Udane testy w Legii, bursa z Karbownikiem, transfer do Ascoli – historia Kamila Bielikowa

Maciej Ziółkowski

Źródło: Legia.Net

18-10-2020 / 10:00

(akt. 18-10-2020 / 09:59)

Jego pierwszą pasją był taniec hip-hop. Do Legii próbował podejść dwa razy, udało się za drugim. W bursie mieszkał z Michałem Karbownikiem. Niestety wkrótce został wykluczony z gry przez kilka miesięcy, ze względu na szmery w sercu. W 2019 roku trafił do włoskiego Ascoli, a od paru tygodni reprezentuje KGHM Zagłębie Lubin, z którym stołeczny klub zmierzy się w najbliższą niedzielę (18.10, godz. 17:30). Kamil Bielikow, były bramkarz "Wojskowych".

Województwo mazowieckie. Radom. Dokładnie w tym miejscu wychował się Kamil Bielikow, który przygodę z piłką rozpoczął w drugiej klasy szkoły podstawowej. Wówczas większość jego kolegów grała już w radomskich klubach. – Napisał do mnie kolega, który zaproponował grę lub udział w meczach świetlicy przynależącej do kościoła, który znajdował się w pobliżu domu. Spotkania były rozgrywane co tydzień, przeważnie w środy – opowiada sam zainteresowany, który grał na orlikach jako obrońca. Przełomem – w kontekście zmiany pozycji na boisku — okazał się turniej Minieuro w 2012 roku. Bielikow reprezentował szkołę, do której uczęszczał razem z innymi zawodnikami. Jego zespół przegrał wszystkie spotkania, a w ostatnim nie miał nic do stracenia. – Stanąłem w bramce i chciałem zobaczyć, jak to jest. Mecz w miarę mi wyszedł, a potem poszedłem do mamy i poprosiłem, żeby zapisała mnie do Radomiaka. No i się udało. Po miesiącu zostałem dołączony do grup młodzieżowych tego klubu – wspomina 19-latek.


Kamil Bielikow w niebeskim znaczniku/Archiwum prywatne

Radomiak, pasja taneczna i długie włosy

Co ciekawe, jego pierwszą pasją nie była piłka nożna, tylko taniec hip-hop. Uczęszczał do Radomskiej Szkoły Tańca. - W przedszkolu miałem dodatkową rytmikę. Nagle trener zauważył, że się do tego nadaję, zawsze byłem zaangażowany i zaprosił mnie na zajęcia taneczne. Na początku nie chciałem na nich być, popłakałem się ze strachu. Gdy rozpocząłem naukę w pierwszej klasie podstawówki, to trener otworzył szkołę w nowym budynku. Wtedy się już tak nie bałem i chętnie brałem udział w tańcach - stwierdził.

Nawet gdy rozpoczął treningi w Radomiaku, to łączył futbol z tańcami. Często było tak, że jednego dnia był na parkiecie, a drugiego – na murawie. Wyjątkiem był jeden dzień w tygodniu, w którym miał to i to. Najpierw wybierał się na trening bramkarski prowadzony przez Jakuba Jastrzębskiego, który miał miejsce w starej hali, a potem od razu jechał na zajęcia taneczne. – Tańczyłem hip-hop przez 6-7 lat. Po pewnym czasie nie sprawiało mi to już takiej radości, jak kiedyś i postanowiłem wybrać pasję, w której się spełnię – dodał. Bielikow zrezygnował z tańca, choć odniósł w nim kilka sukcesów. Wygrywał m.in. radomskie turnieje czy ogólnopolskie zawody, wspólnie z grupą, w której tańczył.

Przejdźmy do wątku piłkarskiego. Na pierwszy trening Radomiaka zaprowadziła go mama. Po zajęciach trener Maciej Lesisz (aktualnie drugi trener klubu – red.) stwierdził, że jest zadowolony z nastolatka i chce mieć go w zespole. Ale był jeden warunek. – Miałem długie włosy i trener powiedział, żebym coś z nimi zrobi – ściął albo spinał. Efekt był taki, że przez pierwsze pół roku je spinałem. W tamtym momencie spotkała mnie też niemiła sytuacja. Ówczesny pierwszy bramkarz nie podawał mi ręki, uważał się za lepszego i może bardziej doświadczonego. Ale, wiadomo, w takim wieku czasami tak jest, że jak przychodzi konkurent, to się niby go nie lubi – mówił Bielikow, który po pewnym czasie zdecydował się na zmiany, a jedną z nich była właśnie fryzura.

