Legia Rugby
fot. Jan Szurek

Warszawiak marzy o Legii w Ekstralidze

Redaktor Maciej Ziółkowski

Maciej Ziółkowski

Źródło: Legia.Net

27.12.2025 08:00

(akt. 27.12.2025 13:48)

To warszawiak, który od dziecka jest związany ze sportem. Zjeździł swoim Harleyem naprawdę duży kawałek świata, w tym południe Stanów Zjednoczonych. Obecnie łączy pracę z grą w Legii Rugby, którą chciałby wprowadzić do Ekstraligi. Oto kapitan stołecznej sekcji, Marcin Brewiński.

– Sport w moim życiu był obecny od małego dzieciaka. Wychowywałem się na warszawskiej Pradze Północ – generalnie, jak nie miało się tam ciężkiej ręki, to nie mało się życia. Jak dobrze pamiętam, w pierwszej klasie szkoły podstawowej – zafascynowany filmami sztuk walki – zostałem zapisany na judo. Był to pierwszy sport, jaki uprawiałem, ale jednocześnie dość szybko mi się znudził.

– Przy moich warunkach – będąc raczej szczupłym i wysokim gościem – widziałem siebie bardziej w sportach uderzanych. Pojawiło się taekwondo, które uprawiałem bardzo długo. Przygodę z tym sportem zakończyłem na studiach – 15 lat treningów by się uzbierało. Osiągnąłem stopień mistrzowski, posiadam czarny pas. Brałem udział w zawodach w wersji pełnokontaktowej, ale w momencie, w którym uprawiałem ten sport, stał się on dyscypliną olimpijską i został wynaturzony. Wiele technik – z uwagi na to, iż były postrzegane jako niebezpieczne – zostało wycofanych z wolnej walki. Taekwondo stało się kopaną szermierką. Zupełnie mi to nie pasowało.

– Dalej podążałem ścieżką sportów walki. Próbowałem swoich sił w kickboxingu z low kickiem – tam nie udało mi się przebić, ale stamtąd zostałem zauważony przez jednego z trenerów tajskiego boksu. Przez jakiś czas uprawiłem Muay Thai. Niestety, wiele lat walki w pełnym kontakcie mocno mnie wyniszczyło. Miałem dwie operacje na nogę. Zamiast polecieć ze zgrupowania na walki do Tajlandii, wybrałem się do szpitala na operację nogi i tak naprawdę nigdy nie wróciłem do formy, która by mnie satysfakcjonowała.

– Było trochę przerwy w sporcie. Pojawiła się siłownia, a także amatorski trójbój siłowy, w który się wkręciłem. I przyszła pandemia… Moje początki z rugby to jeden wielki przypadek. Jak zamknęli wszystkie siłownie, to szukając miejsca do ćwiczeń, dostałem namiar na Warsztat Formy. To studio sportowe, prowadzone w tym momencie przez naszego byłego, a wtedy aktywnego zawodnika, czyli Mariusza Ilczuka. Troszkę go dźwigałem, a on zobaczył, że może być ze mnie pożytek na boisku. Zaczął mnie namawiać na treningi rugby. I namówił.

– Pojawiłem się na pierwszym treningu rugby, a na drugim robiliśmy już coś w kontakcie. Dostałem szarżę od jednego z kolegów, usiadłem na ziemi i stwierdziłem, że to chyba coś dla mnie. W taki sposób dołączyłem do Legii. Było to nie tak dawno, bo w 2020 roku.

– Od początku, a więc od poznawania techniki i zasad gry, były kolejne cele stawiane przed sobą, czyli próba dostania się na ławkę rezerwową. Potem pierwsze wyjścia na mecze, związane ze wspaniałymi emocjami. Pierwsze powołania przez trenerów do podstawowego składu – do zeszłego roku, gdy drużyna zdecydowała, że będę ich prowadził jako kapitan. To chyba jedno z przyjemniejszych doświadczeń w mojej karierze sportowej. Tak naprawdę do pełnego spełnienia brakuje tylko wprowadzenia Legii do Ekstraligi.

