, a odpowiedzialność za nie się potem rozmywała.
Za rządów Mioduskiego Legia po raz drugi znalazła się w sytuacji, w której drużynę będącą w kryzysie powierzono osobie bez doświadczenia w roli pierwszego trenera na tym poziomie rozgrywkowym. A przecież pamięć o sezonie 2021/22 nie jest odległa, konsekwencje powierzenia zespołu Markowi Gołębiewskiemu są dość świeżym wydarzeniem. Mimo tych doświadczeń historia została powtórzona, nie wyciągnięto wniosków. Nie można też pominąć faktu, że właściciel Legii ingerował w kompetencje dyrektora sportowego, blokując nominację wskazanego przez niego trenera.
Dwóch dyrektorów sportowych również nie jest bez winy. To oni biorą główną odpowiedzialność za zatrudnienie Iordanescu. W okienku transferowym ich ruchy były często zbyt późne, a pozostawienie dwóch napastników okazało się decyzją fatalną w skutkach. Obaj zbyt długo zwlekali z pożegnaniem Rumuna, a kiedy w końcu podjęli tę decyzję, nie mieli gotowego następcy. Wszystko zaryzykowano dla Marka Papszuna, którego Michał Świerczewski nie wypuścił z klubu do końca rundy jesiennej. Świerczewski zwyczajnie nie chciał zostawiać Rakowa bez sternika w newralgicznym punkcie sezonu, co jest w pełni zrozumiałe.
Rok spóźnionych decyzji
Niewątpliwie ostatnie pół roku było dla Legii czasem fatalnym i okresem wielu błędów. Cały 2025 rok natomiast można określić rokiem spóźnionych decyzji - od zbyt późnego wyboru napastnika, przez zbyt późny wybór dyrektora sportowego, po 44 dni czekania na trenera. Profesjonalny klub sportowy, chcący walczyć o najwyższe cele, nie może pozwalać sobie na takie działania, na brak odpowiednich osób na absolutnie kluczowych stanowiskach, na długie wakaty na nich. To się nie może powtórzyć! Tak prowadzony projekt wcześniej czy później spotka smutny koniec i nawet najlepszy trener nie będzie w stanie go uratować.

Lech Poznań rozbija Piasta. Druga wygrana z rzędu

Najpierw świetny, potem błąd. Rollercoaster Kamila Grabary

Trener Pogoni tłumaczy decyzję o odsunięciu Juwary

Benarek bohaterem Porto. Polak z golem za 3 punkty po męczarniach

Medhi Benatia rezygnuje z funkcji dyrektora sportowego Olympique...

Regulamin:
Punktacja rankingu:
Za każdy nowy komentarz użytkownik dostaje 1 punkt. Jednak, gdy narusza on nasze zasady i zostanie dezaktywowany, użytkownik straci 2 punkty. W przypadku częstych naruszeń zastrzegamy sobie możliwość nakładania wyższych kar punktowych, a nawet tymczasowych i permanentnych banów.