Mateusz Leszczuk: Nigdy nie myślałem, że trafię do Legii

Maciej Ziółkowski

Źródło: Legia.Net

22-03-2019 / 19:15

(akt. 22-03-2019 / 19:15)

Kto mu powiedział, że nigdy nie zagra już w piłkę? Co jest jego uzależnieniem? Który szkoleniowiec miał w kajecie zanotowane jego nazwisko? Na jakiej pozycji był testowany przy Łazienkowskiej? Dlaczego przez półtora roku miał przerwę od grania? Jak zareagował na komentarze płynące pod swoim adresem po pewnym spotkaniu na jesieni? O tym wszystkim opowiada Mateusz Leszczuk, pomocnik Legii Warszawa występującej w Centralnej Lidze Juniorów.

Słyszałem, że Chorwacja jest dla ciebie szczególna.

- (Śmiech). Nie wiem jak odpowiedzieć na to pytanie. Kiedyś zdarzyło mi się opublikować zdjęcie opolskiego jeziora, które wytworzyło się po upadku kopalni na jeden z portali społecznościowych. Ogólnie jest to ciekawe miejsce do spędzenia wolnych chwil, ładna woda… Nie dodałem żadnej lokalizacji do zdjęcia, a chłopaki od razu to podłapali i skomentowali, iż przebywam na wczasach właśnie w Chorwacji.

W rodzinie jesteś jedyną osobą uprawiającą sport?

- Mój brat w przeszłości występował w barwach Odry. Początkowo stawiałem z nim pierwsze futbolowe kroki. Grał dosyć długo, lecz pod koniec gimnazjum postanowił zawiesić buty na kołku. Dlaczego? Do tej pory nie wiem. Zapowiadał się obiecująco. Co więcej, mój tata jest maniakiem biegania oraz siłowni. Można zatem powiedzieć, że dorastałem w aktywnej rodzinie.  

Jak to się stało, że po pewnym czasie trafiłeś do Odry Opole?

- Przygodę z piłką zacząłem w szkole podstawowej. Razem z bratem uczęszczałem na treningi. Zajęcia wf-u prowadził trener, który szkolił również zawodników niebiesko-czerwonych. Wybrałem się na trening i losy tak się potoczyły, iż już tam zostałem. Zawsze grałem ze starszymi od siebie – przeważnie o rok, chociaż zdarzały się przypadki, iż występowałem w jednym zespole z piłkarzami z rocznika ’01. Miłe wspomnienia, fajnie się do nich wraca.

W Odrze byłeś prawdziwym łowcą goli. W jednym sezonie zdobyłeś 49 bramek w raptem 15 spotkaniach.

- Zgadza się. Nie można jednak tego gloryfikować. Nie oszukujmy się, to zupełnie inny poziom. Byłem wtedy małym chłopakiem z ciągiem na bramkę, przez co udawało się regularnie pokonywać golkiperów. Trochę kolegów z tamtego zespołu zostało, aczkolwiek większość porozchodziła się bądź zrezygnowała z piłki.

W końcowym etapie przygody w Odrze, wystąpiłeś w turnieju Kuba Cup w Truskolasach organizowanym przez Jakuba Błaszczykowskiego.

- Dokładnie. Wówczas zostałem wybrany zarówno najlepszym ofensywnym piłkarzem oraz najlepszym graczem tych rozgrywek. Tak jak powiedziałeś, był to jeden z ostatnich turniejów w Odrze z moim rocznikiem. Dobrze nam szło, doszliśmy do finału, gdzie mierzyliśmy się z Wisłą Kraków i pokonaliśmy „Białą Gwiazdę”. Zawsze po różnych zawodach przywoziło się do domu statuetki, stawiało je w honorowym miejscu. Piękne czasy. Turnieje czy sama gra na hali pomaga mi aktualnie na boisku, widzę to. Zdołałem wypracować sobie technikę, dzięki której mogę zrobić różnicę na murawie.

Często odwiedzasz rodzinne strony?

