
Goncalo Feio: Zrobiliśmy to, po co przyjechaliśmy do Łodzi
05.12.2024 20:15
(akt. 06.12.2024 00:09)
– Pomeczowy komentarz? Nie mogę zacząć inaczej niż od pana Lucjana. Wiadomo, że nie jest to ani spotkanie, ani tydzień, że my – jako Legia – będziemy mogli cokolwiek świętować, gdyż cały klub jest w żałobie, ale w czwartek mogliśmy wygrać, by trochę ulżyć jego rodzinie, która jest bardzo związana z "Wojskowymi", i kibicom. Do poniedziałku, kiedy wszyscy – jako drużyna – ostatecznie pożegnamy pana Lucjana, mamy dwa kroki. W Łodzi wykonaliśmy pierwszy, mam nadzieję, że w niedzielę zrobimy drugi.
– W drugiej kolejności, chciałbym docenić przeciwnika. Poziom determinacji, dyscypliny taktycznej piłkarzy ŁKS-u – poprzez pracę z tym sztabem – był ogromny. Rywale dobrze nam się postawili, mieli pierwszą dużą sytuację bramkową. Chciałbym to wykorzystać jako przykład, dlaczego warto wierzyć w swoich ludzi. Po ostatnim meczu ligowym, w którym straciliśmy punkty w końcówce, wiele osób krytykowało Gabriela Kobylaka. Na początku czwartkowego spotkania, po aucie gospodarzy, którzy doszli do główkowania, utrzymał wynik 0:0 poprzez fantastyczną interwencję. Myślę, że był to moment, w którym miejscowi najbardziej nam zagrozili. Okazała się to kluczowa chwila. Sami wiecie, że w takiej rywalizacji, gdyby łodzianie prowadzili 1:0, sprawy mogły się skomplikować.
– Doceniam ŁKS za to, że nie zrezygnował z tożsamości. Łodzianie podchodzili do nas tak, jak do każdego przeciwnika, czyli wysokim i agresywnym pressingiem, w którym ogromną pracę wykonała pierwsza szóstka, czyli skrzydłowi, napastnik i trzech środkowych pomocników. Do tego boczni obrońcy, którzy doskakiwali, jak robiliśmy "szerokie ósemki". Miejscowi byli w tym konsekwentni. Widzieliśmy, jak się temu przeciwstawić i uważam, że dobrze to robiliśmy. To spowodowało też bardzo dużą liczbę przebiegniętych kilometrów przez przeciwników i – momentami – stratę intensywności pressingu, szczególnie poprzez nasze zmiany centrum.
– Mimo że w pierwszej fazie wyjścia spod pressingu często wykonywaliśmy niezłą pracę, to byliśmy zbyt mało progresywni, gdy mieliśmy tzw. otwartą piłkę, szczególnie przy tylu przestrzeniach zostawionych za linią obrony. Rozmawialiśmy o tym w przerwie. Początek drugiej odsłony był dobrym przykładem. Czy tzw. pierwszymi, czy drugimi piłkami – po tym, jak mieliśmy "otwartą futbolówkę" pod pressingiem – przenieśliśmy ciężar gry na połowę przeciwnika. Potem, poprzez tzw. drugą piłkę po stałym fragmencie, wyszliśmy na 1:0. Przez to, że futbolówka była zdecydowanie częściej na połowie przeciwnika, po przerwie mogliśmy grać dużo więcej pressingiem, co – w moim odczuciu – znacznie utrudniło ŁKS-owi przeniesienie piłki na naszą połowę. W drugiej połowie, względem pierwszej, byliśmy też lepsi pod kątem tzw. drugich piłek. Wynikiem tej dominacji były kolejne bramki i zarządzanie meczem – zależało nam na tym, by zrobić to inaczej, lepiej, zwłaszcza po zarządzaniu prowadzeniem w ostatnim spotkaniu. Uważam, że momentami nam się to udało.
– Zrobiliśmy to, po co przyjechaliśmy do Łodzi, czyli odnieśliśmy zwycięstwo i awansowaliśmy do kolejnej rundy Pucharu Polski. Raz jeszcze doceniam zespół i sztab ŁKS-u, a także moich piłkarzy. Mecze wygrywają zawodnicy, oni to zrobili. Marc Gual strzelił hat-tricka (oficjalnie dwa gole, przy trzecim był samobój – red.), cieszymy się z tego jako zespół. Jesteśmy w momencie, w którym mamy dużo spotkań w nogach. Niestety, w ostatnich dniach opuścił nas nie tylko pan Lucjan, ale była też taka sytuacja w drużynie, w rodzinie jednego z piłkarzy. Ten zawodnik – nie będę podawał imienia i nazwiska – wybrał grę, pomoc zespołowi. To małe, wielkie rzeczy. Chciałbym publicznie pokazać docenienie wobec graczy i tego, jaką drużynę tworzą i jak byli odpowiedzialni, wygrywając.
