Krzysztof Ratajczyk: Rywale przegrywali z nami po wjeździe do miasta
11.03.2013 09:43
Początek lat 90. w polskiej piłce, gdy pan zaczynał karierę, to były ciekawe czasy. Resztki komuny, krzyżowały się z wilczym kapitalizmem, a w Legii pułkownicy mijali się z biznesmenami w mokasynach i białych skarpetkach.
- Przychodziłem do Warszawy jako 18-latek, drużyna była świeżo po wielkich meczach z Sampdorią i Manchesterem United, ale w lidze nam nie szło. Legia była jeszcze wojskowym klubem, ale już pojawił się gdzieś na horyzoncie Janusz Romanowski. Na początku na zasadzie, powiedzmy, sponsora. Dopiero jak zostaliśmy w kolejnym roku mistrzem, a tytuł zabrał nam PZPN, Romanowski zaczął poważniej działać w klubie. Za komuny Legia brała, kogo tylko chciała, powołując do wojska. Jak przyszedł Romanowski to sobie każdego kupował. W Legii wylądowała połowa srebrnych medalistów z drużyny olimpijskiej z Barcelony 92. Rządziliśmy w tej lidze.
Marek Jóźwiak podczas jednej z imprez rzucił w pana telewizorem.
- We mnie? Kowal trochę bzdur napisał w swojej biografii. Co do jednego miał jednak rację, atmosfera w zespole powodowała, że byliśmy nie do zatrzymania. Chodziliśmy razem na ogniska, obiady, no i oczywiście na piwo. U nas oczywiście też były grupki, ale jak szliśmy całą drużyną się napić, to szli wszyscy. A dziś piłkarze nie chodzą razem na piwo, tylko raczej do galerii handlowych.
Zwycięstwo 6:0 nad Wisłą w ostatniej kolejce sezonu 1992/93 było czyste?
- Wisła była tak słaba, że mogliśmy jej dziesięć bramek wrzucić. Nawet gdyby było inaczej, to miałem wtedy 20 lat, więc nie wiem, co się działo wśród starszyzny, czy w gabinetach. ŁKS grał przeciwko juniorom Olimpii, więc też było wiadomo, że mogą im nastrzelać tyle goli, ile zechcą. Gdyby te mecze odbyły się w różnych kolejkach, a nie w jednej, w tym samym czasie, nikomu do głowy by nie przyszło odbieranie punktów. Byliśmy tak mocni, że w następnym sezonie, jeżeli do przerwy nie prowadziliśmy 2:0, to gdy schodziliśmy do szatni, słychać było gwizdy naszych kibiców. Wszystkie mecze były spotkaniami do pierwszej bramki. Jak szybko strzelaliśmy, kończyło się pogromem. Jeżeli nie udawało nam się na początku ugryźć przeciwnika, to bywało ciężko. Ale przerastaliśmy tę ligę o klasę. Byliśmy zżytą grupą, umieliśmy grać na pamięć, a dodatkowo działała wtedy magia nazwy. Przeciwnicy przegrywali z nami nie tyle w tunelu, co gdy pojawialiśmy się w mieście.
To znak czasów. Pijanego Peszkę taksówkarz wiezie dziś na komisariat, a w latach 90. pijany Ratajczyk łamie taksówkarzowi szczękę. Chyba nie dałby pan się zawieźć na policję.
- A ja mu szczękę złamałem? Ciekawe. No, ale raczej taksówkarz by mnie na komisariat nie dowiózł.
Zapis całej rozmowy z Krzysztofem Ratajczykiem można przeczytać w dzisiejszym wydaniu "Przeglądu Sportowego"
Regulamin:
Punktacja rankingu:
Za każdy nowy komentarz użytkownik dostaje 1 punkt. Jednak, gdy narusza on nasze zasady i zostanie dezaktywowany, użytkownik straci 2 punkty. W przypadku częstych naruszeń zastrzegamy sobie możliwość nakładania wyższych kar punktowych, a nawet tymczasowych i permanentnych banów.