W poprzednim sezonie mogło się to udać, ale ostatecznie otarliście się o baraże, w których nie zagraliście. Obecnie jesteście bliżej dołu niż góry tabeli. Liczysz, że w drugiej rundzie zdołacie trochę nadrobić?

– Myślę, że tak. Miniony sezon był niewątpliwie najlepszy w historii istnienia sekcji. Weszliśmy do finału 1. Ligi i z pozycji lidera podjęliśmy AWF, z którym wcześniej graliśmy dwukrotnie i dwa razy wygrywaliśmy na żyletki. Jak to bywa w sporcie, w najważniejszym spotkaniu nieco zabrakło. Ulegliśmy. Zabrakło młodzieży, szybkości – naprawdę niewiele, by zwyciężyć.

Na tę chwilę jesteśmy na etapie przebudowywania drużyny. Początek okazał się bardzo trudny. Ostatni mecz, z uwagi na liczbę kontuzjowanych kolegów, w ogóle nie poszedł po naszej myśli. Uważam, że runda wiosenna pokaże nas w innym świetle – że ludzie, którzy zostali włączeni do zespołu, troszeczkę się ograli i pojawi się więcej zgrania, agresji, a za tym pójdą wygrane. Taki jest plan, boisko zweryfikuje, haha.

Raczej przyszły sezon będzie większą szansą na coś więcej.

– Tak, tak – obecnie mamy dużą stratę do liderów, o finale nie ma co myśleć. W tym momencie osiągalnym celem jest 4. pozycja i gra w małym finale, czyli o 3. miejsce.

Wspomniałeś o byciu kapitanem i wychowywaniu się na Pradze Północ…

– … ale od wielu lat mieszkam na Woli. Pół życia na Pradze, pół w obecnym miejscu. Serce rozerwane, haha.

Podejrzewam, że nie jest rozerwane, jeśli chodzi o sympatie klubowe. Raczej od zawsze było Ci bliżej do Legii niż do Polonii.

– Polonia? Absolutnie nie! Nie ma takiego klubu w Warszawie. Szczerze mówiąc, nigdy w życiu nie interesowałem się piłką nożną i nie uczestniczyłem aktywnie w ruchu kibicowskim. To coś, co zrozumiałem, dołączając do Legii Rugby.

Wcześniej pojawił się wątek motocykli, w który byłem bardzo zaangażowany. Ciężkie motocykle to moja druga największa pasja, oprócz sportu. Przez 10 lat byłem też związany zawodowo z warszawskim dealerstwem Harley-Davidson przy Górczewskiej 30 i aktywnie jeździłem w klubie motocyklowym, który ma swoje struktury, zasady i cele. Dużo podobieństw widzę w kwestii kibicowskiej. Gdy trafiłem do Legii Rugby, to dopiero zacząłem stopniowo mieć wgląd w środowisko fanów.

Jestem warszawiakiem, moi rodzice i dziadkowie też stąd pochodzą. Lubię myśleć o sobie jako o patriocie lokalnym. Warszawa, jej historia i losy są dla mnie ważne. One są silnie związane z Legią, jej rolą i znaczeniem.

Dołączając do Legii Rugby, zacząłeś może chodzić na mecze przy Łazienkowskiej?

– Zdarzało mi się bywać na stadionie z kolegami z rugby – może niezbyt często, ale jest taki piękny zwyczaj, że raz w sezonie, podczas jednego z meczów, są prezentowane różne sekcje. To też jest dla nas święto. Wówczas możemy wejść na murawę przy Łazienkowskiej, pokazać się szerokiemu gronu kibiców.

Rugby jest cały czas sportem niszowym w naszym kraju, choć widzimy, że interesuje się nim coraz więcej osób. Czujemy wsparcie legijnych kibiców, którzy pojawiają się na naszych meczach. To przyjemne doświadczenie móc zaprezentować się przed pełnymi trybunami. To spotkania, na których jesteśmy – siedzimy, oglądamy, kibicujemy. Tak samo jest z koszykówką.

Jak wspomniałem – przez dużą część życia byłem związany ze sportami walki. Staram się śledzić kariery zawodników Legia Fight Club. W tym aspekcie też mamy czym się pochwalić.