Początki w Legii i niemały rozbrat z piłką

- Tak naprawdę to nie wiem, kiedy zauważyła mnie Legia. Graliśmy w lidze z warszawiakami, więc może w bezpośrednich meczach spodobałem się skautowi, szkoleniowcom. Pamiętam, że pewnego dnia, w trakcie zajęć w Radomiak, trener Lesisz spytał się, czy ktoś się ze mną kontaktował, lecz nie powiedział kto. Nie ukrywałem zaciekawienia, a trener dodał, że ta osoba będzie dzwonić do mojej mamy. Następnego dnia do mamy zadzwonił skaut, Krzysztof Tańczyński. I zapytał się, czy jest możliwość, żebym przyjechał na testy. Po miesiącu, a nawet krótszym czasie, wybrałem się na dwa dni do Warszawy. Po pierwszych testach klub mi podziękował, ale jednocześnie dodał, że raz jeszcze zadzwoni. Po jakimś czasie osoby z Legii skontaktowały się ze mną i stwierdziły, że chcą mnie raz jeszcze sprawdzić. Ponownie przyjechałem do stolicy. Wtedy usłyszałem, że się spodobałem i Legia mnie chce. W taki sposób trafiłem na Łazienkowską – skomentował zawodnik. W tym samym okienku do Legii przeszli Maciej Rosołek, Michał Karbownik i Łukasz Zjawiński, który gra obecnie w Stali Mielec.

Które wspomnienie związane z Legią jest dla niego szczególne? - W pamięci utkwił mi zwłaszcza pierwszy mecz w koszulce „Wojskowych”, przeciwko Gwardii Warszawa, wygrany bodajże 1:0. Zagrałem na „zero z tyłu”. Wspomniałbym też o przeprowadzce do bursy, bo trudno było wyjechać z domu w wieku 14 lat. Nie wiedziałem, czy sobie poradzę. Zamieszkałem w pokoju z Michałem Karbownikiem, Klaudiuszem Krasą i Mateuszem Szyszkowskim. Wesoło było – opowiadał Bielikow.

- Gdy przeszedłem do Legii, to na początku czułem „wow”. W Radomiaku — w tamtym okresie — trzeba było płacić za treningi, każdy trenował w innym stroju. Ogromne wrażenie w Warszawie zrobiła na mnie organizacja. Wszyscy zawodnicy ćwiczyli w identycznych strojach, spotykaliśmy się przed treningiem, razem chodziliśmy do szkoły… Można powiedzieć, że byliśmy jednym, wspólnym organizmem – mówił 19-latek.

Wykluczenie z gry, epizody w ataku i z bierzmowania na mecz

Bielikow rozpoczął treningi w Warszawie w zespole ze swojego rocznika (2001). Bronił na zmianę z Pawłem Łakotą (Resovia) i Pawłem Okrasą. Kilka tygodni po przejściu do Legii został zauważony przez sztab szkoleniowy kadry Polski U-15 i miał okazję zagrać w sparingu z Irlandią (1:3). Wszystko szło w dobrym kierunku, ale… Podczas badań kontrolnych, które są wykonywane co pół roku, okazało się, że zawodnik ma szmery w sercu.

- Miałem przerośniętą lewą komorę serca. Lekarze mówili, że mogę zacząć szukać innej pasji, że w piłkę już nie zagram, bo to niebezpieczne. Ale rozwinęło się to wtedy w taki sposób, że pan Leszek, który pełnił rolę opiekuna medycznego na treningach, polecił mnie (a przynajmniej tak słyszałem) klinice kardiologicznej w Aninie, obok Warszawy. Tam zajął się mną doktor Kłopotowski, który zrobił mi wszystkie badania: echo serca, rezonanse, próby wysiłkowe... Byłem badany regularnie, przez okres 8-10 miesięcy – wówczas nie mogłem wyjść na boisko, mogłem jedynie patrzeć z boku, jak chłopaki trenują. Sytuacja się przeciągała, a w pewnym momencie doszła do takiego punktu, że wychodziły pewne nieprawidłowości. Nie mogłem trenować, a np. próby wydolnościowe wskazywały, że wszystko jest w porządku. Ostatnią deską ratunku był test genetyczny – opowiadał zawodnik. - Pobrano mi kilka próbek krwi i zbadano krew na zasadzie genów. Jeżeli miałbym tę wadę wrodzoną, to nie mógłbym uprawiać sportu i musiałbym z tym skończyć. Ale, na szczęście, okazało się, iż była to wada spowodowana tym, że szybko urosłem i serce urosło inaczej, w stosunku do mojego ciała. No i po ok. 10 miesiącach mogłem wrócić do piłki.