- Kiedyś częściej przyjeżdżałem do najbliższych. Ostatni raz w Opolu pojawiłem się jakieś trzy miesiące temu, na święta Bożego Narodzenia. Teraz rzadziej odwiedzam rodzinę z prostego powodu – natłok meczów zrobił swoje. W styczniu i lutym rozegraliśmy sporo sparingów, dodatkowo cały czas trenowaliśmy. Pokonać 320 kilometrów w jedną stron, żeby jechać tylko na kilkanaście godzin czasami się po prostu nie opłaca. Staram się jednak zazwyczaj zawitać do Opola, gdy mam luki w kalendarzu. Wówczas mogę porozmawiać z rodziną czy spotykać się ze starymi znajomymi.

Co pamiętasz, gdy przypominasz sobie przejście do Legii?

- Szóstą klasę podstawówki. Dokładnie wtedy działacze „Wojskowych” zaprosili mnie na testy. Zagrałem ze Śląskiem i byłem sprawdzany na… środku obrony (śmiech). Okazało się to dla mnie ogromną nowością. Przeważnie przerastałem rówieśników czy nawet starszych chłopaków, więc dopadło mnie niemałe zdziwienie. Następnie przekonywałem do siebie szkoleniowców podczas Legia Cup. Tuż przed startem gimnazjum po raz drugi zjawiłem się w Warszawie. Zorganizowano dla nas gierki wewnętrzne, w których uczestniczyło sporo chłopaków. Bodajże przez tydzień mieszkaliśmy w stolicy, trenowaliśmy oraz właśnie braliśmy udział w jakichś meczach. Ostatecznie, po pomyślnym zdaniu testów zostałem przyjęty do drużyny.

Z kim wówczas się testowałeś?

- Z Łukaszem Zjawińskim, Łukaszem Łakomym, którzy obecnie występują przy Łazienkowskiej. Wydaje mi się, że był tam również Mateusz Lisowski. Co ciekawe, przyjechałem do Warszawy razem z Denisem Smolarkiem, którego znałem z występów w Odrze Opole. Niestety, nie został on przyjęty, jednak później przeszedł do Zagłębia Lubin.

Kto w dużej mierze przyczynił się do tego, że tutaj jesteś?

- Wydaje mi się, iż do ekipy z Łazienkowskiej sprowadził mnie Radosław Kucharski. Obecny dyrektor sportowy musiał mnie raczej zauważyć po którymś ze spotkań kadry województwa opolskiego. Co ciekawe, kiedyś dyskutowałem z Arkadiuszem Białostockim na zbliżony temat. Okazało się, iż szkoleniowiec wyjął swój zeszyt i pokazał, że miał zapisane moje nazwisko po jakichś zawodach szkolnych. Nie wiem czy to trener obserwował mnie z bliska czy inny wysłannik z Legii. Oryginalna sytuacja, śmieliśmy się z niej.

Bałeś się przenosin do stolicy?

- Powiem tak: nigdy nie myślałem, że trafię do takiego klubu jak Legia. Początkowo czułem rzeczywiście obawy, ale z biegiem czasu zaaklimatyzowałem się. Drużyna dobrze mnie przyjęła, panowała naprawdę fajna atmosfera.

Ewentualne obawy towarzyszyły w kontekście dojazdu do danego miejsca w Warszawie?

- Tak (śmiech). Pamiętam jak pierwszego dnia w stolicy musiałem stawić się w centrum. Oczywiście kompletnie zgubiłem orientację w terenie, pogubiłem się. Na starcie rzeczywiście zdarzyło się obrać kilka złych kursów, błądzić po mieście, lecz po pewnym czasie nie było już tym problemów. Zacząłem się czuć jak w rodzinnych stronach.

Przed nami chyba kluczowy temat rozmowy, czyli tatuaże. Skąd pomysł na to, żeby w tym wieku mieć już całą wytatuowaną rękę?

- Od zawsze podobały mi się dziary. W pewnym momencie zrobiłem pierwszy tatuaż na dłoni i czułem, że będzie to zarazem ostatni taki pomysł. Tatuaże potrafią jednak uzależniać, wszystkie mają dla mnie szczególne znaczenie. Nie są na pewno bezsensowne czy zrobione tylko po to, żeby mieć coś „napisane” na ręce. W przyszłości planuję wydziarać sobie drugi rękaw i klatkę piersiową, ale to w okolicach Bożego Narodzenia. Myślałem o szyi, ale ten element ciała zostawię chyba na potem.

Masz już jakieś wzory czy symbole, które znajdą się na drugiej ręce?