Wróćmy do motocykli, o których wspomniałeś. Dalej jesteś z nimi związany?

– Jeżdżę. To podobna sprawa do rugby – jak spróbujesz, spodoba Ci się, to zostaje to w Tobie i trudno z tego zrezygnować. Praca zawodowa? Doszło do zmiany właściciela dealerstwa – poprzedni szef zdecydował się je sprzedać, ja zupełnie nie dogadałem się z nowym właścicielem i zmieniłem kierunek.

Jeśli chodzi o hobby, to dalej zostały mi dwa Harleye, na których cały czas jeżdżę, czy na co dzień, czy na wyprawy weekendowe. Wyszedłem ze struktur klubowych. Przyszedł moment, kiedy przestało mi to odpowiadać, lecz wolałbym się nie wdawać w szczegóły.

Miłość do motocykli? Od małego marzyłem i wiedziałem. Jak zobaczyłem przejazd Harleyów przez Warszawę, to czułem, że kiedyś będę jeździł i musi być to Harley-Davidson. Teraz pozmieniały się przepisy, ale wcześniej wyglądało to tak, że była jazda na wypożyczanych motocyklach, potem kurs prawa jazdy i dążenie do zakupu. Udało się. Wsiadłem na motocykl, który stał się częścią mnie.

Warszawa jest tłoczna – czasem dużo łatwiej dojechać gdzieś jednośladem niż samochodem czy komunikacją. Jazda Harleyem daje poczucie satysfakcji, wyjątkowości. To naprawdę wspaniałe maszyny. Przez wiele lat, pracując przy motocyklach, miałem okazję objeżdżać testowo bardzo różne sprzęty – czy to motocykle sportowe, czy turystyczne, czy szosowe. Mógłbym wymienić wiele świetnych maszyn, ale moje serce zawsze wraca do Harleya, który pasuje mi najbardziej.

Wybierałeś się Harleyem w dalsze podróże?

– Tak naprawdę przejechałem całą Europę. Moja żona też jeździ Harleyem – poznaliśmy się zresztą we wspomnianym dealerstwie, więc to wyprawy na dwa motocykle. Na Zachodzie zjeździłem praktycznie wszystko, co możliwe, bo np. Niemcy czy Francję. Byłem też w Hiszpanii, we Włoszech, w Czechach, na Słowacji, w Szwecji, w górach.

Jeśli chodzi o ciekawsze wyprawy, to wypożyczonymi Harleyami – nie swoim, bo to trudne do organizacji – w ciągu dwóch wyjazdów udało się zjechać całe południe Stanów Zjednoczonych, czyli Kalifornię, Arizonę, Nowy Meksyk, Teksas, Luizjanę, z fragmentami słynnej Drogi 66. Piękne wspomnienia. Historii mrożących krew w żyłach na szczęście nie miałem.

Brałem udział w Lone Star Rally – to zlot motocyklowy w Teksasie, trzeci pod względem wielkości na świecie. Wcześniej miałem doświadczenia z organizacji różnych zlotów – i mniejszych, i większych na terenie Polski. Byłem współorganizatorem jednego z większych zlotów europejskich, w ramach zrzeszenia klubów Harley-Davidson w Bydgoszczy, gdzie przyjechało troszkę ponad 8 tys. motocykli z całej Europy. Wydawało mi się, że to naprawdę duże wydarzenie, dopóki nie pojawiłem się na Lone Star. Liczba, różnorodność sprzętów i ludzi… Było tam, jak udało mi się doczytać, prawie 400 tys. motocykli i motocyklistów. Zrobiło się tam małe, harleyowe miasteczko.

U nas Harley często kojarzy się z czernią i chromem, jest traktowany dość poważnie. W Ameryce jest chęć wyróżnienia swojego motocykla poprzez użycie różnych form, styli, kolorów. Po powrocie ze Stanów Zjednoczonych, przemalowałem jednego z moich Harleyów na złoto.