fot. Ana Okolus/Legia.Net

Po powrocie do zdrowia zawodnik przeniósł się do ekipy juniorów starszych (U-17) i wystąpił m.in. na turnieju o Puchar Karpat czy Norway Cup. Później ćwiczył z CLJ i zagrał w trzech sparingach na tym szczeblu. W meczu o stawkę jednak nie zadebiutował. Tak samo, jak w III-ligowych rezerwach, z którymi również zdarzało mu się trenować. Zatrzymajmy się na chwilę przy drużynie U-18, a konkretnie na spotkaniu Legia – Znicz Pruszków z czerwca 2018 roku. Trener Legii, Tomasz Sokołowski II, miał do dyspozycji raptem 12 zawodników, w tym 3 bramkarzy, z czego dwóch grało… w polu. Bielikow pełnił rolę wysuniętego napastnika, a od 69. minuty za jego plecami, na pozycji nr 10, pojawił się Tomasz Woźniak (SPAL). – Do tej pory grałem w polu jedynie z kolegami na orliku albo jak sam biegałem z piłką. A tak to cały czas stałem między słupkami. Przed tym meczem kadra nie była zbyt liczna, brakowało piłkarzy, przez co bramkarze musieli grać w polu. Z drugiej strony — mówiłem, że wolę biegać z przodu, bo może zdobędę bramkę. A że byłem wysoki, to udawało mi się skutecznie główkować czy wybijać piłki po stałych fragmentach dla rywali. Wygraliśmy 2:0 - mimo że bramkarze grali w napadzie. Ciekawe doświadczenie i zarazem śmieszna sytuacja, z racji tego, że stworzyliśmy spore problemy obrońcom Znicza – skomentował golkiper.

Zawodnik przyznał, że z grą w polu zetknął się także w Radomiaku. W klubie było tylu zawodników, że powstały dwie drużyny. Jedna rywalizowała w lidze mazowieckiej (on grał w bramce), a druga – w radomskiej i właśnie tam zawodnik był ustawiony jako stoper. W dwóch meczach strzelił gola po uderzeniu z rzutu wolnego. – Podczas jednego z obozów rozegraliśmy sparing z lokalną drużyną. W pierwszej połowie stałem między słupkami (obroniłem rzut karny), a po przerwie pojawiłem się w ataku i zdobyłem dwie bramki, czyli więcej niż nasz napastnik – dodał.

Bielikow przytoczył także historię związaną z wyjazdem na dwumecz do Olsztyna. Warszawski zespół — konkretnie rocznik 2000 i młodsi — grał tam ze Stomilem oraz Naki. Zarówno on, jak i dwóch innych zawodników, opuściło pierwsze spotkanie. Powód? Bierzmowanie. Tuż po nim wsiedli w pociąg, aby zdążyć na drugi mecz.

Powrót do domu i transfer do Włoch

W połowie 2018 roku bramkarz tymczasowo opuścił Łazienkowską. – Po sezonie w akademii dochodzi do rozmów. Następuje sekcja, dowiadujesz się o dalszych planach. Miałem wówczas rozmowę z Arkadiuszem Białostockim i Maciejem Kowalem, którzy powiedzieli, że Radomiak się po mnie zgłosił i proponuje wypożyczenie. Mógłbym mieć wtedy problem z graniem w Legii, a była szansa na występy w drugim zespole Radomiaka. Zdecydowałem się na powrót do domu. Chciałem też doświadczyć czegoś nowego – mówił Bielikow.


Archiwum prywatne

Nastolatek rywalizował na treningach z golkiperami związanymi z Łazienkowską: Mateuszem Kochalskim (wypożyczony z Legii do Radomiaka), z którym znał się z Legii i bursy, oraz Arturem Haluchem (były zawodnik stołecznego klubu). - Miałem jasno powiedziane, że jestem trzecim bramkarzem Radomiaka i będę występował w drugiej drużynie. Zagrałem w niej sporo spotkań. Wcześniej rywalizowałem w młodzieżowych drużynach i był to zatem mój pierwszy sezon w seniorach. Mogłem zobaczyć, jak funkcjonuje ówczesny II-ligowiec z weteranami lig, gwiazdami klubu — wtedy przeszedł tam m.in. Rafał Makowski. I dowiedziałem się, jak można funkcjonować z nimi w drużynie, w szatni, na boisku i na treningach. Uważam, że dla mnie było to wypożyczenie na plus – dodał.