- Mam kilka pomysłów w głowie, aczkolwiek tuż przed wizytą u tatuatora przeważnie się to delikatnie zmienia. Prosty przykład: w samym studio nieco zmodyfikowałem koncepcję jednego z tatuaży. Reasumując – zarys jest, ale wszystko będzie wiadomo pewnie na parę chwil przed sesją.

O dziary pytam nieprzypadkowo, bowiem po meczu we Wronkach z Lechem, na Twitterze zawrzało. Jednym z głównym wątków była wytatuowany rękaw Leszczuka i komentarze w stylu: Pan Piłkarz.

- Nie ukrywam, śmieszyły mnie te teksty, które osoby kierowały w moją stronę. Każdy inaczej dojrzewa. Zdecydowałem się na tatuaż, rodzice się zgodzili, więc nie było większych problemów. Ludzie niech piszą co chcą, nie zmienimy tego. Nasz szkoleniowiec – podobnie jak ja – również śmiał się z tego, sam posiada bowiem pokaźną kolekcję dziar na rękach.

Kiedy powstał pierwszy tatuaż?

- Krzyżyk, bo o nim mowa, wytatuowałem sobie w okolicach czerwca 2017 roku. Miałem wówczas szesnaście lat. Minęło parę miesięcy i kolejny zrobiłem sobie na przedramieniu. Przeważnie robię dziarki w grudniu, ponieważ nie ma czasu w innych miesiącach. Pamiętajmy o tym, iż przez parę dni nie można wówczas trenować, bo miejsce na ciele musi się dokładnie zagoić. Co ciekawe, namówiłem brata na tatuaż. Zawsze się bał, lecz po tym jak to zapoczątkowałem, pojechał razem ze mną do Wrocławia do Konrada Zalewskiego i zrobił sobie dziarę.

Rozwiń, jakie znaczenie mają dla ciebie poszczególne tatuaże.

- Daty rodziców są dla mnie bardzo ważne. Tatuaż przedstawiający chłopaka kopiącego piłkę… chyba nie trzeba też zbytnio tłumaczyć. Od małego fascynowałem się tym sportem i ta pasja, która przerodziła się już w zawód, trwa do dziś. Jaskółka symbolizuje wolność, zegar z kolei wskazuje godzinę mojego przyjścia na świat. Dwie dziarki wykonałem spontanicznie, po prostu podobały mi się. Chodzi o głowę kota połączoną z jeleniem oraz różę. Największe znaczenie ma dla mnie debiutancki tatuaż, czyli wspomniany wcześniej krzyżyk.

Dlaczego?

- W drugiej klasie gimnazjum miałem problemy związane z sercem. Zostałem skierowany na dalsze badania, leczyłem się w Centrum Zdrowia Dziecka. To właśnie tam powiedziano mi, iż nie mogę już grać w piłkę… Ostatecznie wykryto u mnie szmery w sercu, przez co byłem poddany zabiegowi ablacji. Mama, która była bardzo zdeterminowana i chciała mi pomóc, skierowała się z prośbą do mojej cioci mieszkającej w Niemczech. Udałem się tam do prywatnej kliniki i usłyszałem to samo: szmery. Doktorzy stwierdzili, iż przez operację, którą miałem zaraz po urodzeniu, zdiagnozowano u mnie inne zapisy pracy serca. Minęło prawie półtora roku i dopiero wróciłem do gry.

Jak obecnie wygląda sytuacja z sercem?

- Średnio dwa razy w roku przechodzę specjalne badania. Lekarze sprawdzają czy wszystko jest w porządku. Aktualnie jest okej, praktycznie od dwóch lat regularnie gram.

W trakcie kontuzji czułeś, że coś jest nie tak?

- Nie, absolutnie nie. Nic nie czułem, serce funkcjonowało tak jak wcześniej. Doktorzy mówili, żebym w trakcie kontuzji unikał piłki jak ognia. Zdarzało się, iż wychodziłem z domu, wchodziłem na orlika i kopałem futbolówkę.

Dostałem wolną rękę od Legii. Klub zaproponował, że mogę dalej mieszkać w bursie i normalnie chodzić do szkoły z chłopakami bądź wrócić do Opola. Nikt nie wiedział, ile to potrwa. Przez ten okres przebywałem zatem w rodzinnych stronach. Spędziłem też trochę czasu w szpitalu w stolicy. Raz odwiedzili mnie również koledzy z zespołu i trener Sebastian Różycki, z którym byłem i jestem w kontakcie. 