Tak, jeżdżę złotym Harleyem, haha. Został zbudowany jeszcze wtedy, gdy pracowałem w dealerstwie – miałem wówczas dostęp do części i podwykonawców. Jest jedyny w swoim rodzaju.

Wspomniałem, że czuję się lokalnym patriotą. Chodzi o Warszawę, ale również o naszą polsko-słowiańską historię. Motocykl jest pomalowany w słowiańskich bogów i stare, słowiańskie symbole, właśnie w złocie. Potwierdzam, jest charakterystyczny.

Mówiłeś, że zmieniłeś pracę. W jakiej branży teraz działasz?

– Wiesz co, w tym momencie robię chyba najmniej ciekawą rzecz w życiu zawodowym. Wcześniej prowadziłem swoją firmę, pracowałem w Harleyu i krótko w produkcji filmowej. Obecnie jestem w firmie, która zajmuje się serwisem i konserwacją wind, dźwigów osobowych. Obsługujemy wspólnoty mieszkaniowe, osiedla, firmy.

Obecnie moja żona robi specjalizację zawodową – jest neurochirurgiem, neurologiem weterynaryjnym. Szkolenia i egzaminy sprawiły, że zrobiło jej się mało stabilnie zawodowo. Potrzebowałem złapać coś, co da nam stały dochód, a to jest branża stabilna, z fajnym klimatem pracy.

Tak naprawdę pracuję u byłego klienta, czyli osoby, której sprzedałem Harleya i się nim opiekowałem. Jak rzuciłem papiery w dealerstwie i trochę osób się dowiedziało, że opuszczam Górczewską, to spłynęło nieco propozycji ze świata. Ta była najkorzystniejsza, dlatego ją wybrałem.

Zakładam, że dajesz radę łączyć pracę z rugby?

– Mam ogromne wsparcie w osobie właściciela firmy WTB, który ma przeszłość sportową. Tomek to były dyskobol – jako junior był powoływany do reprezentacji Polski. Rozumie sportowe zajawki, wspiera, często bywa na naszych meczach jako kibic. Nie rzuca kłód pod nogi, za co mu serdecznie dziękuję. Jak to mówią – ludzki pan!

Zahaczę o zarobki. Dostajecie jakieś pieniądze za grę w rugby?

– Absolutnie! Chętnie o tym opowiem, bo to może dać ogólny wgląd w dyscyplinę. Prawda jest taka, że w rugby nie zarabia się pieniędzy. Może w Ekstralidze, czyli najwyższej klasie rozgrywkowej w kraju, są pojedynczy zawodnicy, którzy mogą się z tego utrzymać. Większość musi łączyć sport z pracą zawodową – jeśli coś otrzymuje, to jest to dodatek, żeby nie było, że poświęcony czas idzie zupełnie na marne.

Pierwsza liga? Nie kojarzę zawodników, którzy dostawaliby jakiekolwiek wynagrodzenie. Prawda jest taka, że robimy to dla zajawki, dla chwil spędzonych na boisku, co też przekłada się na poziom sportowy – nie tylko Legii, ale całej dyscypliny.

Wiem, że gdybym był w stanie utrzymać się z rugby – nie mówię o poziomie naszych piłkarzy, ale jakimkolwiek – to na pewno poświęcałbym więcej czasu na treningi i przygotowanie fizyczne. Rzeczywistość jest taka, że często pracujemy po 8 godzin, od poniedziałku do piątku. Później są zajęcia – na tę chwilę robimy trzy treningi boiskowe, do tego dobrze jest też podziałać na siłowni. W tym momencie robię 5 – 6 jednostek treningowych w tygodniu, a posiadając rodzinę i obowiązki, nie masz czasu na nic innego. Jeśli nie jesteś zajawkowiczem rugby, to jest to rygor, w którym trudno wytrzymać.

Są nadzieje na to, że kiedyś pojawi się kasa?

– To dalekosiężne. Wszyscy mamy nadzieję, że tak, choć pewnie nikt z nas, obecnie grających, już się na to nie załapie. Dlaczego nie ma kasy w rugby? Bo nie jest to sport, na który przychodzą tysiące ludzi. Nie ma transmisji telewizyjnych, czyli trudno namówić sponsora, by coś sfinansował, ponieważ grono odbiorców jest dość wąskie. Popularyzacja tej dyscypliny miała miejsce choćby w Gruzji, ale oni bodajże 20 lat pracowali na to, by rugby stało się tam sportem narodowym.