Początek sezonu 2019/20. Bielikow rozpoczął treningi z Radomiakiem, który był świeżo po awansie do I ligi. Klub z Radomia zaproponował mu 3-letni kontrakt, ale zawodnik nie zgodził się na to, bo chciał spróbować czegoś innego. Przez miesiąc trenował z ekstraklasowym klubem, który ostatecznie nie dogadał się z Legią. - Wraz z menedżerem szukaliśmy alternatywy i znaleźliśmy Ascoli. Wówczas po raz pierwszy dowiedziałem się o tej drużynie. Pojechałem tam na początku września, na tygodniowe testy do Primavery (U-19). Było to dla mnie „wow”, ponieważ musiałem samemu wyjechać za granicę, a nie potrafiłem się czasami dogadać po angielsku – brakowało mi słówek, myliłem czasy. Ale po przyjeździe do Włoch nie miałem problemów z komunikacją. Trenerzy byli w porządku wobec mnie, zespół dobrze przyjął mnie w szatni. Potem wróciłem do Polski i okazało się, że Włosi mnie bardzo chcą i się im spodobałem. I pod koniec września wyleciałem z kraju na stałe, na rok – mówił.

Bielikow szybko złapał wspólny język z Viliusem Piliukaitisem, czyli piłkarzem z tej samej agencji menedżerskiej. Zawodnicy spotkali się już na lotnisku w Pescarze, niedaleko Ascoli, a następnie zamieszkali w tym samym hotelu. Do momentu, gdy Piliukaitis udał się na wypożyczenie do Torino, przez pół roku ta dwójka trzymała się razem.

Jeśli chodzi o ośrodek treningowy, to akademia Ascoli miała do dyspozycji dwa boiska ze sztuczną nawierzchnią, a pierwsza drużyna – dwa naturalne. Zespół do lat 19 prowadził (i wciąż prowadzi) charyzmatyczny trener – Hiszpan, Guilhermeo Abascal. – Jak się zdenerwował, to czasami potrafił wysłać wszystkich do szatni i skończyć trening po 30 minutach – powiedział Bielikow, który wspomniał także o obcokrajowcach. – Trzymaliśmy się razem. Byliśmy trochę odosobnieni od Włochów, lecz myślę, że nie z własnego wyboru. Tylko też, po części, miejscowi trochę nas odpychali, bo nie za dobrze mówiliśmy po włosku, przez co nie mogliśmy się z nimi super dogadać i porozmawiać na każdy temat. Ale nie dotyczyło to każdego Włocha, ponieważ nasz kapitan – Christian Scorza – ma mamę Polkę. Rozumiał niektóre polskie sformułowania, potrafił coś powiedzieć, więc czasami było wesoło i przyjemnie pożartować.

Były zawodnik Legii opowiedział także o sytuacji, która przytrafiła mu się w trakcie izolacji. – Byłem sam w czteropokojowym mieszkaniu. Nic nie można było wtedy robić, ze względu na pandemię. Zdarzało się, że grałem wówczas w gry komputerowe. Jestem osobą nieco impulsywną i pewnej nocy, w okolicach 1, krzyknąłem – reagując na wydarzenia w grze. Gdy obudziłem się następnego dnia, to otrzymałem wiadomość od właściciela mieszkania, że rzekomo organizuję imprezy i sąsiadka nade mną chciała wzywać policję. Z racji panującej sytuacji na świecie, nie można było spotykać się i tworzyć zgromadzeń i jeżeli taka sytuacja by się powtórzyła, to zostałbym stamtąd wyrzucony. Podobno na kamerach byli widoczni ludzie, którzy wchodzą do mojego mieszkania, a ja wiedziałem, że to kłamstwo. Poprosiłem o pokazanie nagrania, ale po tej wiadomości temat ucichł, a właściwie – zakończył się – opowiadał.

W czerwcu br. 19-latek został zgłoszony przez Ascoli do Serie B. – Wraz z pojawieniem się koronawirusa, wszyscy Włosi zostali wysłani do domów rodzinnych. Ja musiałem zostać na miejscu, bo klub nie pozwolił mi wrócić do Polski. Siedziałem w mieszkaniu przez trzy miesiące, nie mogłem nigdzie wychodzić. Raz na dwa tygodnie widywałem się tylko z dostawcą jedzenia. Po powrocie do treningów trenerzy mówili, że jestem wyróżniającym się bramkarzem w Primaverze, mimo że nie zagrałem wielu meczów. Dyrektor Ascoli napisał do mojego menedżera, że zacznę treningi z pierwszym zespołem. Wyglądało to tak, że cały budynek klubowy był opróżniony i w poszczególnych szatniach było po 6-7 zawodników. Nie mogliśmy się przebierać wszyscy razem, żeby ograniczyć ryzyko zachorowań. Ale jednak miałem kontakt z „jedynką” – na treningu, na siłowni albo na stołówce – dodał.