Najtrudniejszy okres w twoim życiu?

- Na pewno. Najgorszy był fakt, iż przed tą kontuzją byłem w niezłej formie. W dwóch ostatnich meczach przed długą przerwą, mierzyliśmy się z Lechem Poznań oraz Herthą Berlin. Z poznaniakami wygraliśmy 4:0, z Niemcami – 2:1. Wszystkie sześć goli dla Legii były mojego autorstwa. Później następuje długi rozbrat z futbolem, lekarze mówią, że nie wejdę już więcej na boisko… Ciężki moment, czas. Myślę, że nic gorszego w życiu nie może mnie już spotkać.

Zdarza się, że po powrocie do gry nie dajesz z siebie wszystkiego, bo masz w podświadomości sytuację z czasów gimnazjum?

- Nie. Zawsze daję z siebie maksimum, chcę grać najlepiej jak potrafię. Nie mam tego w głowie. Jeżeli lekarze powiedzieli mi, że jest okej – ufam im i wierzę, że tak jest. Trochę słabo byłoby, gdybym grał na 80 czy mniej procent. Prawda jest jednak taka, iż na początku trudno było mi wkomponować się w zespół, odstawałem też pod względem fizycznym.

Na ten moment mogę powiedzieć, iż wspomniane braki nadrobiłem, ale muszę poprawić aspekt pracy w defensywie. Trener Marek Saganowski mówi, że widzi moje postępy.

Podobno twoją największą inwestycją jest pies, Daisy.

- Nie przesadzajmy z tą największą (śmiech). Od małego w moim życiu były obecne zwierzęta. Z racji tego, iż od wakacji mieszkam sam, mam więcej czasu postanowiłem na zakup suczki. Niebawem będzie świętować pierwsze urodziny. Można zatem powiedzieć, że jesteśmy już trochę czasu razem. Jest fajną pociechą, odskocznią od jakichś problemów. Zawsze się cieszy jak wracam do domu, chce się bawić. Od razu człowieku robi się milej, lżej na sercu.

W wolnym czasie lubisz także pograć sobie w różne gry komputerowe, zwłaszcza w Fortnite’a czy LOL-a.

- Potwierdzam. Gdy zasiadam do Fornite’a, często umawiamy się z chłopakami na wspólne granie. Mowa o Dawidzie Olejarce, Jaśku Golińskim czy Mateuszu Misiaku. W LOL-a z kolei ustawiam się z Dawidem Wachem. Wiadomo, że nie można żyć piłką dwadzieścia cztery godziny na dobę. Czasami, dla relaksu czy rozluźnienia emocji po prostu przyjemnie jest pograć w jakąś gierkę. Poza treningami, czasu dla siebie nie jest wbrew pozorom tak dużo. Gdy jednak znajdzie się kilka okazji, spotykam się z kolegami bądź chodzę na siłownię.

Podobno nie odpuszczasz klaty.

- Staram się trenować całe ciało. Oczywiście, ćwiczenia na klatkę są najprzyjemniejsze, lecz nie można przesadzać. Warto skupiać się na innych partiach, aby potem nie mieć zbyt dużych dysproporcji. Zawsze na siłowni jestem w parze z Dawidem Wachem, który podobnie jak ja preferuje klatę (śmiech).

Czujesz, że od jakiegoś czasu przyrost masy mięśniowej jest u ciebie zauważalny?

- Tak. Jestem zadowolony z tego, iż na boisku mi to pomaga. Udało mi się przytyć, co cieszy. W przeszłości trudno przychodziło mi przybieranie wagi. Inaczej sytuacja wyglądała gdy mieszkałem w bursie, teraz mam swoje cztery ściany mogę sam gotować. Sprawia mi to przyjemność.

Jakie danie lubisz przyrządzać?

- Te, które nie wymagają skomplikowanych operacji i czynności (śmiech). W jadłospisie często pojawia się jajecznica. Zdarza się, że ugotuję makaron z kurczakiem i ryżem bądź spaghetti. Skupiam się na prostych i „szybkich” potrawach.

Spożywasz wszystko czy masz kilka produktów, których unikasz?

