Konrad Paśniewski: Nie ma miejsca na błędy proceduralne

Marcin Szymczyk

Źródło: legia.com

29-12-2014 / 16:35

(akt. 08-12-2018 / 05:20)

- Henning Berg to bardzo konkretny, zorganizowany trener. Doskonale wie, czego chce, i wprowadza niewiele zmian organizacyjnych w planach drużyny. Wiedząc ile meczów rozegra drużyna, gdzie i na jaki czas będzie podróżowała, jest w stanie stworzyć ścisły harmonogram działania nie tylko na najbliższy tydzień, ale i miesiąc. Rzadko później te plany modyfikuje. Berg to uporządkowana osoba, w swoim podejściu do zawodu i filozofii przypomina mi Leo Beenhakkera, z którym miałem okazję współpracować w reprezentacji Polski. Jednocześnie Henning pozostawia mi - jako kierownikowi drużyny - sporo miejsca na podejmowanie własnych decyzji. Zdążyłem już dobrze poznać jego oczekiwania i to, co jest dla niego najistotniejsze, takie henningowe "must be" - opowiada w rozmowie z serwisem legia.com kierownik Legii Konrad Paśniewski.

Widziałeś Henninga Berga w furii? Sprawia wrażenie bardzo opanowanego.


- I taki jest. Nie widziałem jeszcze, żeby Henning wpadł w furię. Wszyscy widzimy jak on żyje meczem. Krzyczy, biega jak szalony przy linii bocznej, nie siada nawet na moment, ma wiele uwag do zawodników, sporo też do pracy sędziów. Ale kiedy zamykają się za nim drzwi do szatni, gdy jest sam ze swoimi ludźmi, wtedy widać w nim cechy prawdziwego bossa. Zresztą ja w pierwszym odruchu kilka razy na początku pracy zwróciłem się do niego per boss. Natychmiast zareagował: "nie, nie, nie, ja jestem coach". I nie wiem czy na bossa trzeba sobie w kulturze angielskiej, z której wywodzi się Berg, zasłużyć, czy też wynika to z czegoś innego. Beenhakkera tytułowaliśmy boss, Wengera nazywają boss, Ferguson to boss, a Berg - coach. Być może na razie coach. W każdym razie Berg ma cechy, które według moich wyobrażeń, do bossa pasują.  To przywódca z autorytetem.


Spędzasz z piłkarzami mnóstwo czasu. Jak Cię traktują?


- Trochę jak kumpla, co mi odpowiada. Nie lubię określenia "Kiero", proszę piłkarzy żeby mówili do mnie po imieniu. Oczywiście młodszym zawodnikom przychodziło to na początku trudniej, no ale nic dziwnego. Gdybym się postarał, to taki Krystian Bielik mógłby być moim synem (śmiech). Cenię sobie bezpośredni kontakt i w miarę luźne relacje, to skraca dystans i sprawia, że nie ma żadnych niedomówień, dzięki czemu można szybciej zareagować na pewne rzeczy. Jestem za tym żeby wszystkie sprawy załatwiać konkretnie, nie obrażać się, pierwszy podnoszę rękę kiedy coś zawalę i nie próbuję tego ukryć czy w jakiś sposób przysypać. Moje wejście do szatni było bezbolesne - z wieloma piłkarzami znałem się z kadry, a przyjęcie ze strony zawodników najbardziej doświadczonych i liderujących w zespole, myślę tu o Rado czy Ivicy, było ciepłe i serdeczne, co też na pewno mi pomogło. Jestem na Łazienkowskiej od rana do wieczora, a drzwi do mojego pokoju zawsze są dla piłkarzy otwarte.


Których piłkarzy Legii można nazwać liderami zespołu?


- Są to na pewno Rado i Ivica, jest Kuba Rzeźniczak z najdłuższym stażem w drużynie. Marką samą w sobie jest "Sagan". Do tego dochodzi kilku młodych piłkarzy, którzy aspirują do piłkarskiego topu. Michał Kucharczyk czy Michał Żyro to stosunkowo młodzi zawodnicy, ale ich wkład w funkcjonowanie zespołu jest bardzo duży.

Przyszedłeś do Klubu w trudnym momencie, po sprawie z Celtikiem. Czułeś ciążącą na Tobie presję?


- Nie odczuwałem i nie odczuwam presji w złym tego słowa znaczeniu. Nie jest tak, że nie śpię po nocach, rozmyślając czy popełnię błąd. To by absolutnie w tej pracy nie pomagało. Jestem spokojny i wiem, co mam robić. O błędach proceduralnych nie ma już mowy, po prostu nie ma takiej opcji. Wiadomo, że tych przepisów jest od cholery, często się zmieniają i trzeba być z tym na bieżąco. Dobrze wiem, kto w klubie dysponuje daną wiedzą i kogo można dopytać o interpretację przepisów. Trzeba tego bardzo pilnować, bo na koniec odpowiedzialność spada na jedną konkretną osobę - kierownika drużyny.


Kiedy zastępowałeś w Legii Martę Ostrowską Tobie też wypominano błędy popełnione podczas pracy w reprezentacji Polski. Miałeś nie zgłosić do gry na Euro 2012 Polanskiego, Boenischa i Perquisa. Obraniak dostał czerwoną kartkę w meczu z Meksykiem, a szykowaliście go na spotkanie z Niemcami.


- W przypadku Euro 2012 i piłkarzy o polskich korzeniach, których dokumenty nie były do końca uzupełnione, sprawa jest prosta - nie byłem osobą odpowiedzialną i w jakikolwiek sposób dopuszczoną do zarządzania dokumentami tych zawodników czy uprawnieniem ich do gry. PZPN dbał o to w ramach własnych struktur i krótko mówiąc nie leżało to w zakresie moich obowiązków. Casus Obraniaka był nieco inny. Zaraz po meczu z Meksykiem zgłosiliśmy swoje wątpliwości do UEFA i FIFA, bo jedna organizacja odsyłała nas do drugiej. Chcieliśmy mieć wyjaśnione czarno na białym czy zawodnik może zagrać w towarzyskim meczu z Niemcami, ale takiej odpowiedzi nie uzyskaliśmy aż do samego spotkania. Ostatecznie decyzję o tym, czy Obraniak znajdzie się w składzie reprezentacji, podejmował Franek Smuda. Początkowo chciał go wystawić, ale porozmawiał po niemiecku z ludźmi z tamtejszej federacji piłkarskiej i ostatecznie zrezygnował. To cała historia.


Cała rozmowa z kierownikiem Legii znajduje się w serwisie legia.com

Komentarze (0)

Zaloguj się, by móc oceniać komentarze.

Punkty

1063

Ranking miesiąca
#11094
Ranking ogólny
#1094