Bramkarz szybko złapał kontakt z byłym piłkarzem Wisły KrakówPetarem Brlekiem. - W trakcie zajęć z pierwszą drużyną, na których byłem już wcześniej, użyłem najpopularniejszego polskiego słowa. Petar je usłyszał i zapytał, skąd jestem. Powiedziałem, że z Polski, a on dodał, że grał w ekstraklasie przez dwa lata. I zaczęliśmy rozmowę. Zdarzało się, że gdy trenowałem z Primaverą, a „jedynka” pracowała na siłowni i miała okna na widok boisk, to Brlek potrafił mnie lekko zaczepić i krzyknąć np. „Dawaj Kamil!”. Gdy trafiłem do pierwszego zespołu na stałe, to często z nim rozmawiałem. Mieliśmy wspólne tematy. Dużo pomagał mi w organizacji, potrafił wytłumaczyć pewne rzeczy, których nie rozumiałem – skomentował. Nastolatek wspomniał też o Simeonie Padoinie, który w przeszłości reprezentował Juventus Turyn. Doświadczony pomocnik potrafił podejść do zawodników z drużyny U-19 i spytać się, co u nich słychać. Rozmawiał z młodzieżowcami, a także wspólnie z nimi żartował.

Bielikow poruszył również temat trenera bramkarzy Ascoli. – Wiadomo, że polska szkoła bramkarska jest kompletnie inna od włoskiej. Różni się choćby innym ustawieniem. Szkoleniowiec bramkarzy średnio mówił po angielsku i przez 90 procent czasu na treningach krzyczał do mnie „Fly Kamil, fly!”. Stwierdzenie obróciło się w żart, który podłapali koledzy z drużyny. Do tej pory, jak piszemy na grupie na Whatsappie, to czasami pojawia się właśnie ten wątek – mówił.

Transfer do ekstraklasy

- Po kwarantannie we Włoszech byłem zmęczony psychicznie. Przez trzy miesiące trudno mieć kontakt z dziewczyną, rodzicami czy kolegami tylko przez telefon. Miałem opcję pozostania w pierwszej drużynie Ascoli. Przez cztery tygodnie trenowałem z „jedynką”, ale podziękowałem i nie chciałem tam zostać. Chciałem wrócić do Polski. Rozmawiałem z menedżerem o powrocie do kraju i pojawiła się oferta z Lubina. Fajnie, że to się udało. Przyjechałem, podpisałem kontrakt, a teraz cieszę się piłką – mówił Bielikow.

Zawodnik regularnie trenuje z pierwszym zespołem Zagłębia, a w weekendy wspomaga III-ligowe rezerwy klubu. W tym momencie ma na koncie pięć spotkań w drugiej drużynie. Golkiper pracuje z byłym bramkarzem i trenerem Legii Grzegorzem Szamotulskim. – Znam się z trenerem z czasów spędzonych przy Łazienkowskiej. Trener ma na mnie plan, który mi przedstawił. Zaufałem mu. Staram się jak najmocniej, żeby kiedyś zadebiutować w ekstraklasie czy wyjechać za granicę. Myślę, że trener widzi efekty współpracy: od mojego, pierwszego dnia w klubie, do teraz – zakończył 19-latek.

W niedzielę, 18 października, Legia zagra u siebie z Zagłębiem Lubin. Mecz odbędzie się o godz. 17:30. Relacja na Legia.Net.

Komentarze (3)

Komentarze osób zarejestrowanych pojawiają się w tym artykule automatycznie. Komentarze osób niezalogowanych wyświetlą się po zatwierdzeniu przez moderatora.

Zaloguj się, by móc oceniać komentarze.

Punkty

1063

Ranking miesiąca
#11094
Ranking ogólny
#1094
Generał broni
  • 0 / 0
Bez znajomości języka jest ciężko zaistnieć .
Młody chłopak A już tyle w życiu przeszedł. Doświadczenie życiowe przyda się w karierze. A doświadczenie na boisku trzeba zbierać.
~Wentyl
  • 0 / 0
No i spoko. Powodzenia Kamil, coś czuję że będzie z ciebie świetny golkiper.