Małymi kroczkami idziemy w dobrą stronę. Są sukcesy męskiej reprezentacji czy kobiet grających w olimpijską odmianę siódemkową. Mam nadzieję, że doczekamy takiego momentu, w którym stadiony będą pełne na meczach rugby, a sponsorzy będą się bili między sobą o finansowanie tej czy innej drużyny. Na tę chwilę nie ma pieniędzy, nie ma się czym dzielić. Wiele klubów działa na zasadzie dobrowolnych składek członkowskich, czyli to nawet dokładanie, by móc grać w rugby.

Orientujesz się, czym zajmują się zawodowo Twoi koledzy z sekcji rugby?

– To bardzo ciekawa sprawa. Wydaje mi się, że rugby jest środowiskiem, gdzie przekrój zawodowy jest szeroki – znam np. studentów różnych kierunków czy kapitana lotu. W naszej drużynie jest m.in. nauczyciel WF-u i właściciel studia detailingowego. Jest też analityk finansowy, mamy także dwóch taksówkarzy. Do tego strażak, kierownik budowy, trener personalny, informatyk, współwłaściciel firmy techniki scenicznej. Jak wspomniałem, zakres jest bogaty.

Miałeś propozycje z innych klubów rugby?

– Podobno tak, choć nigdy nie usłyszałem o tym bezpośrednio. Były to raczej sprawy rzucane do prezesa, trenerów – nikt mnie o to osobiście nie pytał. Wydaje mi się, że jestem odbierany jako osoba, która jak coś robi, to robi to całym sobą. Jestem z Legią, to jestem z Legią. Tak bym to podsumował.

Chciałbyś jeszcze coś dorzucić na koniec rozmowy?

– Zapraszamy! Mimo że wspomniałem, że w rugby – póki co – nie ma kasy, i to sport, twardy, wymagający, kontuzjogenny, to praktycznie nic innego w życiu nie dawało mi takiej satysfakcji. Wspólnota, którą tworzymy, możliwość cieszenia się sukcesami, rozwój… To coś, co jest warte wysiłku i ewentualnych, drobnych problemów ze zdrowiem.

Rugby to sport dla wszystkich. Każdy może przyjść, spróbować. Jak pytałeś mnie o początki, to wtedy jeszcze nie zaznaczyłem, że uprawiając sporty indywidualne, jakoś nie ciągnęło mnie do sportów drużynowych, ale jeszcze zanim po raz pierwszy stanąłem na boisku przy Łazienkowskiej, gdzie był pierwszy trening, oglądałem rugby. Miało w sobie coś takiego, co mnie pociągało. Postrzegałem je jako drużynowy sport walki, dlatego jak padła propozycja, to chętnie z niej skorzystałem i przyszedłem na pierwsze zajęcia.

To środowisko wydawało mi się na tyle zamknięte i hermetyczne, że nie szukałem możliwości dołączenia do jakiejś drużyny rugby i to był błąd. Zarówno my, jak i inne sekcje, są bardzo otwarte – można wpaść do nas na trening, popatrzeć jak to wygląda czy wziąć ciuchy sportowe, przyjść, spróbować swoich sił i zobaczyć na własnej skórze, czym jest rugby.

Co wiesz o pierwszej części sezonu 2025/26?

Mileta Rajović
1/14 W czerwcu 2025 roku nowym trenerem Legii został…

Komentarze (5)

Odśwież

Dodając komentarz zobowiązujesz się do przestrzegania

Komentarze osób niezalogowanych, a także zalogowanych, którzy zarejestrowali konto w ostatnich 3 dniach wymagają akceptacji administratora.

Uwaga!

Teraz komentarze są ukryte, aby poprawić komfort korzystania z serwisu Legia.Net. Kliknij przycisk „Zobacz komentarze”, aby je wyświetlić i dołączyć do dyskusji.