– Nie wydaje mi się, byśmy wytrwali pierwszą połowę, bo nie była to odsłona, w której specjalnie cierpliśmy. Owszem, jak wspomniałem, chciałbym, byśmy lepiej wykorzystali momenty tzw. piłki otwartej – po tym, jak otwieraliśmy ją spod pressingu – by doprowadzić do większej liczby sytuacji, zwłaszcza dynamicznych, z dużą przestrzenią i szybkimi zawodnikami z przodu, którzy potrafią to robić. Tego nie robiliśmy. Okej, czasami trochę napędzaliśmy ŁKS naszymi stratami, ale to część futbolu. Powtarzam: nie wydaje mi się, by pierwsza część gry była przetrwana. Z drugiej strony, myślę, że obie drużyny narzuciły wysokie tempo – uważam, że radziliśmy sobie z tym lepiej, również poprzez operowanie piłki.
– To nie jest to samo rywalizować na co dzień w Ekstraklasie, I lidze czy europejskich pucharach. Momentami musiało być to widoczne i było. To normalne, mimo że ŁKS postawił nam trudne warunki.
O Barcii
– Sergio Barcia nie występował tyle czasu głównie ze względu na to, że przez parę tygodni był kontuzjowany. Doznał urazu w pierwszej połowie meczu z Rakowem, co trochę wykluczyło go z gry. Opuścił ekipę jeszcze przy systemie z trójką stoperów, potem wrócił do drużyny dobrze grającej i punktującej – to dwa różne zespoły. Wrócił do zespołu w takiej dynamice, że w czwartek odnieśliśmy 10. zwycięstwo w ostatnich 12 spotkaniach i był to bodajże 11. występ z rzędu z przynajmniej 2 zdobytymi bramkami.
– Nie tylko jego przygotowanie po kontuzji, ale również dyspozycja Steve’a Kapuadiego czy Radovana Pankova – grywali też Jan Ziółkowski i Artur Jędrzejczyk – to coś, co spowodowało, że rywalizacja była duża. Musiał pracować i czekać na minuty.
– Sergio jest piłkarzem, który – nie boję się tego powiedzieć – ma wybitne wyprowadzenie piłki, szczególnie wtedy, gdy drużyny pressują trochę od zewnątrz i nieco otwierają środek. Złamanie do środka z lewej strony na prawą nogę, widzenie diagonalne i wysoko – ma to na bardzo dobrym poziomie. Była to jedna z ważnych rzeczy do tej subfazy, która w czwartek okazała się niezwykle istotna – chodzi mi o wyjście spod pressingu ŁKS-u. Poza tym, solidnie grał w obronie, również pod kątem pojedynków. Pokazał to, co chcę, by pokazywał każdy piłkarz, który nie występuje przez jakiś czas. Wykorzystał ten okres, by wrócić gotowy. O sile drużyny świadczy to, jak wyglądają piłkarze, którzy w danym momencie nie grali.
– Na pewno wraca mu uśmiech, bo trudno było mu w tym okresie bez grania. Można powiedzieć, że mamy kolejnego piłkarza, który jest na odpowiednich obrotach.
Czytaj też
O Gualu
– Marc to piłkarz, który jest w stanie robić rzeczy wyjątkowe – to nie może ulec wątpliwości. Czasami traci piłkę w momentach, w których może nie powinien tego robić. Czasem, w celu pomocy drużynie, ryzykuje w strefach, w których byłoby lepiej nie ryzykować. To proces dojrzewania, decyzyjności.
– Proszę zwrócić uwagę, że ciągle pokazuje się do gry i bierze w niej udział. Nieważne czy wyglądamy lepiej, gorzej, prowadzimy, przegrywamy – Marc jest zawsze dostępny i gotowy.
– By napastnik strzelił gola, drużyna musi stworzyć ku temu warunki. Myślę, że w drugiej połowie, jako zespół, stworzyliśmy mu lepsze warunki do tego, by się wykazał w strefie finalizacji. Jeśli chodzi o oddawanie strzałów, to w czwartek wykazał się dużą skutecznością. Cieszymy się – najbardziej Gual, ale również drużyna.
– Czy ktoś go natchnął? W czwartek rano, jeszcze przed zbiórką w LTC, byłem na kawie z Dawidem Golińskim i Jose Asianem Clemente, czyli naszym Hiszpanem z Betisu, który przyszedł na początku sezonu. Do kawiarenki wszedł Gual, a Jose mówi mu: "Marc, wszedłeś do tego pokoju jako napastnik, który zdobędzie dwie bramki w Łodzi". Powiedziałem: "Musisz iść po trzeciego gola". I tak się stało.

Magda Linette melduje się w półfinale WTA Den Bosch po pewnym zwycięstwie

Mariusz Misiura ma zostać trenerem Motoru Lublin!

Wisła Płock zakontraktowała chorwackiego pomocnika

Piotr Urban opuszcza Widzew Łódź. Dyrektor akademii zrezygnował ze...

Jan Ziółkowski zdecydowany na Premier League. Inne oferty odrzucone






Regulamin:
Punktacja rankingu:
Za każdy nowy komentarz użytkownik dostaje 1 punkt. Jednak, gdy narusza on nasze zasady i zostanie dezaktywowany, użytkownik straci 2 punkty. W przypadku częstych naruszeń zastrzegamy sobie możliwość nakładania wyższych kar punktowych, a nawet tymczasowych i permanentnych banów.