- Aby mieć energię, „wrzucam” do żołądka więcej węglowodanów oraz białka. Staram się nie jeść słodyczy czy śmieciowego jedzenia, które w niczym nie pomaga, a wręcz przeszkadza.

Co jeszcze robisz, żeby dążyć do doskonałości?

- Próbuję coraz ciężej pracować, na sto procent na każdym treningu. Zależy mi też na poprawianiu słabszych stron. W tym wypadku wymienię lewą nogę, grę w obronie i doskok po stracie futbolówki.

Gdyby nie twoje urazy i problemy z sercem, byłbyś wyżej niż w CLJ?

- Sądzę, że tak. Czasu jednak nie cofnę, nie zmienię przeszłości. Było minęło. Trzeba teraz ciężko pracować, aby zostać zauważonym.

Na jakie elementy trener Saganowski najbardziej was uczula?

- Szkoleniowiec przykłada dużą uwagę do gry w kompakcie, doskoku po stracie piłki. Nie da się ukryć - czuję różnicę między tym zespołem, a ekipą z mojego rocznika z poprzedniego sezonu. Warto dodać, że dwie tabele scalono w jedną, przez co poziom się podniósł, ponieważ zostały najlepsze drużyny w kraju. Jest trudniej, aczkolwiek da się przeżyć.

Nieco przespałem początek rundy jesiennej. Ominęły mnie trzy spotkania. Sytuacja później potoczyła się tak, że praktycznie większość spotkań rozpoczynałem w podstawowym składzie. Na starcie trener mówił, żebym był cierpliwy i pracować na swoją szansę. Mam umiejętności, ale nie wiem czemu wówczas nie pojawiałem się na boisku. W zimowym okresie przygotowawczym zmieniłem pozycję – przeszedłem ze skrzydłowego na fałszywą „dziesiątkę”.

Nowa formacja (3-4-3 – red.) w waszym wykonaniu zapowiada się bardzo obiecująco.

- W nowym ustawieniu lepiej nam się gra. Optycznie mamy przewagę w liczbie zawodników w środku pola. W moim odczuciu być może nawet i mniej się biega. Każdy wie, co ma robić, jest skupiony na swoich zadaniach. Tyły są ubezpieczane przez trzech stoperów, często do obrony wracają także wahadłowi. Boczni pomocnicy schodzą – tak jak wcześniej powiedziałem – do środka i robią miejsce innym.

Trenerzy mówią, że mam spory luz z piłką przy nodze, nie stresuję się przed meczami, niezależnie z kim gram. Za każdym razem jestem zmotywowany, ale nie paraliżuje mi to nóg.

Masz sobie coś indywidualnie do zarzucenia za rundę jesienną?

- Poza wspomnianym startem sezonu, gdzie nie byłem brany pod uwagę przy ustalaniu składu, mam do siebie żal za skuteczność. Liczę, że w najbliższych meczach poprawię celownik i przy okazji dorobek strzelecki.

Myślicie o mistrzostwie?

- Gramy o najwyższe cele, tak to już jest w Legii. Wiadomo, że nie tylko my chcemy sięgnąć po tytuł. Oprócz nas będzie walczyło jeszcze kilka innych drużyn. Z przodu mamy kilku ofensywnych zawodników mogących zrobić większą różnicą na murawie. Spotkania wygrywa jednak cały zespół. Zrobimy wszystko, żeby pierwsze miejsce na koniec sezonu należało do nas.

Czy Mateusz Leszczuk jest w stanie być jednym z liderów, który poprowadzi zespół do mistrzostwa?

- Staram się jak najwięcej dawać od siebie, pomagać drużynie w osiąganiu zwycięstw i kolejnych sukcesów. Jeżeli będę dalej ciężko pracował i poprawię skuteczność, jestem w stanie pociągnąć zespół do tytułu.

Co możesz obiecać gdy uda wam się tego dokonać?

- Przejdę się po ścieżce wyznaczonej przez paru kolegów – przefarbuję się. Jaki kolor? Pomyślałem o zielonym, barwy klubowe na głowie to byłoby coś!

Komentarze (0)

Komentarze osób zarejestrowanych pojawiają się w tym artykule automatycznie. Komentarze osób niezalogowanych wyświetlą się po zatwierdzeniu przez moderatora.

Zaloguj się, by móc oceniać komentarze.

Punkty

1063

Ranking miesiąca
#11094
Ranking ogólny
#1094